Gdy miałam 15 lat, złapało mnie ostre zapalenie wyrostka. Wielka panika, ból okropny – no cóż, jedziemy do szpitala. Jak to w szpitalach bywa; minęła jedna godzina, druga godzina, trzecia godzina, a lekarza jak nie było, tak dalej nie widać.
Jako iż należałam do małych śmieszków, żartowałam sobie z rodzicami, rozmawiałam i starałam się zapomnieć o tym, gdzie jestem i jak się czuję.
W tym momencie wchodzi pielęgniarka: „Wyglądasz o wiele lepiej, dopisuje ci humor! Może i nawet wrócisz do domu. Po co była ta cała panika i straszenie rodziców? Tak nie zwrócisz na siebie uwagi, młoda damo”.
I w tym momencie, ni stąd, ni zowąd, zwymiotowałam na jej fartuch i szpitalne buciki.
Przeprosiłam, ale z tyłu głowy wiedziałam, że należało jej się za głupie gadanie.
Zaraz po tym wzięli mnie na wózek i zostałam wywieziona na salę operacyjną :)
Cóż... Mam pewien dystans do religii, szczególnie po tym, jak prawie zostałem zabity przez katoliczkę, ale od początku.
Jeden z moich rodziców pochodzi z ultra katolickiej rodziny, z kolei drugi z ateistycznej. Razem postanowili, że chrztu itp. doświadczę, gdy będę chcieć jak będę duży.
To nie spodobało się "prawej" części rodziny, a szczególnie pewnej ciotce, która postanowiła, że szatana w jej rodzinie nikt wychowywać nie będzie. Przyjechała do domu pod pretekstem zobaczenia nowego członka rodziny, a ja jak prawdziwe niemowlę - płacz/sen/kupa, brak zaawansowanych interakcji.
Ciotka poszła po herbatę do kuchni i na stole leżała butelka do karmienia wyżej wymienionego diabła wcielonego. Pora wprowadzić swój plan w życie. Odkręcić butelkę, wrzucić do butelki kostkę trutki na szczury i usłyszeć głos dziadka za sobą "XXX co ty odpierniczasz?".
Historia ma swego rodzaju happy end. Ciotkę zabrała policja, gdzie przyznała się do próby otrucia "tego szmatławego diabła" i spędziła z innymi aniołami 8 lat swojego życia. "Prawa" cześć rodziny zerwała z nami kontakt, będąc przekonana, że wrobiliśmy ciotkę.
To miało miejsce zaledwie 20 lat temu, "Prawa" rodzina nadal obwinia mnie, niemowlaka, o to, że ciotka zeszła na złą drogę.
To akurat mam gdzieś.
Ale bardziej w tej sprawie boli mnie to, że w tak "zaawansowanych" czasach, gdzie każdy ma dostęp do edukacji i wiedzy, nadal istnieją zachowania tak skrajnie średniowieczne. Nawet w dużych aglomeracjach, gdzie "podobno" mieszkają "elity".
Wybacz im ich grzechy, bo zbłądzili.
Jestem wysoko funkcjonującą alkoholiczką. Zaczęło się od mojej bezsenności. Cierpiałam na nią przez wiele lat i nie pomagało nic. Zazwyczaj przesypiałam 2-3 godziny na dobę, ale bardzo często nie spałam w ogóle. I naprawdę próbowałam wszystkiego. Od ziół, spacerów, ćwiczeń i medytacji, po lekarzy, badania, tomografię głowy (nic nie wyszło), terapie i leki. Nie pomogło mi nic z tych rzeczy, ani odrobinę. Odstawiłam kawę i cukier, przebiegałam 5 km przed snem, wyciszałam się, nie używałam telefonu ani laptopa przez cały dzień, próbowałam nawet hipnozy. Nadal nic. Wtedy rzadko piłam alkohol, może z raz na rok lampkę wina na jakimś weselu. Aż któregoś dnia poszłam na imprezę i po raz pierwszy od bardzo dawna się upiłam. A później po raz pierwszy o bardzo dawna przespałam całą noc. Obudziłam się na lekkim kacu, ale jednocześnie wyspana. Po raz pierwszy nie piekły mnie rano oczy, nie bolała mnie głowa, jedynie strasznie mnie suszyło. Boże, jakie to było cudowne uczucie! Wypiłam chyba ze dwa litry wody, ale ze szczęścia aż chciało mi się płakać.
