Jedną z najobrzydliwszych rzeczy, jakich doświadczyłem w życiu, był pogrzeb chłopaka z mojej klasy, który w drugiej licealnej odebrał sobie życie. Ceremonia była naprawdę piękna, przemowy, kwiaty w rękach wszystkich, cichy przemarsz setek ludzi z kościoła na cmentarz... Cóż więc było w tym takiego obrzydliwego?
Otóż przyszli dosłownie wszyscy uczniowie naszej szkoły, blisko 400 osób. Spośród nich tylko garstka opłakiwała chłopaka – reszta chciała się po prostu zerwać z lekcji, bo dyrektor ogłosiła, że wszyscy uczestniczący w pogrzebie mają tego dnia usprawiedliwione nieobecności.
Dodaj anonimowe wyznanie
Zawsze tak się robi że powiadamia się jak największą liczbę osób a jak zmarły jeszcze pracował to pozwala się wyjść wcześniej współpracownikom. Unika się w ten sposób niezrecznej sytuacji że przyjdzie kilka osób.
A co byłoby w tym niezręcznego?
Dla zmarłego nic ale rodzinie może być przykro.
Jeżeli ktoś go nie znał, bo w szkole zwykle się zna swoją klasę + parę osób z poza, to czemu mieli by jakoś wyjątkowo opłakiwać? Przyszli, bo to gest szkoły i uczniów w stosunku do rodziny.
Bywałem na paru pogrzebach, w których nie znałem osoby zmarłej. Na szybki przykład to matka mojego znajomego, nie przyszedłem tam opłakiwać zmarłej tylko dać gest kumplowi.
To co innego. Dla mnie też było ważne, kiedy na pogrzeb mojej mamy przyszli moi współpracownicy, którzy jej nie znali. Ale przyszli tam, żeby pokazać mi, że są ze mną, a nie żeby mieć dzień wolny. To nie to samo.
Równie obrzydliwe są pogrzeby, na których pojawiają się osoby, którym "wypada" przyjść.
Umarł pewien Marian. Na pogrzeb przyszli pracownicy z jego poprzedniego miejsca pracy. Z miejsca, z którego go wywalili po zrobieniu mu paskudnego świństwa. Przyszedł dyrektor, który był osobiście zaangażowany w niszczenie Marianowi życia. I jeszcze, kawał ch*ja, wylazł wygłosić przemówienie.