Na pogrzebie mojego dziadka, który przez całe dotychczasowe życie był moim jedynym ojcem, a przed biologicznym patologicznym padalcem bronił mnie jak mógł, nie uroniłam nawet jednej łzy. Przed czy po pogrzebie tak samo. Mam przez to straszne wyrzuty sumienia, co mnie przygniata, męczy i przez to czuję obrzydzenie do samej siebie. Najgorsze w tym jest to, że nie stać mnie było na kilka łez, ale gdy mój brat został ofiarą ciężkiego rozwolnienia cmentarnego ptaka, nie mogłam powstrzymać śmiechu (podczas pogrzebu!).
Źle mi z tym, bardzo źle.
Spotykam się 1,5 miesiąca z facetem z aplikacji, który twierdził, że szuka związku. Mamy wspólne zainteresowania i z nikim się tak dobrze nie dogadywałam wcześniej. Nie doszło między nami jeszcze do niczego, mimo wielu spotkań.
Na ostatniej randce zeszliśmy na tematy łóżkowe (on zaczął). Zapytał o moje preferencje w tym temacie, a potem ja zapytałam o jego. Powiedział, że byłby otwarty na trójkąt i przez to zaczęłam mieć wątpliwości, czy w ogóle dalej chcę mieć z nim kontakt. Nie interesują mnie żadne trójkąty, nie wyobrażam sobie tego, zresztą mu o tym powiedziałam, ale boli mnie fakt, że w ogóle wyskoczył z czymś takim, bo powinien być skupiony na mnie. Nie zaproponował konkretnie, tylko takie stwierdzenie rzucił, ale po co tak otwarcie to powiedział? Czy to znaczy, że nie traktuje mnie poważnie? Porozmawiać z nim, wygarnąć czy wysłać go na drzewo?
Właśnie poznałem jakiegoś typa na internetowym czacie i zaczęliśmy wysyłać sobie wzajemnie zdjęcia z kolekcji naszych siekier.
Internet nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.
Większość osób z mojego i podobnych roczników z mojej miejscowości wyjechało na studia/do pracy do większych miast. Jak to na wioskach, ludzie pracują w różnych zawodach, jest parę bogatszych rodzin, ale z reguły reszta jest na średnim, albo niskim poziomie materialnym.
Sama wyjeżdżając z domu na studia od razu poszłam do pracy i właściwie utrzymywałam się sama by nie obciążać rodziców. Wiadomo jednak, że nie każdy robił tak jak ja. Rodzice niektórych znajomych ciężko pracowali, by opłacić studia i życie w mieście swoim dzieciom, a one bywały różne. Jedni znajomi przyjeżdżali kiedy tylko mogli coś pomóc, inni rodziców trochę olali, bo życie w mieście i imprezy ważniejsze.
Jednak jakiś czas temu zobaczyłam szczyt niewdzięczności. Mój znajomy zaczął opowiadać o nowej koleżance, super imprezowiczka, zawsze ma hajs żeby się napić, fajnie ubrana, ma dużo czasu bo studia lekkie i rzadko na nich bywa. Ogólnie laska szasta hajsem na lewo i prawo. No nic. Na wspólnego grilla w końcu ją przeprowadził. Była to dziewczyna z sąsiedniej miejscowości, młodsza ode mnie o kilka lat, więc nie rozpoznała mnie, ale ja ją tak. Coś mnie ściskało w środku jak słuchałam jej opowiadań o tym, że ojciec pracuje za granicą i jest kimś ważnym, a mama nie żyje od dawna. Opowiadała o imprezach, o wyjazdach i innych takich. A ja znałam drugą stronę tej opowieści.
Znałam jej rodziców. Tatę, który pracuje za granicą na różnych budowach i z roku na rok jak wraca do swoich rodziców na święta wygląda coraz gorzej, mamę, która od dawna przebywa w szpitalu psychiatrycznym i dziadków, którzy z dumą opowiadają o wnuczce, pilnej studentce, grzecznej dziewczynie...
A ona się ich wstydzi. Rozumiem popisywanie się, ale żeby wstydzić się własnych rodziców, ojca, który robi wszystko byle jego dziecku niczego nie zabrakło, matki, która z tego co wiem wciąż o nią pyta... Jakim trzeba być człowiekiem?
