#J5PGh
Któregoś dnia siedzieliśmy na placu zabaw, bo to było jedno z miejsc naszych spotkań. Pogadaliśmy, pograliśmy razem i towarzystwo zaczęło rozchodzić się do domów późnym wieczorem. Około dwudziestej trzeciej wyszło ze na placu zabaw zostałam tylko ja i moja przyjaciółka - Martyna. Stwierdziliśmy, że zwijamy się do domu i zaczęłyśmy iść w kierunku domów, które znajdowały się blisko siebie. Jak tylko wyszłyśmy z placu zabaw, obok nas przejechał samochód. Już wtedy wydało mi się to podejrzane, z tego powodu, że kierowca zwolnił. Obserwowałam go, żeby zobaczyć, że samochód skręca na ulicy i jedzie teraz przeciwnym pasem - w naszą stronę. Złapałam niczego nieświadomą przyjaciółkę i wbiegłyśmy na najbliższe podwórko jakichś ludzi, aby ukryć się w krzakach. Samochód zrobił kilka kółek, kierowca najwyraźniej nas szukał. Po kilku minutach dał sobie spokój i pojechał dalej. Martyna przekonała mnie, że powinnyśmy już iść, bo nie chciała wrócić za późno do domu. Nie byłam pewna, bo w jednym z odcinków drogi jaką miałyśmy do przemierzenia nie miałybyśmy jakiekolwiek drogi ucieczki. Jednak dałam się namówić i poszłyśmy dalej. Doszłyśmy do mojego domu i się oddzieliłyśmy. Martyna mieszkała kilka domów dalej od mojego domu. Proponowałam jej, że mogę ją odprowadzić. Powiedziała, żebym nie wymyślała, pożegnałyśmy się i poszła dalej.
Rano obudziła mnie mama. Martyna nie wróciła do domu. Do tej pory żałuję, że jednak nie uparłam się i nie odprowadziłam jej do domu. Uważajcie na siebie.
Jakbyś ją odprowadziła, Ty mogłabyś nie wrócić. Szkoda, że nie poinformowałyście o tym samochodzie dorosłych, choćby Twoich rodziców, skoro nie miałyście telefonów.
o tym samym pomyslalam, lepszym pomyslem byloby, by Martyne odprowadzil np. tata czy mama autorki
Mama nie powinna ryzykować w takiej sytuacji.
Gdyby rodzice obu dziewczynek nie mieli nic przeciwko, Martyna powinna była zostać na noc u autorki i wrócić do domu o bezpiecznej porze. To byłoby dla niej najbezpieczniejsze rozwiązanie. Ale teraz już za późno na takie dywagacje.
A co się z nią stało? W sensie słuch zaginął czy gdzieś ją znaleźli?
Jakbyś ją odprowadziła do domu, to albo złapałby Was dwie, albo Ciebie podczas powrotu. Pomaganie ludziom nie polega na tym, aby poświęcać swoje zdrowie i/lub życie.
To nie Twoja wina, powiedziałaś przyjaciółce co się stało i, że masz wątpliwości, to była jej decyzja. Zrobiłaś to, co mogłaś. Nie obwiniaj się i nie zadręczaj.
To mi się bardzo kojarzy z historią tajemniczego zaginięcia Moniki Kobyłki... Obczajcie sobie.
Znam historię, ale nie skojarzyłam tej sytuacji z Moniką
Takie rzeczy niby trzeba zgłaszać na policję, ale policja bierze takie osoby za paranoików... I jak tu być bezpiecznym?
Coś w tym jest. Z drugiej strony gdyby policja miała sprawdzać z pełnym zaangażowaniem każde takie zgłoszenie to pewnie by im na nic innego czasu nie zostało. Ja wiem, że normalni ludzie mają może okazję by zgłaszać coś na policję może kilka razy w życiu ale niestety nie brakuje takich którzy z tego sobie stworzyli sens życia :)
A najbardziej ucierpią na tym osoby z rzeczywistym zagrożeniem zdrowia lub życia.
Miałam identycznie. Jednego wieczoru kilkukrotnie jeździł koło mnie i moich 2 koleżanek samochód. Zaczęło się ściemniać, poszłyśmy szybko do domów, bo to było zbyt dziwne. Mieszkałam najbliżej, jedna koleżanka spotkała znajomych i z nimi wróciła, a z 2 byłam cały czas na telefonie żeby móc jakkolwiek zareagować. Na szczęście nic się nie stało, ale najdziwniejsze było to, że jak pół godziny później wyjrzałam przez okno to ten sam samochód stał kilka metrów od mojego domu...
Duzo bys jej pomogla przez telefon
nie pomogłaby jej fizycznie, ale mogłaby chociaż usłyszeć gdzie mogła ostatni raz przebywać, numery rejestracyjne, wygląd porywacza. Takie szczegóły też są ważne.
Rozmowa telefoniczna mogłaby odstraszyć porywacza chociaż trochę.
nie ma co teraz rozpamietywac, to nie twoja wina, myslalas, ze samochod odjechal...
Chyba jednak dobrze, że z nią nie poszłaś.
Niestety również miałam taką sytuację tylko ja z koleżanka jechałysmy autem. W pewnym momencie zorientowałysmy się ze ktoś nas sledzi. Potem nas wyprzedzil, wrocil i tak pare razy. Gdy zniknal za zakretem kolezanke wysadzilam kolo domu i biegiem do niego pobiegla. Ja gaz do dechy i do swojego domu, nie bylo daleko. Zdazylam wjechac na swoja posesje, zgasic swiatla a auto wyjechalo z zakretu. Przejechal bardzo wolno po calej ulicy i odjechal. Na szczęście nie mial szans zobaczyc gdzie wjechalam. Az krew mi zamarza w żyłach na samo wspomnienie
Okropne doświadczenie. Wszystkie domy powinny mieć monitoring z trybem nocnym, by łatwiej można było określić pojazdy oraz rejestracje. Ja miałem kiedyś stalkera. "Prześladował" (w cudzysłowu, bo ten okres czasu raczej służył mi do uzyskania jego danych osobowych) mnie przez dwa lata. Zdziwił się gdy role się odwróciły.