#a3F5y
Szłam sobie chodnikiem, na ulicy, na "śpiącym policjancie", jak zwykle stado gołębi wystawiało kupry i opalało je na słońcu, ptasi chillout pełną gębą. Ich spokoju nie zmącił nawet nadjeżdżający samochód. Auto stanęło, czekało na reakcję miejskiego drobiu, ale jedyne, czego się doczekało to gołębiego spojrzenia wyrażającego "Czego, blaszany dupku śmierdzący, się czepiasz?". Kierowca niecierpliwie zatrąbił, spłoszył towarzystwo, które przestraszone donośnym dźwiękiem niezdarnie wzbiło się w powietrze.
No właśnie...
Jeden gołąb za bardzo odleciał na chodnik. Konkretnie to na mnie. Z całym impetem uderzył w mój splot słoneczny, odbił się, zmienił trajektorię lotu i zaplątał się w moje włosy.
Gołąb spanikowany. Ja spanikowana. Miotamy się tak razem, próbowałam nieszczęśnika uwolnić, ale cholernik bił mnie skrzydłami, drapał pazurami, do tego jeszcze dziobał. Damskie MMA - jedna ciągnie za włosy i drapie, druga piszczy i "sprzedaje liście".
Kątem oka dostrzegłam babcię z siatami, która wracała z zakupów z Lidla nielegalnie wydeptanym szlakiem. Widziałam, że szybciutko zaczęła do mnie dreptać, co powitałam z niemałą ulgą. Jednak moja wybawicielka spod znaku moherowego berecika, zamiast mi pomóc, to zaczęła lać mnie tymi zakupami, wyzywać od "dziwek szatana, które biednego gołąbka na czarną mszę porywają!", więc nie tylko siłowałam się z ptakiem, lecz jeszcze musiałam się osłaniać przed ciosami krewkiej staruszki. Kiedy w końcu gołąb odleciał z puklem moich włosów, straciwszy resztkę cierpliwości, wyrwałam reklamówki tej szantrapie i cisnęłam nimi o ziemię. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale odkrzyknęłam na odchodnym: "Skoro ja nie zjem obiadu, to pani tym bardziej!". Odwróciłam się na pięcie, żegnana stekiem kolejnych wyzwisk.
Każdy z Was zapewne doświadczył w swoim życiu takiego dnia, podczas którego już od rana nic nie wychodzi. Ta historia była początkiem serii niefortunnych zdarzeń, może Wam poprawi humor, mnie ona bawi do tej pory :D
Ciężko się to czyta.
Wręcz przeciwnie, całkiem zgrabnie napisane.