#bXGxy
Zmieniłam pracę. Myślałam, że z korzyścią dla mnie, ale po pewnym czasie zaczynałam w to wątpić. Cały czas rozmyślałam co z tym zrobić - czy brnąć dalej, czy jednak trzymać się jakoś i czekać na upragnione awanse.
W tym czasie mój narzeczony świetnie sobie radził w pracy. Coraz więcej zarabiał, zmieniał stanowiska jak rękawiczki. Naprawdę był dobry w tym, co robił. Gdzieś tam, skrycie, trochę mu zazdrościłam. Przez to wszystko odcięłam się od świata. Cały czas zamyślona, nerwowa, zmęczona. Wracałam do naszego domu i na nic nie miałam ochoty. A on? Nie obnosił się ze swoimi sukcesami, w ogóle o nich nie mówił, tylko ciągle próbował mnie motywować. Zabierał czasem na imprezy, żebym się trochę rozerwała, ale to niewiele dawało.
Coraz bardziej zaczęłam go nie zauważać. Byłam obok niego, ale wpatrzona w telefon lub tv. Tak bez celu, tak po prostu. Tłumaczyłam to sobie, że muszę się odchamić przy głupawych programach. Bez słowa.
Nadszedł najgorszy dzień w moim życiu - telefon, że A. w drodze z pracy miał wypadek. Tylko informacja, że trwa operacja.
Od razu pojechałam do szpitala. Nie zdążyłam... Nawet się nie pożegnałam. Nie pożegnałam się tego dnia, wychodząc do pracy. A on przecież czekał, aż powiem "to pa, kochany, widzimy się po pracy", ale poranne zdenerwowanie było dla mnie ważniejsze.
Robiąc porządek w jego rzeczach, znalazłam napisany przez niego odręcznie list do mnie.
Nie był pożegnalny, raczej próba dotarcia do mnie i uświadomienia mi mojego zachowania oraz przedstawienia, jak on się czuje. Nie zdążył mi go dać.
"...czuję się, jakbym był dla Ciebie obcy. Nie zauważasz mnie, nie odzywasz się, odpychasz od siebie... kocham Cię mimo wszystko i chcę Ci pomóc, tylko pozwól...". Nigdy tak nie płakałam. Całe nasze wspólne życie przelatywało mi w migawkach przez głowę. Nie zauważyłam, że A. płacze w nocy, bo wydaje mu się, że go nie kocham, że być może go zdradzam. Nie zauważyłam, że chodzi smutny, że nie ma już tej radości życia, co niedawno.
Jak mogłam być aż taką egoistką? No jak? Bo praca? Bo zmartwienia? A miłość? A dom?
Minęło 1,5 roku od wypadku, a ja wciąż nie mogę sobie wybaczyć tego, że się wtedy nie pożegnałam.
Nie bądźcie egoistami w związku. Zmartwienia to jedno, ale jak ukochana osoba jest przy Was na dobre i złe, to nie można o niej zapominać, bo możemy wiele przeoczyć.
Jak mówiła moja mama - "dom, córuś, jest najważniejszy. A tam dom twój, gdzie serce twoje".
Tak byłaś egoistką. Ale błędy są po to abyś mogła się poprawić w przyszłości. Jeśli będziesz w stanie mieć następnego partnera to zwracaj na niego więcej uwagi. Pamiętaj o nim
Znowu apel... "Bądźcie dobrzy dla innych!" Co ty nie powiesz... Wypadek prawdopodobnie i tak by się stał, nieważne czy byłabyś cudowną narzeczoną, czy taką obojętną jak teraz. Przykre, ale za dużo tutaj tych ckliwych historyjek z morałem...
@zjemcikota ale wtedy raczej by nie miała wyrzutów sumienia, albo by bymiała ale znacznie mniejsze lub spowodowane czymś innym
Szkoda, że dopiero wypadek uświadomił Ci swoje zachowanie. Chłopak biedny, ale może teraz wyciągniesz nauczkę i nie zranisz kogoś innego.
Teraz historia z drugiej strony : nigdy w związku egoistką nie byłam. Wręcz przeciwnie : poświęcałam wszystko dla związku, męża i dzieci. Mąż szybko przsestał mnie zauważać, a gdy już zauwazył- był wredny, zimny, okrutny w słowach i zachowaniu. Straciłam dobrą samoocenę, popadłam w depresję. Odwazylam się odejść dopiero po kilkunastu latach. Dopiero teraz, daleko od niego, zaczełam odzyskiwać wiarę w siebie. Żyję, a nie wegetuję. W związku egoizm jest potrzebny. A wypadki się zdarzają. To co się stało, nie było Twoją winą i zadręczać się tym nie ma sensu. Kiedy zaczniesz kolejny związek pamiętaj, że Twój nowy partner, to zupełnie inny człowiek i nie staraj się mu wynagradzać tego, czego pozbawiłaś poprzedniego.
Dobrze, to było egoistyczne, ale nawet po jego śmierci - pomyśl o nim, a nie tylko o sobie. Wysnuj lekcje z tego związku oraz czasu, ucz się na błędach, pogódź się ze stratą i tymi wyrzutami, zaakceptuj życie jakim teraz jest... A potem ruszaj dalej, bo wszystko leci bez zatrzymania. Trzymaj się.
Mi to bardziej wygląda na początek depresji niż na egoizm.
Dlatego ja od jakiegoś czasu wyznaję "motto" osadzone trochę pomiędzy "memento mori" a trochę "carpe diem". Zdaję sobie sprawę, że umrzeć mogę codziennie, więc zawsze przed wyjściem moim czy chłopaka mówię, że go kocham, zawsze staram się doprowadzić na koniec dnia do takiej sytuacji, że w razie gdyby któreś z nas umarło, to drugie będzie mogło żyć bez wyrzutów sumienia, pamiętając że nasze ostatnie wspólne chwile były dobre i że powiedzieliśmy sobie, że się kochamy.
Zasłużyłaś sobie.
Gdyby nie ta śmierć to nigdy nie zrozumialabys jaka byłas. Wlasnie o to w tym chodzi, Bog zabiera od nas osoby wtedy, kiedy jest na to najlepszy czas. Nie pozniej, nie wczesniej, wlasnie wtedy chciał ci uświadomić co robisz zle, nie rozmyslaj o tym, ciesz sie tym, ze jestes w koncu swiadoma. On tam na gorze na pewno jest bardzo dumny z ciebie, jednak nie sprawiasz mu radosci gdy sie użalasz ;)
"Brat twoj byl umarly, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się"
Dawno żadne wyznanie tak mnie nie poruszyło, szczególnie ostatni akapit, słowa Twojej mamy. Odrzucanie ukochanej osoby to najgorsze, co można zrobić. Owszem, dawajmy sobie wolność, ale wciąż bądźmy blisko, bo inaczej będziemy cierpieć, a przynajmniej ta jedna, mocno zaangażowana będzie.