#F2hES
Piątek, popołudnie, zimno w biurze jak sam czort, ludzie w polarach siedzą, ja już skończyłem wszystko, co miałem zrobić. Tydzień zamknięty, a do końca pracy zostały mi jakieś dwie godziny. Telefon na biurku dzwoni, patrzę – szefu. Nieważne, że siedzi obok i mógłby mnie po prostu zawołać. Odbieram.
– Słuchaj, jedź do firmy X (jeden z większych producentów wędlin w Polsce) i daj pani W. te papiery. Do rąk własnych.
– OK, która to jest?
– Od razu poznasz, taka tłusta.
Super, wcześniej kończę, na dół do fury, jeszcze tylko godzina warszawskich korków i będę w domu – a po drodze oddam papiery.
Wchodzę do biura firmy X i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, jak ta tłusta baba ma na nazwisko. Uśmiecham się i mówię, że mam oddać te papiery, tylko nie pamiętam nazwiska tej pani. Jedna z babek wygląda z pierwszego pokoju i mówi, że to pewnie dla niej. Szczupła nie była, ale na pewno nie tłusta.
– To nie dla pani – mówię.
– Nie, to dla mnie.
– Nie.
– Ale jak nie pamięta pan nazwiska, to skąd pan wie?
No przecież nie powiem, że to ma być dla tłustej, a ona jeszcze tak gruba nie jest!
– Bo wiem, że to nie dla pani...
Patrzymy się na siebie, ona na mnie jak na debila, ja próbuję telepatycznie wyjaśnić, że nie o nią chodzi i nagle, zza winkla wychyla się Głodzilla – tęga, tłusta i spocona Karyna (zima była, a ta cała mokra). Wyglądała, jakby zeżarła wszystkie te wędliny i czekała na ofiarę z kozła.
– To pewnie dla mnie – rzekła barytonem.
– Tak!!! – rozdarłem się na całe biuro. – To dla pani!
Dałem dokumenty, wszystkie babki się uśmiechają, a gruba schowała się do gawry.
Jeden z wielu żenujących występów w mojej karierze.
Twój szef to obrzydliwy mizogin
Eeee tam, on był po prostu fatfobem. Jakby to był grubachny facet to też by go tak opisał. A ty jesteś debilem.