#Wu11S
15 czerwca poszłam do lekarza, zobaczyłam wtedy po raz pierwszy bijące serduszko mojego dziecka, niesamowite przeżycie, nie do opisania. Cztery dni po tej wizycie i po dwóch tygodniach pełnych skrajnych emocji, zaczęłam krwawić. Udałyśmy się z mamą na izbę przyjęć, gdzie od razu zostałam przyjęta na oddział ginekologiczny. W oczekiwaniu na lekarza ryczałam jak bóbr, gdy w końcu wzięli mnie na USG, musieli mi podać środki uspokajające, ponieważ wpadłam w takie drgawki, że niemożliwym było wykonanie mi badania. Diagnoza – serce dziecka przestało bić. Koniec, świat legł w gruzach, chłopak jeszcze nic nie wiedział, nie musiałam mówić, zrozumiał, gdy wszedł na szpitalną salę. Lekarze widząc mój stan powiedzieli, że będą sprawdzać poziom beta HCG i robić USG nawet dwa razy dziennie, abym miała pewność, że nic nie są w stanie zrobić.
Na sali wylądowałam z kobietą w 7. miesiącu ciąży, która była tylko kontrolnie na trzy dni, aby monitorować pracę serca dziecka, a to oznacza, że co chwilę pielęgniarki podłączały do jej brzucha aparaturę, przez którą było słychać bicie serca jej dziecka, dźwięk nie do wytrzymania dla kogoś, kto właśnie dowiedział się, że jego dziecko nie żyje. To okrutne, ale życzyłam jej wszystkiego co najgorsze… Druga pani trafiła do szpitala z tym samym problemem co ja, tylko w jej przypadku z dzieckiem było wszystko w porządku, co oczywiście radośnie przeżywała podczas 3-dniowego pobytu. Po dwóch nocach i kilku badaniach krwi i USG trzeba było wykonać zabieg – potoczną skrobankę. Tabletki poronne wywołują niesamowite skurcze, trzymali mnie z nimi trzy godziny, potem pamiętam tylko krzesło ginekologiczne i zapadanie w sen, po przebudzeniu była już tylko pustka… Ból był nie do zniesienia, choć niektórych może to dziwić, bo przecież nawet nigdy nie widziałam tego dziecka. Dzień po zabiegu mogłam wrócić do domu, strasznie ciężko było przekroczyć próg, gdy miało się świadomość, że dziecko tam zostaje, że już nigdy go nie poczuję. Od razu wróciłam do pracy, nie mogłam usiedzieć w domu.
Powinny być osobne sale dla kobiet w ciąży i tych, które straciły właśnie dziecko. To już nie pierwsza historia, gdzie kobieta opisuje mękę z powodu obecności ciężarnej.
Dla ciebie dużo zdrowia i powodzenia
Dla ciężarnej to też stres, niekorzystna sytuacja dla obu
Fajnie się pisze "powinno być to a to", wszyscy byśmy sobie życzyli chociaż ludzkich warunków w tych trudnych chwilach. Ale popatrzcie na stan finansów polskiej ochrony zdrowia: nędza i beznadzieja. Pieniądze idą na co innego, wszyscy wiedzą na co (a raczej na kogo).
Kaloryfer na kogo idą niby?
Biorąc pod uwagę to, że w Polsce mamy jeden z najniższych wskaźników PKB przeznaczanego na służbę zdrowia w Europie, to można się pokusić o stwierdzenie, że pieniądze idą... na wszystko inne xD
To samo chciałam napisać. Czy oni w tych szpitalach empatii nie mają?!
Moja mama pracowała w szpitalu w jednym z większych miast Polski. W mieście gdzie jest kilka szpitali. Było pełno momentów, że wieźli ciężarne z dwa miasta dalej bo szpitale były przepełnione. Istnieje coś takiego jak oddział patologii ciąży gdzie się kładzie kobiety z zagrożoną ciąża i czekające na łyżeczkownie/poronienie. Zdarzało się tak, że kobiety na porodowce musiały czekać aż przeniosą kogoś z sali poporodowej. Takie sale są ale często są po prostu przepełnione. Znajmy realia a później oceniamy. I tak dobrze, że nie wypuścili autorki do domu..
