Właśnie byłem świadkiem niecodziennej sceny w sklepie spożywczym.
W kolejce do kasy stały trzy osoby. Pierwszy był mały, maksymalnie 8-letni chłopiec ewidentnie wysłany po zakupy przez rodziców, bo w koszyku miał torbę z ziemniakami, jakiś bulion warzywny i przyprawy. Za młodym stał na oko 50-letni, łysawy, wymiętoszony facet o opuchniętej twarzy i nosie czerwonym jak radziecka flaga. To jeden z tych pijaczków lepszego sortu. Jeszcze taki nie jest na dnie, ale już nie za dużo mu brakuje. Ostatnia w kolejce stała grubsza, starsza pani, przesadnie umalowana różem na policzkach.
Kiedy pani za kasą ważyła ziemniaki, z kieszeni chłopca wypadł banknot o nominale 10 złotych. Pijaczek popisał się wyjątkowym refleksem, bo gdy tylko dyszka dotknęła ziemi, on szybko postawił na niej nogę tak, że zguby nie było widać. Kiedy kasjerka powiedziała, ile należy się za zakupy, dzieciak zaczął nerwowo przetrząsać kieszenie. Trwało to kilka sekund, podczas której zapanowała grobowa cisza. Przerwał ją dopiero bardzo głośny dźwięk klapsa. PLASSSSK! To grubsza pani, zamachnąwszy się, klepnęła otwartą dłonią w łysinę pijaczka, a następnie jak gdyby nigdy nic poprawiła sobie loczek trwałej, który opadł jej na czoło.
Menel przywołany do porządku nawet nie pisnął, tylko czerwony jak czereśnia czym prędzej wyciągnął banknot spod buta i bez słowa wręczył go chłopcu.
Wierzcie mi – to wyglądało niczym scena wycięta z jakiegoś starego, niemego filmu.
Mam niespełna roczną kotkę rasy Devon Rex oraz dwie sąsiadki w wieku 7 i 8 lat. Jak powszechnie wiadomo, koty tej rasy są trochę jak psy, lgną do ludzi i lubią spędzać z nimi czas. Kiedy tylko owe dziewczynki zjawiają się na podwórku, moja kotka siada na parapecie i głośno zawodzi, żeby ją wypuścić do dzieci. Dziewczyny też nie posiadają się z radości, kiedy mogą się pobawić z kotkiem...
Ostatnio zrobiłam się trochę zazdrosna i gdy tylko słyszę, że sąsiadki wychodzą się pobawić, zamykam okna, wyciągam wszystkie zabawki i bawię się z kotem, żeby tylko chciała ze mną zostać. Bo to mój kotek!
Choć mam dobrych rodziców, było kilka rzeczy, które nigdy nie powinny się zdarzyć. Minęło tak wiele czasu, a to wciąż we mnie siedzi.
Przygotowania do I Komunii Świętej. Chodziło się co niedziela na mszę. Tak też miało być i tym razem, tym bardziej że po mszy mieliśmy dostać od księdza srebrne łańcuszki. Niestety, tym razem byłam chora. Miałam katar, bolało mnie gardło, a w moim żołądku panowała rewolucja. Zawsze przy początku grypy czy przeziębienia miałam mdłości. Bardzo nie chciałam tym razem iść do kościoła. Płakałam i błagałam, mówiłam, że bardzo źle się czuję, że chyba zaraz będę rzygać. Tata nie chciał mnie zabierać, bał się, że jeszcze bardziej się rozchoruję, ale niestety. Moja mama pozostała nieugięta. Uparła się, że muszę iść i koniec, bo jak to ma mnie nie być, kiedy jest rozdanie łańcuszków. Poszłam do kościoła.
Mama powiedziała, że jak poczuję, że będę zaraz wymiotować, to mam wyjść z kościoła. Problem polegał na tym, że ja cały czas czułam się tak, jakbym miała zaraz puścić pawia. Msza trwała w najlepsze, był to jakiś moment, kiedy mieliśmy stać. Czułam się tak źle, że wstałam i zakręciło mi się w głowie. Mama zdążyła tylko do mnie podbiec. Pawia puściłam prosto na nią. Obrzygałam ją, siebie, podłogę i wszystko wokół.
Tata zabrał mnie z tego kościoła niemal od razu. Nigdy nie zapomnę tych spojrzeń ludzi... Ale nie to jednak było najgorsze. Pamiętam, jak leżałam na rozłożonej kanapie w salonie, kiedy mama wróciła z tego kościoła. Spodziewałam się raczej jakiegoś współczucia, może lekkiej złości. Na pewno nie spodziewałam się tego, że dostanę w twarz, bo przyniosłam jej tyle wstydu. Cóż...
Kiedy byłam mała, nie chodziłam do żłobka ani do przedszkola. Miałam troje rodzeństwa, a moja mama dumnie twierdziła, że dzieciom to niepotrzebne, a lepiej będzie im w domu. Cytuję: „Ona swoich dzieci dodatkowymi zajęciami katować nie będzie”. Ponieważ była nas czwórka, to już małe przedszkole, więc z dziećmi z sąsiedztwa też nie wolno było się bawić, bo komu to potrzebne.
Kiedy poszłam do zerówki w wieku 6 lat, byłam aspołeczna, bałam się zarówno dzieci, jak i dorosłych (do dorosłych nie wolno było się odzywać, bo jeszcze powie się coś nie tak). Nie umiałam przeczytać ani jednej literki, nie znałam cyfr czy podstawowych kształtów. Pamiętam, że moja mama była wściekła, że nie umiem odróżnić prostokąta od kwadratu, bo „każdy to wie i jest to podstawowa wiedza, więc jak możesz nie wiedzieć”. Ona sama nigdy nie spędzała z nami czasu, nie pokazywała ani nie uczyła tych właśnie podstawowych rzeczy. Natomiast kiedy poszłam do zerówki, okazało się, że przynoszę jej wstyd (tak powiedziała) i powinnam ostro zabrać się za nadrabianie (szlaczków xD).
