#N4tqV
Piękna pogoda, ptaszki ćwierkają, a ja drałuję sobie obłożona torbami przez centrum miasta, z którego lepiej uciekać - Sosnowiec. W ręce smycz, przy nodze mój czworonożny przyjaciel.
Docieramy do dworca (poza autobusem do Katowic to chyba jedyna forma ucieczki z tego zaścianka), czas kupić bilet. Podchodzę do kasy, kulturalnie proszę o bilet dla mnie i pieska rasy nijakiej. Już mam zamiar płacić, ale nie, nie tak szybko!
Karta odmawia współpracy. Próbuje drugi raz zapłacić. Niet! Próbuje pani kasjerka. Niet! Gotówki nie widziałam od miesiąca, jak nie dłużej. Zrezygnowana siadam wejściem na peron w celu sprawdzenia co poszło nie tak. Wtedy, pojawia się ON! Mój zbawiciel, z pytaniem ile brakuje mi do biletu. Odpowiadam grzecznie, że karta odmawia i podaję cenę biletu, która wynosiła poniżej pięciu złotych z racji tego, że jechałam tylko do sąsiedniego miasta.
Szanowny pan uratował mi życie, kupując nieszczęsny bilet. Na koniec, gdy wylewałam przed nim swoją wdzięczność, stwierdził tylko "Trzeba sobie pomagać" i odszedł w kierunku sąsiedniego peronu.
Dzięki temu panu dotarłam do domu pociągiem, którym zamierzałam jechać od początku. Jeśli Pan to czyta, to naprawdę bardzo dziękuję, jeszcze raz!
I to jest argument żeby zawsze mieć przy sobie gotówkę.
Zawsze mam w domu trochę kasy, przy sobie też zawsze coś mam. Nauczyła mnie tego awaria terminali w sklepie