#GiTfc

Zbliża się Wielkanoc a mi się właśnie przypomniało jak w dzieciństwie błysnąłem podczas wielkanocnego śniadania.
Od małego ciągnęło mnie do książek tylko nie do tych co trzeba. Na początku podstawówki orłem nie byłem a nawet wręcz przeciwnie a najbardziej spodobał mi się atlas anatomiczny.
Podczas wielkanocnego śniadania ciocia z dumną miną oznajmiła że moja najstarsza kuzynka podjęła decyzję i w lipcu będzie zdawać na Akademię Medyczną. Wszyscy popierali ten wybór, wiadomo - niezłe pieniądze no i może przede wszystkim, dobrze mieć lekarza w rodzinie. Tylko ja byłem innego zdania.
-- To niedobrze - powiedziałem - bo tam się trzeba uczyć o siusiaku.

Kuzynka w jednej chwili zrobiła się purpurowa, a że kilku wujków było już po kielichu, gruchnał taki rechot że aż się zakotłowało w gołębniku za oknem.
Na szczęście mój siusiak nie okazał się decydujący i kuzynka od kilku lat jest już lekarką.

#64ya8

Jako dziecko najbardziej lubiłam czytać... Encyklopedie xD Naprawdę. Może się to wydawać dziwne, ale po prostu wydawały mi się cholernie ciekawe. Ogólnie bardzo łatwo uczę się na pamięć, a jako że podczas czytania jednej z encyklopedii zainteresowałam się astronomią (nie żebym ją rozumiała - do tej pory. Ścisłowcem nie jestem), to w kółko czytałam o procesie rodzenia się i umierania gwiazd. I czytałam to tyle razy że w końcu nauczyłam się na pamięć nie próbując nawet, a potem recytowałam go rodzicom z pamięci, dumna jakbym co najmniej rad i polon odkryła. Dalej lubię się uczyć, ale już innych rzeczy.
Ps. Wbrew pozorom, wybitnym uczniem nie byłam 😅🤗

#n7XZy

Z narzeczonym obydwoje jesteśmy przed trzydziestką, z pracą, wykształceni, zamieszkujący w mieście wojewódzkim. Narzeczony skończył doktorat i pracuje na uczelni, ja jestem fizjo i pracuje w gabinecie. Wynajmujemy szałowe mieszkanie 32 m² za kwotę 2500 zł + opłaty. Do tego jeden samochód. Nie mamy nałogów, rzadko wychodzimy coś zjeść na miasto czy na piwo do pubu. Obydwoje bardzo dużo pracujemy, ja dodatkowo ciągnę jeszcze nadgodziny w weekendy. I co mamy z tego? Nic. Udaje się nam odłożyć może dwa tysiące miesięcznie. Kiedy któreś z nas się rozchoruje albo wypadnie większy wydatek, to jesteśmy na zero. Z luksusów stać nas wakacje raz do roku na tydzień do Chorwacji. Nie wiem z czego kupimy choćby mieszkanie ani jak utrzymamy dom czy dziecko, jak będę musiała na rok zrezygnować z pracy (na umowie mam najniższą, resztę kasy dostaję pod stołem). Obydwoje niby wykształceni, zaradni, wyrwaliśmy się z małych miasteczek w pogoni za lepszym życiem, które nie nadchodzi. Nie wiem jak ludzie w naszym wieku kupują domy czy mieszkania, skoro za 60 m² trzeba dać 700 tys., i to w stanie deweloperskim.
Tyramy i tyramy i nie widzimy końca. Ja wiem, że inni mają znacznie gorzej, ale boli mnie, że pomimo wykształcenia i spoko pracy non stop zaciskamy pasa i na mieszkanie tak czy siak nas nie stać. 3/4 jednej pensji idzie na wynajem mieszkania, opłaty, 3/4 z drugiej idzie na koszty życia. A gdzie jakieś przyjemności? Gdzie perspektywy?

#XhkBT

Mam 21 lat, moi rodzice już dawno są po rozwodzie (ojciec to pracoholik i zdradzał mamę wielokrotnie). Ja mieszkam z mamą, mój brat mieszka czasem sam, czasem z ojcem. Moje wyniki z matury i egzaminów zawodowych były super. Miałam opcję iść na świetne studia. Czemu więc pracuję od roku w firmie, gdzie dziennie siedzę 12 godzin, robię miesięcznie ponad 240h, nie mam przerwy „bo nie”, nie zarabiam nawet minimalnej krajowej na godzinę?
Otóż parę lat temu dostałam z mamą wypowiedzenie najmu – w moim mieście nikt nie chciał jednej osoby pracującej, nastolatki i dwóch kudłatych stworzeń. Więc kredyt na mieszkanie, szybki remont, na jaki poświęciłam całe wakacje. Poszłam do pracy, aby pomóc jej finansowo, zamieniłam się w pracoholika, by podnieść standard życia w domu. Moja rodzina zawsze mi dokuczała, że nic nie robię, że pieniądze niby są, ale nie widać nic nowego. W tym roku za uzbierane pieniądze kupiłam nowa kuchenkę, garnki, robota sprzątającego, system zabezpieczeń (ostatnio są częste włamania), mamie zagwarantowałam wyjazd, aby naprawiła sobie zdrowie, sobie parę książek (uwielbiam czytać).
Wiecie co na to rodzina? Mama zachwycona, brat mi pomaga, z ojcem dalej kontaktu nie ma, a reszta rodziny myśli, że nie oszczędzam, a jestem kobietą lekkich obyczajów/kradnę.
Ciesze się, że mogę jej pomóc, że mama jest szczęśliwa, relacje z bratem mam lepsze, reszta przestała mnie interesować po latach. Czemu? Zawsze ich wspierałam, ale po tych słowach już nie są dla mnie nikim znaczącym w moim życiu. Brutalne, ale prawdziwe :)