W liceum podczas gry w piłkę nożną niechcący złamałem wyższemu o głowę koledze nos łokciem i tego nie zauważyłem.
Wszyscy podbiegli, by pomóc, ja pytałem, co się stało, a po chwili kto mu to zrobił...
Jestem facetem, którego jedną z największych wad jest to, że ma jeden dosyć staroświecki pogląd.
Jestem ojcem dwóch córek w wieku 8 i 3 lat. Oczywiście kocham swoje dzieci, ale uważam, że posiadanie córek to nie to samo co posiadanie syna, bo w końcu tylko posiadanie syna zagwarantuje mi to, że moje nazwisko przetrwa dalej. Próbuję swoją żonę dyskretnie przekonać na jeszcze jedno dziecko z nadzieją, że będzie syn (w końcu kolejna córka jest bardzo mało prawdopodobna). Ona już nie chce więcej dzieci, twierdzi, że dwójka to wystarczająco. Oczywiście zgadzam się z tym, że dwójka dzieci jest OK, ale jak już pisałem, co innego posiadanie syna, a co innego córki, i to już nawet nie chodzi o samo nazwisko, ale o to, że ona sobie będzie mogła chodzić na zakupy ze swoimi dziećmi, gadać o babskich sprawach, zajmować się babskimi sprawami typu paznokcie czy fryzjer, a ja nie mam syna, z którym mógłbym spędzić czas bardziej męsko, czyli np. pójść na mecz piłki nożnej, pograć na konsoli, pomajsterkować razem w domu, pokopać piłkę czy np. pokazać, jak jeździć autem.
Od dwóch tygodni mam chłopaka. Przez pierwszy tydzień głównie rozmawialiśmy przez telefon, potem spotkaliśmy się dwa razy.
Na dziś rano miałam zaplanowane badania, nic poważnego, morfologia. Również na dziś rano mój chłopak miał zawieźć mamę na usg. Mieszkamy w Warszawie, przychodni i lekarzy tu tysiące, nikt nie pytał o adresy, gdzie konkretnie idziemy, bo po co.
Przyszłam do przychodni, rejestracja, dostałam numer, usiadłam na krzesło i czekam. Po około 15 min do tej samej przychodni wszedł mój chłopak z mamą. Podeszli do rejestracji, potem szli w moim kierunku. Gdy się zbliżali, ucieszyłam się, powiedziałam: „cześć”, ale chłopak spojrzał na mnie zdziwiony, olał mnie i poszli dalej. Ja zdziwiona, co się stało, w głowie różne myśli, może wstydził się mamie przyznać, że ma dziewczynę, może się śpieszyli. Po chwili wywołano mój numer, poszłam na badanie i wróciłam do domu. Pomyślałam, że nie będę pierwsza pisać do niego, bo w sumie to on mnie zignorował, trochę wkurzył. Po chwili jednak chłopak zadzwonił, jak gdyby nic: „Cześć, my już po badaniach, a ty?”. Odpowiedziałam, że też, że jestem już w domu. Luby zaczął opowiadać, że było dużo ludzi, że trochę musieli czekać, ale usg wyszło dobrze... I że mogę czuć się zazdrosna, bo jakaś obca dziewczyna powiedziała do niego cześć i ładnie się uśmiechała. „To byłam ja” – odpowiedziałam. „Jak to ty? Zielony sweterek, to byłaś ty? Nie żartuj nawet, ty jesteś piękniejsza” – i w śmiech.
„Tak, ja... Byliśmy razem na ulicy xxx”. I tu nastała cisza, potem dopytywanie: „Jak to, to niemożliwe”.
Możliwe. Na co dzień się maluję, dosyć mocne te moje makijaże. Taką właśnie widział mnie chłopak na zdjęciach, potem gdy dwa razy się spotkaliśmy. Dziś gdy pojechałam na badania było rano, nie chciało mi się malować i co tu dużo ukrywać... chłopak mnie bez makijażu nie poznał. Dowiedziałam się właśnie, że on musi to przemyśleć, że potrzebuje czasu, że czuje się trochę oszukany, bo bez makijażu wyglądam mniej korzystnie.