Ta sytuacja jest dla mnie nie ludzka. Tu gdzie mieszkam kobiety które poroniły lub dokonały aborcji mają swoje oddzielne piętro i swoją windę. Winda dla tzw „kobiet z widocznym brzuchem” nie zatrzymuje sie na tym pietrze i szpital położniczy jest zorganizowany tak, ze kobiety nie mogły sie spotkać nigdzie indziej jak przy rejestracji.
Mnie po poronienia gdy czekałam na zabieg dali na oddział ginekologiczny(nie położniczy czy też patologii ciąży). Wg mnie to świetne rozwiązanie bo nie stykałam się z cieżarnymi. Także nie byłam zmuszona słuchać płaczu nowonarodzonych dzieci.
Popieram. Kilka miesięcy temu leżałam na patologii ciąży w 2-osobowej sali. Jednak to ja byłam ta szczęściarą chyba w 6-7 miesiącu ciąży. W szpitalu byłam parę dni na obserwacji. Na początku leżała młoda dziewczyna obok, która poroniła 2 razy. Opowiadała, że jej druga ciąża to była katastrofa, na USG wyszło, że dziecko miało liczne rozczepienia i powykręcane kończyny. W końcu poroniła. Gdy ją wypisano, przyszła kobieta po 30, która bardzo marzyła o dziecku, poroniła dwa razy i okazało się że ma jakąś wadę w budowie szyjki i marne szansę na powodzenie ciąży. Bardzo chciałam się podzielić szczęściem, ale było to ciężkie, wiedząc, że te kobiety obok cierpiały :( Z kolei one musiały odczuwać ogromny smutek patrząc non stop na mnie, czyli szczęśliwą dziewczynę w zaawansowanej ciąży...
Częściowo znam twój ból. Z chłopakiem co jakiś czas próbowaliśmy na zasadzie "może to już czas na nas". Za pierwszym razem tuż przed wizytą u ginekologa straciłam (cztery testy miałam dodatnie, szłam na pierwszą wizytę), a za drugim w 6-7tyg serduszko zwyczajnie nie biło. Poczucie winy tak mnie dopadło (że styl życia i stres w pracy) że skończyłam na tabletkach uspokajajacych. Ale mija powoli, jest pustka, jednak co jakiś czas chłopak mi powtarza, że dziecko się po prostu rozmyśliło i będzie z nami troszkę później. Trochę pomaga.
@raindancemaggie tydzień tułałam się po lekarzach, skończyłam w szpitalu. Serce nie biło, dziecko przestało się nawet rozwijać. Po wszystkim rodzice i chłopak załatwili badania histopatologiczne, nawet nie wiedzialam, że zgodziłam się na zabezpieczenie próbek. Minęło kilka miesięcy, a ja nie odważyłam się spytać o wynik...
@Ibunai z reguły z badania histopatologicznego nie poznasz przyczyny poronienia. Aby poznać przyczynę niestety trzeba wykonac(płatną) pełną diagnostykę.
Przeżyłam dokładnie to samo, tylko w wieku 18stu lat. Ponoć to normalne i nie trzeba się przywiązywać do 3ciego miesiąca ciąży. Łatwo mówić. Straciłam, a potem bałam się zająć w ciążę.
Teraz w wieku 29 lat mam 2letnia coreczke. Przeżyłam horror, niewyobrażalny strach dzień po dniu, ze ona nie dożyje 3 miesięcy w moim brzuchu. Żyłam od USG do USG. Gdy musieli powtarzać skan, bo nie słyszeli serduszka, przygotowałam się na najgorsze. Bo ponoć dużo ciąż kończy się przed 3cim miesiącem. Na szczęście po prostu nie lubiła być sprawdzana i zwijala się w kuleczke kiedy próbowali ją badać. Do samego końca bałam się o jej zdrowie. Niby 3 miesiące minęły, a ja byłam w nerwach przed każdym skanem. Na szczęście przeżyła. Tak jej się podobalo, ze nawet przedłużyła pobyt o 2 tygodnie.
