#TMxuB
Teraz wyobraźcie sobie dom na wsi, jeszcze po dziadkach. Stary, sypiący się, chociaż o dziwo murowany. W domu była doprowadzona woda i prąd, toaleta czy ogrzewanie, ale wysłużone i zniszczone po tylu latach, często nie działały. Jeśli widzieliście film "Obecność", to nasz dom bardzo go przypominał.
Jak byłam mała, często z bratem chodziliśmy spać głodni. W domu nikt nie pracował, matka uprawiała ogródek, oczywiście kiedy nie piła. Wszystko co mieliśmy było albo z fundacji, od księdza, ludzi ze wsi, albo opieki socjalnej.
Swoją drogą dziś, kiedy się zastanowię, dobrze, że dostawali rzeczy, a nie pieniądze, bo chyba byśmy trawę musieli żreć. Wszystkie pieniądze jakie mieli, szły na wódę i fajki. Życiowym celem ojca było napić się i podupczyć.
W zimie dostawaliśmy węgiel od gminy, ale ojciec wpadł kiedyś na to, że nakradnie drzewa z lasu, a węgiel sprzeda. Drzewa nigdy nie przyniósł, kasa na chlanie była, a że zimno w domu? Eee tam, wódeczka.
I tak sobie byliśmy, rodziły się kolejne dzieci i kolejne. 2 siostry są z tego samego roku! Kiedy miałam lat 7, byłam już pełnoetatową matką, kucharką i sprzątaczką. Wychowywałam CAŁE swoje rodzeństwo, jak umiałam najlepiej. Brat mi pomagał, po czasie dołączyła o 2 lata młodsza siostra.
Ostatni poród matki - dziesiąty, dzięki bogu okazał się katastrofą, a dla nas - ratunkiem. Nie wiem dokładnie co się stało, ale prawie ją rozerwało, siostra urodziła się sina i pokręcona, nie przeżyła. To był ostatni poród mojej matki.
Po powrocie ojciec sprał ją na kwaśne jabłko. Wylądowała w szpitalu, a nami zainteresowała się W KOŃCU policja. Po ok. miesiąca od tej sprawy, zabrali nas do ośrodka, a potem Domu Dziecka.
Żałuję tylko jednego. Że jestem jedna ze starszych. Że pamiętam. Że miałam jakieś 15 lat kiedy to się stało. Siostry i bracia byli mali, zapomnieli.
My, starsi, nie.
Kiedyś potrzeba było więcej niż teraz, żeby ratować dzieci z takich "rodzin".
Życie jest straszne. Dla niektórych straszne bardziej. Oby dla Ciebie było już straszne mniej 🍀
Dobrze jakby osoby z przemocowych, patologicznych rodzin zebrały się w jakąś fundację i naradziły co z tym zrobić. A następnie zgłosiły ustawy, pomysły na reformy. To samo osoby prześladowane w szkole. Bo instytucje, psychologowie, ośrodki, wszystko jest, ale zupełnie nieskuteczne i jakby zaplanowane przez osoby, które tego typu przeżyć nie doświadczyły. No bo serio, ile razy ktoś coś zgłasza w szkole, nauczycielom, a potem w domu ma przez to jeszcze gorzej…
Nie ma rozwiązania idealnego. Albo drastycznie ograniczy się wolność wszystkich ludzi, zakładając totalną inwigilację państwa opiekuńczego, albo trzeba się pogodzić z tym, że są przypadki, których system nie wychwyci.
Naprawdę mogłoby działać, gdyby ludzie sami chcieli sobie nawzajem pomagać. I robili to w sposób mądry. Ale w dzisiejszych czasach nacisk się kładzie na indywidualizm, stawianie granic i bronienie swojego „ja”. Interesowanie się losem bliźnich i bezinteresowna pomoc często są przedstawiane jako wścibstwo.
Wydaje mi się, że procedury są i to nie najgorsze. Problemem są ludzie... Np. "ja nic nie widzę", "z policją nie gadam", "nie moja sprawa", "brudy się pierze w domu". A potem pytanie czy na wsi policja przyjmie zgłoszenie czy "Zenka pani oczernia, toż to swój chłop". A w szkole? Ile tu było wyznań że uczen zgłosił rodziców w szkole i szkoła wezwała rodziców na pogawędke i uznała że sprawa załatwiona, a uczeń miał potem jeszcze bardziej przewalone w domu?
