#FudNx
Zamieszkiwałam moje studenckie cztery kąty z pewną dziewoją, nazwijmy ją Anka. Znajoma znajomej. Poznana na siłowni. Fit, kit i przysiady przy gotowaniu makaronu. Kawalerka 30 metrów, jeden pokojokuchniosypialnik i łazienka.
Miejsca było mało i na postawienie stopy, i na schowanie rzeczy. Pieniędzy brak, więc nie ma co wybrzydzać. Ważne, że tanio. I byłoby naprawdę znośnie, gdyby nie lepkie ręce mojej współlokatorki. Mimo licznych batalii, mąka i jajka ciągle magicznie znikały, a szampony i moje mydło kończyło się z prędkością światła. Zdarza się, nic ciekawego. Jednak nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie ostatnia akcja. Wchodzę do domu, a tam Anka odmierza sobie białko. Moim kubeczkiem menstruacyjnym z mojej kosmetyczki...
Nie wiem, kto bardziej był w szoku. Ja czy ona, jak uświadomiłam jej, co trzyma w ręku.
Dostała nauczkę.
Gdyby odmierzała kaszę, to byłoby to również zabawne.
Ale ja mam nieco skrzywione poczucie horroru. Eee, tzn. humoru.