#0Qmme

Nie zdałem już 9 raz egzaminu na prawo jazdy.
Na egzaminie ciągle popełniam jakieś głupie błędy, np. robię łuk na światłach długich, nie rozglądnąłem się przed rozpoczęciem łuku, ponoć wymusiłem pierwszeństwo, droga dwupasmowa wydawała mi się jednopasmową itd. Ja już naprawdę nie wiem jak ja to mam zdać, czy to jest spowodowane stresem czy czym, a jeżeli stresem, to jak go uspokoić, brałem już nawet tabletki na uspokojenie.
A najgorsze jest to, że okłamuję moją rodzinę, mówiąc, że nie zdałem, bo pieszy mi wybiegł na pasy, samochód mi wyjechał i tym podobne.
Co ja mam zrobić?

#sehyO

Przez ostatnie lata zmagałem się z depresją, taką normalną, na którą w końcu się umiera. Byłem tego świadom, nawet brałem leki oraz miałem wizyty u specjalistów w tej dziedzinie.

Od kilku tygodni czułem poprawę. Jakoś życie tak zaczęło się układać, coś mi tam nawet zaczęło świtać, że może w sumie to fajnie będzie. Fajnie będzie żyć + jakoś to życie układać.

Krótko po tym miałem wypadek. Niezbyt groźny – wychodząc z autobusu, zawadziłem nogą o coś, ktoś mnie popchnął i wypadłem z niego na przystanek. Uderzyłem się w głowę. Wstałem, chciałem iść dalej, ale kierowca (bardzo miły człowiek) uparł się, że nie mogę, że to jest nagrane na jego kamerze w autobusie i trzeba wezwać karetkę i tak dalej.

Wiecie, osoby z depresją, a przynajmniej ja, są dość ugodowe.

Na pogotowiu zrobili mi prześwietlenie i faktycznie okazało się, że w miejscu zdarzenia doszło do małego krwiaka, podali mi leki i zostawili na obserwacji.
Trochę bardziej zaniepokoiła ich zmiana w mózgu wielkości orzecha laskowego, wezwali onkologa.
No rak.
Ale nie taki zły, można wyciąć.

Wycięli – niby niezłośliwy, o gładkiej strukturze, oddzielony od tkanki, więc wszystko powinno być dobrze.

Rak rósł i uciskał ciało migdałowate.
I tak czuję, jak z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień moja kochana czarna zasłona istnienia opada na mój pocięty mózg... Ale jakoś tak lżej.

#1mTx4

Jestem w pierwszej klasie technikum i ostatnio zdarzyła się taka śmieszna sytuacja. 
Są u nas automaty z batonami i napojami, takie klasyczne, w całej szkole stoją takie dwa. Jeden jest starszeo typu i już czasem pieniędzy nie przyjmuje. 
Chciałam kupić sobie tymbarka, na szczęście korytarz był prawie pusty. Byłam tylko ja i moja przyjaciółka, mój kolega i jeden chłopak, który się ustawił za mną w kolejce do automatu. Wrzuciłam 3,50 zł i wpisałam numerek, a tu nic nie wypada... Spojrzałam na ekran, a tam wyświetla 1,50 zł. Mówię: „Co jest?”, a ten chłopak za mną mówi do mnie, że może na dole wypadło, no i faktycznie. Wrzuciłam monety jeszcze raz i znowu wypadły. I ten chłopak za mną mówi: „Potrzyj” i tak lekko dotknął ten automat. I znowu mówi: „Potrzyj, mówię ci, zadziała”. No to ja taka niekumata zaczęłam głaskać automat i mówić: „Dobry automat, dobry...”. A on na mnie jak na debilkę spojrzał i mówi: „Ale monetę...”
A ja dopiero skumałam, o co chodzi. Że ten automat jest trochę zepsuty i trzeba monetę potrzeć i ją namagnesować XDDD
Jego mina – bezcenna, a ja dusiłam się ze śmiechu chyba z pół godziny.
Niby nic, ale przy typku ze starszej klasy głaskałam automat XDDD
Dodaj anonimowe wyznanie