@Tylkopoco, no właśnie o tym mówię. To nie brzmi jak dobra procedura. Arabella masz ciekawą perspektywę, ale wydaje mi się, że nie opisuje rzeczywistości. To nie jest tak, że mamy dobre procedury, wszyscy się starają, ale później ludzie zawodzą. Jest wręcz odwrotnie, ludzie interesują sie, zgłaszają, ale system rozkłada ręce i ma wy*ebane. Są dobrzy nauczyciele i pedagogowie, którzy widzą przemoc i krzywdę dzieci, ale nie dano im żadnych narzędzi by zadziałać. Są policjanci, którzy chcą pomóc, ale nie mogą, mogą jedynie zaproponować skierowanie sprawy do sądu. Ludzie oddolnie robią różne kampanię, jak na przykład z tym znakiem ręką, mówiącym o niebezpieczeństwie, a potem odbijają się od prawa. Czy jak w przypadku Mirelli, sąsiadki widzą, działają, pół miasta się angażuje. Ale to prawo i instytucje blokują tą pomoc.
@MaryL4
A ja się w pełni zgadzam z Arrabellą.
A procedura i jej przestrzeganie to dwie różne rzeczy. Jest jeszcze coś takiego jak domniemanie niewinności - poniekąd bardzo słuszne - które czasem doprowadza do patowych sytuacji. Co z tego, że nauczyciel coś zgłosi, skoro nikt nikogo za rękę nie złapał? Alternatywą jest represja wobec każdego, na którego ktoś coś doniesie. Czyli jeszcze większa patologia
Średnio ci wierzę. Ludzie piszą historie aby przedstawić swoje poglądy. Piszesz jak ktoś z zewnątrz a nie ze środka. Użycie formy ,,dzięki bogu" też jest naciągane.
Niestety opieka społeczna to w naszym kraju biznes, gdyby wszystkie dzieci z rodzin patologicznych trafiły pod opiekę kochających ludzi to urzędniczki byłyby bezrobotne. Interweniują dopiero jak jest ryzyko że nagłośnią sprawe w mediach albo po fakcie.
Opieki psychologa też brak.
Trzymaj się !!
A skąd weźmiesz tych kochających ludzi dla wszystkich dzieci z rodzin patologicznych?
Tutaj sytuacja jest bardziej skomplikowana z wielu powodów. To fakt, że jest wiele dzieci w domach dziecka i wiele w takich patologiach jak ta tutaj opisana. Z drugiej strony też są ogromne "kolejki" i wiele par starających się o adopcję.
Pierwszym ze zgrzytów jest to, że większość ludzi chce adoptować niemowlaki. Im starsze dziecko tym chętnych mniej.
Jednak największym problemem jest brak uregulowanej kwestii prawnej większości dzieci z domów dziecka. Dzieci są tam oddawane ale prawa rodzicielskie dalej mają biologiczni rodzicie i nie zgadzają się na adopcję. Tutaj powinny być regulacje odpowiednie. Oddajesz dziecko do domu dziecka to już potem nie masz nic do gadania. Przepadło.
Z drugiej strony chyba jednak nikt nie chce aby państwo i urzędy miało władzę odbierania dzieci za byle widzimisię jak np. w Szwecji
Tekst oceniam jako twórczość przeciwniczki PiSu, 800+, kościoła, wsi i wielodzietności.
Komentarz oceniam jako autorstwa zwolennika/zwolenniczki PiSu i katola, wszędzie dopatrujacego się ataków na swoją religię i poglady. Przecież autorka pisze o pomocy udzielanej im przez m. in. księdza, jako jednej z niewielu rzeczy, które pozwalały im przetrwac. W całym tekście nie ma żadnej krytyki wobec koscioła, wsi, 800+, ani rodzin wielodzietnych, jest tylko żal wobec nieodpowiedzialnych rodziców. Nie wiem też co miałoby być podejrzanego w formie "dzięki bogu". Widzisz to, co chcesz widzieć.
Na stronie jest historia o katoliczce, która bije narzeczonego przyjaciółki. Tamta historia jest napisana realnie.