#Z8c1n
Godzina 9:00, czas drugiego śniadania. W ofercie była tylko zupa mleczna. Wszystkie dzieci usadzone, „Proszę, macie zjeść wszystko, smacznego”. No to zaczynam. Skoro kazali, to staram się, bo niejadek był ze mnie znany. Chyba przedobrzyłam z jedzeniem, bo całą zupę, którą zjadłam, zwróciłam z powrotem do talerza. Pamiętam obrzydzenie dziecka obok. Kolor zupy się nie zmienił, na moje nieszczęście...
Powiedziałam pani, co się stało, a ona mi na to, że znów wymyślam! Że ona widzi, że mi nic nie ubyło! Że jak tak mogę kłamać! Że mam jeść, bo nigdy nie urosnę!
Co miałam zrobić? Tak mnie zakrzyczała, że zjadłam...
Szkoda że nie ma zakończenia ,,I zwróciłam zupę znowu, tym razem na panią." By miała nauczkę, że dziecka się słucha.
Nie wiem co teraz jedzą dzieci w przedszkolach, ale „za moich czasów” na śniadanie były tam głównie różne wariacje na temat mleka. Na obiad z kolei kiepskiej jakości mięso - gulasze, potrawki, pulpety, wszystko z chrząstkami i dziwną konsystencją, obficie zagęszczone mąką. I szczerze nie dziwi mnie to, że wiele dzieci nie tolerowało tego jedzenia. Nie rozumiem czemu dieta nie może być prostsza, bliższa naturze. Warzywa, polskie owoce, jajka, oliwa. Mięso czy ryby spoko, ale nie w postaci zmielonej papki, bo dzieci mają dużą wyobraźnię, i nie widząc, skąd pochodzi dana część zaczynają rodzić w głowie skojarzenia. To samo się dzieje, gdy czują smak, którego się nie spodziewały, bo np w mięso wmielone są jakieś pietruszki, pieczarki czy co tam, bo „przykryje się panierka” i dziecko zje, nie zauważy. W końcu po to oddajemy dzieci w ręce profesjonalistom, żeby miały tam czas na spokojnie poznać świat.