#Njqez
Na zajęcia z naszą grupą chodziła dwójka obcokrajowców, którzy potrafili się przedstawić, powiedzieć, jaki mamy dzień tygodnia – i to wszystko. Początkowo przeszkadzali, każąc tłumaczyć prowadzącym każde zdanie, mając w głębokim poważaniu, że przez nich omówienie nawet najprostszego tematu jest wydłużane do godziny i nie starcza czasu na trudniejsze zagadnienia. Na pytanie jednego z kolegów, co tu robią, skoro nic nie rozumieją po polsku, zaczęli trajkotać po swojemu. Wyłapaliśmy z tego szczebiotu tylko „stypendium, pieniądze, akademik”.
Nie było opcji, by obcokrajowiec nie zaliczył semestru. Sama miałam kilka poprawek, niektóre przedmioty obejmowały po prostu bardzo dużą ilość materiału, którego nie zawsze udało mi się opanować. Im oblanie nie groziło. Sami cieszyli się, że prowadzący muszą im wszystko pozaliczać. Dorabiałam w sklepie obuwniczym, a z pensji musiałam opłacić pokój w akademiku, kupić jedzenie, opłacić kartę miejską. Irytowało mnie, gdy wieczorami, po pracy, szłam do kuchni, by przygotować sobie posiłek, a stojący obok studenci – w tym właśnie obcokrajowcy – radośnie umawiali się na popijawę w klubach, bo „już im doszły stypendia i dopłata”.
Wielu z nich miało bardzo złe zdanie o Polakach. Kiedy przyrządzałam sobie jedzenie w kuchni, obok mnie jakaś dziewczyna zostawiła talerz z resztką kiełbasy. Po chwili wróciła do kuchni przerażona, spojrzała na mnie, na talerz i czym prędzej porwała go z blatu. To samo z masą innych rzeczy ~ trzymanie papieru toaletowego, mydła, ręczników, większości produktów spożywczych w pokojach z obawy, że Polacy mogą im to ukraść. I nie są to moje wymysły, ja i moi znajomi byliśmy świadkami rozmowy, jak jedna z nich mówiła do drugiej, że rodzice radzili jej tak robić, bo w Polsce każdy kradnie.
Kontroler w tramwaju przyłapał kiedyś obcokrajowca, jak jedzie bez ważnego biletu. Mówił mu, że zawsze musi mieć przy sobie bilet, a chłopak tylko „tak, tak, będy miał, zawse będy miał” – i tyle. Czy to by przeszło, gdyby typek urodził się tutaj?
Notoryczne przymykanie oczu na występki. Zarówno w akademiku (krzyki po nocach, butelki w kuchni, pety na korytarzu), jak i na uczelni (jawne ściąganie w czasie testów, brak pracy domowej). Pomijam już typowo chamskie czy wręcz bezczelne zachowania, nawet w miejscach publicznych – dotykanie, gwizdanie za dziewczynami, plucie pod nogi.
I tak, wiem, że w każdej chwili gdzieś niedaleko mnie jakiś Polak zachowuje się dokładnie tak samo, nikogo nie usprawiedliwiam. Ale ta niesprawiedliwość w ocenie i traktowaniu jest zarówno przykra, jak i wkurzająca.
Jeśli ktoś siedzi na zajęciach i nic nie rozumie a mimo to zdaje egzaminy, to kto robi coś źle?
On czy uczelnia?
Nie chce mi się całych tych wypocin czytać, bo oczywiste, że to polaczkowy trumper pisał, ale zdjaesz sobie sprawę, że "obcokrajowcy" to nie jest żadna grupa ludzi? Ale co ja gadam, jakbyś sobie z tego zdawał sprawę to by te wyrzygi się tu nie pojawiły