Nie rozumiem przeciwników przedszkoli, którzy twierdzą, że dzieci najlepiej rozwijają się w domu. Na pewno nie w każdym przypadku.
Pochodzę z wykształconej, inteligenckiej rodziny. Moi rodzice obydwoje związani są ze sztuką przez duże SZ, nie jakimś tam gównem dla plebsu (w ich mniemaniu). Całe dzieciństwo słyszałam o tym, że mam się nie kiwać, bo wygląda to, jakbym miała chorobę sierocą. Jednak to było poza moją kontrolą. Wystarczyło, że zaopatrzyłam się w telewizję, zamyśliłam się, a bujanie się wracało. Zazwyczaj nie bujałam się przód-tył, ale na boki, miarowym, jednostajnym rytmem.
Teraz mam 30+ lat i swoje dzieci. Wieczorami bujam się, kiedy się zamyślę lub denerwuję. Bujanie się włącza się nieświadomie, np. przy oglądaniu serialu czy rozmowie. Mój mąż czasem rzuca: „Bujasz się”, ale wie, że nie mam nad tym kontroli. Kiedy zaczynam się bujać, odczuwam gwałtowne uspokojenie, błogość.
Niedawno odkryłam, że mam chorobę sierocą. Kiedy miałam kilka tygodni, matka zostawiła mnie na jakiś czas pod opieką swoich rodziców, ponieważ realizowała zlecenie przez duże Z. Wróciła jakiś czas potem, może 2-3 miesiące później. W wieku 6 miesięcy poszłam do żłobka, z którego odbierała mnie niania – rodzice obracali się w kręgu artystów: spotkania, wernisaże, wystawy. W wieku 9 miesięcy trafiłam do szpitala z chorobą, z której ledwo wyzdrowiałam (sepsa). Byłam tam sama kilka tygodni (mniej więcej 2-3); ponoć po wyjściu ze szpitala się uwsteczniłam.
Często słyszę, jakich mam wspaniałych rodziców, że to artyści przez wielkie A, tworzący sztukę przez wielkie SZ! Matce niedawno powiedziałam, że chyba wyślę mojego 6-miesięcznego bobasa do żłobka i pójdę do korpo. Zapadło święte oburzenie, że taki mały, a ja chcę go do żłobka!
Żartuję – nie wyślę bobasa. Nie chcę, aby się bujał jak ja. To już chyba nieuleczalne.
Jak ktoś ma podobnie, to niech napisze – zobaczymy, ile osób się kiwa ;)
Mam 37 lat, niedawno po rozwodzie. Jestem ojcem dwójki dzieci: 8- i 6-letnich. Z byłą żoną obydwoje daliśmy ciała w małżeństwie. Winą i majątkiem wspólnym podzieliliśmy się po połowie, więc można powiedzieć, że ten temat przeszedł zgodnie z oczekiwaniami obojga. Z dziećmi utrzymuję stały kontakt, widujemy się prawie codziennie. W tej kwestii wydaje się, że jest OK.
Niedawno poznałem piękną i mądrą kobietę, niewiele młodszą ode mnie, która zdaje się rozumieć mnie w 100%. Każde z nas ma własne cele, które chce osiągnąć w życiu zawodowym i prywatnym. Każde z nas ma własne hobby i nie ma problemu z tym, że kilka razy w tygodniu musimy pobyć osobno, aby się wyciszyć lub nakręcić, w zależności od tego, co kto robi. Problem polega na tym, że ona chce mieć dziecko, a ja nie. Na jej propozycję rozpoczęliśmy starania (kilka razy w tygodniu, jak tylko któreś z nas najdzie ochota lub jest owulacja). Każda pozycja jest dobra i każde miejsce – tego brakowało mi w poprzednim związku, więc teraz jest mega pozytywnie. Problem w tym, że jestem po wazektomii (o czym ona nie wie, oczywiście) i obawiam się momentu, kiedy będzie chciała pójść na badania.
Pracuję w sklepie. Dziś starsza pani (ok. 70 lat) powiedziała, żebym dał ziemniaki tak ładne jak ja.
Nie wiem, czy to komplement, czy obelga.
Lata temu, kiedy służba wojskowa była jeszcze obowiązkowa, przydarzyła mi się taka historia.
Komisja wojskowa, badanie, zestaw pytań:
– Pali pan?
– Tak.
– Alkohol pan pije?
– Okazyjnie.
– Zażywa pan narkotyki?
– Nie, chociaż podobno lepsze to niż alkohol i papierosy, he, he, he.
W komisji jednak nikomu nie drgnęła nawet powieka.
Na koniec badań dostałem skierowanie... do psychologa. Powód?
Problemy z narkotykami.
Ostatnio zdawałam część praktyczną na prawo jazdy. Jako że była to bardzo stresowa sytuacja, zdenerwowałam się, zagapiłam i przez przypadek potrąciłam karła. Niestety nie zdałam, ale jemu nic się na szczęście nie stało.
Cześć, piszę tutaj bo czuję że przegrywam życie. Znaczy jestem na studiach, nawet dobrze sobie radzę, ale nie oto chodzi. Mam 24 lata i po prostu nigdy się nie całowałem. Niektórzy znajomi już mają dzieci lub są po ślubie, a ja? Po prostu czuję się głupio, szczególnie wtedy gdy ktoś wziął ślub.
Dodaj anonimowe wyznanie