#NvV8Y

Od dwóch lat zajmowałam się jednym, ogromnym rysunkiem. Był tak wielki, że spokojnie mógł zasłonić całą ścianę (dla ciekawskich, jak się zmieścił w pokoju - od pięciu lat mam pracownię, która kiedyś była dwoma pomieszczeniami, ale rodzice wyburzyli w niej ścianę, żebym miała więcej miejsca, bo i tak nie mieli pomysłu co innego tam zrobić. Był tylko jeden istotny dla tego wyznania problem - nie dało się zamknąć drzwi).

Miałam dużo obowiązków, bo żeby nie robić dalej za niewdzięcznego pasożyta, zaczęłam pracować. W każdym razie - przez pracę, ostatni rok studiów, problemy rodzinne i co jakiś czas przez wolontariat miałam mało czasu na rysowanie, zazwyczaj poświęcałam na to po 10 minut, a musicie wiedzieć, że to był jeden z tych rysunków z masą wzorów, drobnych elementów itd. Tu też dodam (dla zainteresowanych), że miałam też mniejszą wersję tego rysunku, zrobioną w szkicowniku.

Pół roku temu miałam problemy zdrowotne, wylądowałam w szpitalu. Mój szef nie był z tego powodu zadowolony, a ja najzwyczajniej w świecie miałam go dosyć (bardzo toksyczny człowiek, kilka razy przez swoje zachowanie lądował w sądzie), więc w końcu odeszłam i gdy tylko poczułam się lepiej, zaczęłam szukać nowej pracy.
Szukałam pracy i szukałam, a w międzyczasie kończyłam rysunek. W sierpniu był już cały szkic, wszystko ładnie obrysowane cienkopisem. Nawet zaczęłam kolorować. Byłam z siebie dumna.

28 sierpnia znalazłam pracę. Była mocno związana z tym, co studiowałam i szefowa wyglądała na miłą osobę, więc byłam zachwycona.
Minął tydzień, a ja radośnie wracałam do domu. Otwieram drzwi, krzyczę "JUŻ JESTEM" i idę do salonu, patrzę, a tam ciotka Kryśka i wujek Janusz. Chociaż za nimi nie przepadam, udaję miłą i pytam, gdzie ich dzieci. Słyszę, że poszły się pobawić.
Przerażona, bo te małe bachory nie szanują czegoś, co nie jest ich, popędziłam do swojej pracowni. Patrzę i cóż... Mój rysunek rozdarty, umazany farbą, piciem i jedzeniem, a te "cudowne" dzieci wesoło grzebią sobie w szufladach i wyrzucają z nich, często bardzo drogie, rzeczy.
Przeprosin nie dostałam.
chocolatte Odpowiedz

mord na miejscu :O

Axolotl Odpowiedz

Ale oddali pieniądze na rzeczy i zadośćuczynienie?

Abq3002

to chyba raczej oczywiste. a tak poza tym tęsknię za Invizimals. dzięki za przypomnienie panie axolotl

Wojtekbezportek

Chciałeś chyba napisać, że to oczywiste, że nie oddali.

Ellisie Odpowiedz

Z czystej ciekawości - czy można pójść z tym do sądu albo na policję jako uszkodzenie mienia?

mamyczas

Nie jestem prawnikiem, ale zastanowiłbym się nad art. 124 kodeksu wykroczeń czy art. 288 kodeksu karnego. Skoro te dzieciaki zniszczyły mienie to wujostwo ma obowiązek pokryć straty. A przynajmniej tak mi się wydaje.

Farellka

A czemu by nie wycenić? :D a chociażby ilość godzin x stawka minimalna, ale myślę że autorka swój czas wyżej ceni :D

kooltv Odpowiedz

Nie wyobrażam sobie nawet co musiałaś czuć, chyba wyparowałby mi mózg ze wściekłości w przeciągu 0.5 sekundy. Poświęcić tyle czasu, wysiłku i pieniędzy na dzieło i stracić to wszystko, bo czyjeś bachory mają to wszystko za nic... Uderzyć bym nie uderzyła, ale mordę bym wydarła tak, że dzwoniłoby im w uszach co najmniej do siedemdziesiątki

PustynnyGaara

Ja to bym nie dość że uderzyła, to do tego doszłoby kazanie i wrzask na połowę miasta, szczególnie za coś takiego. Jak moi kuzyni wezmą coś mojego bez pozwolenia to już robię awanturę.

Gryfonka Odpowiedz

Najważniejsze pytanie: Gdzie pochowałaś ich ciała?

LeoSans

Na cmentarzu.
To będzie ostatnie miejsce, które postanowi przeszukać policja.

czosnek Odpowiedz

Brak słów

zeberka Odpowiedz

Rozszarpałabym.

SzklanaLza Odpowiedz

Aż mnie krew zalała. Nienawidzę takich rodziców i tych beztroskich bachorów. Wiem, że to wina rodziców, a nie tych dzieci, ale kurczę inaczej nie można.

roztopionykarmel Odpowiedz

Zabiłabym

SweetChildOMine Odpowiedz

wyrzuciłabym przez okno. Dzieci oczywiście.

Passionflower

Dzieci jak dzieci, dla mnie rodzice równie winni, że tak je wychowali i nie widzieli w tym nic złego.

Zobacz więcej komentarzy (39)
Dodaj anonimowe wyznanie