#Bul9k
Poznałem ją w szkole, mieliśmy po 16/17 lat. Na początku to ot, zwykła znajomość bez szans na nic większego, ale po czasie postanowiłem o nią zawalczyć. Jakoś po ok. 6 miesiącach udało się i zaczęliśmy ze sobą chodzić. Byłem szczęśliwy, wszystko było dobrze, wspólny wypad na wakacjach, ale po ok. 6 miesiącach powiedziała mi, że to koniec i ona idzie do zakonu. Kilka dni załamania, ale pozbierałem się jakoś. Potem studia, nowi znajomi, wszystko powoli zaczęło się układać i tu nagle moja wtedy była odzywa się do mnie i prosi o spotkanie. Myślę – OK, można się spotkać. Tłumaczy mi wtedy powody rozstania i proponuje, żeby spróbować jeszcze raz. I tutaj popełniłem największy błąd... Zgodziłem się.
Na początku było świetnie, później wiadomo, jakieś sprzeczki małe czy większe, ale koniec końców oświadczyłem się i wzięliśmy ślub. Pierwszy tydzień piękny i później się zaczęło. Na początku nic wielkiego – ot, małe sprzeczki, normalne, jak się wcześniej razem nie mieszkało... Ale to był tylko wierzchołek góry lodowej. Przez błahe powody przestawała się do mnie odzywać przez tydzień, dwa... Nieważne, z czyjej winy, i tak winny byłem ja. Bałem się cokolwiek sprzeciwiać, żeby znowu nie było kłótni. Wyzywała mnie od najgorszych, mimo że nic nie zrobiłem. Straciłem kontakt z moją rodziną, tak mnie zmanipulowała, że uważałem mojego tatę, macochę za najgorszych na świecie. Moi teściowie widzieli we mnie tylko robola, nic więcej... Tylko robić (teraz to mogę napisać) ich dom i do niczego nie mieć prawa głosu, nawet do takich rzeczy jak meble, sprzęt AGD czy armaturę, którą jako młodzi mieliśmy mieć dla siebie (drugie mieszkanie w domu). Kulminacyjny moment nastąpił, gdy moja żona zdradziła mnie – może pół roku, może 8 miesięcy po ślubie. Wytrzymałem tam jeszcze kilka miesięcy, bo chciałem to wszystko ratować, ale ona nic nie robiła, żeby było lepiej, ciągle się spotykała z tym gościem. Tak mnie okręciła wokół palca, że zgadzałem się na to, no jak to ja mogę jej czegokolwiek zabronić... W końcu odszedłem, bezgłośnie, bez żadnych zapowiedzi, po prostu wyszedłem do roboty i już nie wróciłem. Jedynie co się zainteresowała to raz zadzwoniła i tyle jej zależało. Teraz już wiem, że to była najlepsza decyzja z ostatnich lat – zostawić to wszystko i zacząć żyć. Złożyłem pozew rozwodowy i naprawdę się z tego cieszę.
Morał z tego wszystkiego dla mnie jest taki, że jak się raz już jakieś drzwi zamknęło, to nie otwiera się ich ponownie, bo to się źle kończy.
Moja historia może być przykładem na to, że przemoc jest nie tylko fizyczna, i że przemocowcem może być również kobieta.
To przysłowie oznacza coś zupełnie innego. "Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki/wody", gdyż woda płynie i rzeka się zmienia. Wchodząc po raz drugi, nawet w tym samym miejscu, wchodzimy już do nowej rzeczywistości, bo rzeka się zmieniła. Filozof nie ostrzegał przed powtarzaniem dawnych decyzji, tylko zapewniał o zmieniającym się świecie.
W końcu ktoś świetnie to wytłumaczył!
Heraklit bywa często właśnie na ten błędny sposób interpretowany jak w tym wyznaniu. Wszystko płynie, wszystko się zmienia, niezmienny jest tylko ruch. Parmenides to cymbał. To z grubsza postulaty tego jończyka.
Mylicie historyczny kontekst tego powiedzenia z aktualnym, potocznym I tu was zaskoczę - obydwa znaczenia są poprawne!
W internecie jest pełne mądrzących się o to ludzi, dyskusji w tym dyskusji wręcz na poziomie akademickim.
Kiedyś w TV któryś ze słynnych profesorów tłumaczących zawiłości języka polskiego powiedział o tym wprost, dla niego ten zwrot ma dwa znaczenia - jedno zgodne z historycznym kontekstem i drugie wynikające z potocznego rozwinięcia tej sentencji - nie wchodzi się dwa razy do tej rzeki, nie tylko dlatego że jest to niemożliwe ale również dlatego, że nie powinno się tego robić!
Zrobiles blad podstawowy, najpierw slub a pozniej wspolne zycie. Nieprawidlowa kolejnosc i tyle.
Skoro wybierała się do zakonu, to musiała być osobą głęboko wierzącą. Katolicy mogą zamieszkać ze sobą dopiero po ślubie, więc pewnie stąd taka, a nie inna kolejność.
Technicznie z tego co wiem to nie mogą uprawiać seksu przed ślubem, ale mogą razem mieszkać.
Mogą, ale dla katolików to narażanie się na grzech, więc tego unikają.
Nie przeszkadza jej dawanie dup*ska innemu bez ślubu i po przysięgach wierności autorowi, więc taka świnta nie jest.
W tym wszystkim tylko szkoda, że się z nią ożeniłeś.
w tym wszystkim dobrze, że dzieci nie mieli...
Ona faktycznie nie zachowała się uczciwie. Ale prawdę mówiąc nie widzę powiązania z "nie wchodzeniem do tej samej rzeki". Przecież za pierwszym razem nie odstawiła cyrku z zdradą tylko po prostu myślała, że woli zakon. Równie dobrze po przemyśleniu tej decyzji mogłaby być przykładną żoną.
Szkoda że Umbriak nie napisze tu swojej historii :)