Nie bój się w takiej sytuacji...
Jak lezalam w szpitalu w ciazy tez dali nam na sale kobietę po takim zabiegu..Bardzo mnie to zdziwilo, ale widze, ze to jednak czeste zjawisko :/ Autorce bardzo wspolczuje :(
Ogromnie współczuję. Ale powiedzcie mi proszę czy na tak wczesnym etapie ciąży też robi się łyżeczkowanie?
Tak, podaje się tabletkę dopochwowo, a potem po paru godzinach robi się łyżeczkowanie.
Nie zawsze, zależy czy macica sama się oczyści. Ja nie miałam łyżeczkowania w mniej więcej takim terminie jak autorka.
Sa trzy wyjscia- lyzeczkowanie, farmakologiczna indukcje poronienia albo czekac az natura sama sobie z tym poradzi.
Wbrew temu, co niektórzy tu piszą, niekoniecznie trzeba łyżeczkować. Miałam dokladnie taką samą sytuację, ale dwoje świetnych ginekologów powiedzieli to samo-wystarczą środki poronne, łyżeczkowanie to ostateczność jakby coś poszło nie tak, a w razie wątpliwości-szybkie badanie usg. Dzięki temu mogłam to przeżyć w domu, przy rodzinie. Wolno szło, więc udałam się do mojego ginekologa i powiedział, że jest ok, choć jeszcze troszkę zostało. Oczywiście każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie, ale ogólnie taka możliwość jest. Kilku innych ginekologów mówiło, że źle zrobiłam, ale to byli tacy bardziej starej daty, więc myślę, że to dość nowe podejście. Największym plusem był fakt, że po takim oczyszczeniu bez ingerencji mechanicznej można szybko zachodzić w ciążę. Poroniłam pod koniec listopada, a koło 10.stycznia zaszłam w ciążę. Bałam się powtórki z rozrywki, ale druga ciąża była już bardzo udana :)
No właśnie tak też myślałam, że nie zawsze na tym etapie jest to konieczne. Dziękuję za odpowiedzi.
Możecie mnie hejtować, ale myślę, że dobrze że poroniłaś, i nie mówię tego po złości. Jesteś młodziutka, twój chłopak pewnie też, nie mieliście za co tego dziecka utrzymać, nie byłoby mu dobrze z wami, ani wami z nim dobrze, sama miłością go nie wykarmisz, a teraz możecie nadal cieszyć się młodością.
Popieram jednak to, że nie powinno się kłaść kobiet rodzących z tymi które te dziecko utraciły.
I jeszcze jedno: Po co mówiliście rodzicom o ciąży tak wcześnie? Powszechnie wiadomo, że na wczesnym etapie ciąż dochodzi do poronienia.
Ja straciłam dziecko w 5 miesiącu ciąży w lipcu 2019. Byłam osobno na sali w szpitalu ale akurat jak wychodziłam z oddziału to obok wychodziła szczęśliwa rodzina ze swoim noworodkiem, ten widok to był taki cios, że nie mogłam powstrzymać łez :(
Masz osobistego aniołka po tamtej stronie... Smutne, aż mnie zabolało.
W lutym miną dwa lata, jak poroniłam w 4 miesiącu i też dali mi na salę babki w ciąży...
Ja obecnie jestem w 10 tygodniu ciąży i mój mąż nie chce ze mną rozmawiać o dziecku, nie chce myśleć jakie mamy dać imię, nie chce nawet nikomu mówić do 4 miesiąca. Stara się odciągać mnie od tej myśli, żebym się nie przywiązała do kogoś kogo mogę stracić zanim poznam. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Ale działa. Nie myślę jescze o dziecku, za wcześnie. Oczywiście chodzę do lekarza i robię wszystkie badania, zdrowo się odżywiam, biorę witaminy itd. ale póki co mam wyparte z głowy że będzie dzidzia.