Nie będzie morałów, tak tylko chciałam się pożalić. Niby ma rację, bo zakochał się w ładniejszej dziewczynie, ale z drugiej strony przez te dwa tygodnie świetnie nam się rozmawiało, mamy dużo wspólnych zainteresowań. Niech ktoś mi powie, że wygląd nie ma znaczenia, że najważniejsze to, co w środku... Nie, w tym wypadku, jak widać, nie.
Mam wrażenie, że moja koleżanka robi maślane oczka na widok mojego taty. Ona niby się wypiera, że nic takiego nie ma miejsca, ale przecież nie jestem ślepa i widzę, jakim wzrokiem wodzi za moim tatą. W ogóle od jakiegoś czasu to jakby głupawki dostała, potrafi gadać tylko o facetach. Wczoraj kolejny raz przyłapałam na mizdrzeniu się do mego taty. A ona tylko wzruszyła ramionami i odparła coś, że chyba nie jestem zazdrosna, skoro mój tata jest wdowcem.
Nie chcę pochopnie zrywać wieloletniej przyjaźni, ale mam coraz mniejszą ochotę zapraszać ją do nas do domu, nie mówiąc już o nocowaniu. Nie będę już pisać o wychodzeniu na siku w koszuli nocnej i majtkach przy pełnej świadomości, że za drzwiami jest tata. Uważam, że to co mówi i jak się zachowuje jest wręcz obrzydliwe.
Jestem uzależniony od oglądania samochodów na Google street view.
Bynajmniej nie szukam jakiś pięknych, nowoczesnych modeli, tylko takich, które jakimś cudem nie skończyły na szrocie 15 lat temu.
Potrafię przez pół godziny wirtualnie zwiedzać jakieś miasta w poszukiwaniu starych perełek. Jestem zaprawionym poszukiwaczem i takie widoki jak golf II czy fiat uno mnie nie ruszają. Na jednym posiedzeniu znajduję paręnaście polonezów, kilka 126p, a jak jakiś 125p się trafi, to cieszę się jak dziecko na stos prezentów pod choinką.
Już nawet mam opracowaną taktykę na obfite łowy - najlepiej zacząć na obrzeżach dużych miast, w pobliżu blokowisk (najlepiej szarych i obdrapanych). Tam prawie na 100% jest jakiś cenny okaz. Czasami specjalnie odpalam otomoto, ustawiam poszukiwany rocznik 1970-1990, i oglądam. Też z pół godziny mi na tym schodzi. Tak po prostu. Moje poszukiwania czasami zahaczają o inne kraje - najczęściej byłego bloku wschodniego (z oczywistych powodów). Staram się nie zwiedzać zbyt często krajów na wschód od Buga. Ciut ciut i normalne, polskie dawki nie będą na mnie działać. Pozdrawiam czytających.
Dnia 21 kwietnia 2008 roku, około godziny 15 musiałam pójść na strych po kilka rzeczy. Próbując otworzyć drzwi po krótkiej chwili zorientowałam się, że one są już otwarte. Więc weszłam bez wahania. Drugie drzwi natomiast podejrzanie były zastawione różnymi przedmiotami. Po odsunięciu części przedmiotów w końcu dostałam się na strych, gdy po chwili zauważyłam sąsiada stojącego w miejscu. Mówię do niego:
- Dzień dobry.
A on nic...
Więc ponownie mówię "dzień dobry", nadal zero reakcji. Spoglądając na prawą ścianę, na której było lustro, zauważyłam, że coś jest nie tak i miałam rację. Dopiero w odbiciu w lustrze zobaczyłam, że on się powiesił, nie wiem jak mogłam tego nie widzieć na początku. Z płaczem pobiegłam do domu mówiąc mamie, że sąsiad na strychu się powiesił, niestety mi nie uwierzyła. Dopiero jak mój brat poszedł i zobaczył tylko dłoń sąsiada, to uwierzyła.
Policja przyjechała i wszystko zabezpieczyła. Tydzień po tym zdarzeniu spać nie mogłam, a do dnia dzisiejszego słyszę, jakby on tam był. Zjawiska paranormalne i 100% przerażenia. 😞😞
Dodaj anonimowe wyznanie