Teraz nie ma dnia, żebym nie piła przed snem.
Wiem, że alkohol jest tak samo zły dla mojego organizmu, jak brak snu. A może i gorszy. Ale nie potrafię i nie chcę wracać do tych tortur, które towarzyszyły mi każdego dnia. Ze zmęczenia kręciło mi się w głowie, nie potrafiłam trzeźwo myśleć, nie mogłam jeździć autem, nie umiałam skoncentrować się na najprostszej czynności, miewałam nawet halucynacje. Wystarczą mi dwa kieliszki wina, bym zasnęła jak dziecko i przespała całą nic. Wiem, że jestem alkoholiczką, ale przysięgam, wolę nią być, niż znowu nie spać.
Żyję normalnie. Pracuję, spotykam się ze znajomymi i większa część mojego dnia mija mi na trzeźwo. Dopiero wieczorem wypijam dwie lampki wina i idę spać. Wstaję wypoczęta i bez kaca. I nikt nie zna mojego sekretu.
W przeszłości spotykałam się z moim najlepszym przyjacielem, robiliśmy to, co robiliśmy... Kiedy otworzył sklep, zaproponował mi u siebie pracę. Zgodziłam się, bo bardzo potrzebuję pieniędzy. Pracuję tam do teraz.
Dzisiaj zapytał mnie, czy bym nie chciała wrócić do dawnego układu (a mam faceta i już jesteśmy razem ze sobą rok). Bardzo często przygląda mi się i nie powiem, w jego towarzystwie zawsze miło spędzam czas. Ma w sobie coś takiego, czego brakuje mojemu chłopakowi.
Czy to źle, że marzę o tym, aby to zrobić? On ma to coś... Coś, czego bardzo mi brakuje.
Wiem, że powinnam mu odmówić, ale ciągnie mnie do tego.
Mam 25 lat i zawszę drwiłam z programów typu: „Trudne sprawy”, romantycznych komedii (szczególnie polskich), śmieszyły mnie wyznania i druzgocące problemy moich znajomych i ich. W życiu nie miałam faceta, miewałam przelotne romanse, jakieś niezobowiązujące klimaty. Jak mi się ktoś spodobał, to zaraz sobie układał życie z inną i jak w telenowelach układało im się bajecznie. Nie miałam z tego powodu dramatów ani deprechy. Życie przyjmuję na klatę jakie jest. Mam cudownych znajomych, których znam ponad połowę życia. Imprezujemy razem do upadłego, podróżujemy i znamy się jak łyse konie. Jednak złośliwa karma zawsze wraca. Los zawsze robił sobie ze mnie jaja. Ale teraz przegiął.
Zakochałam się ni stąd, ni zowąd w swoim wieloletnim koledze. Kurna, aż wstydzę się o tym pisać... Scenariusz jak z marnego filmu dla nastolatek. Nie ma szans na nic, bo on ma dziewczynę, a ze mną rozmawia jak z kumplem. Od żartów, po rozmowy o sraniu. Nic z tego nie będzie, ja próbuję walczyć ze sobą i jestem w czarnej d... Widujemy się co najmniej dwa razy w tygodniu i robi się mało fajnie.
Opowieść jak z Bravo... No cóż, wygadałam się, idę dalej być „kolegą”.
Jak byłam mała to myślałam, że w przyszłości będę musiała wyjść za kogoś z rodziny, żeby ją powiększyć. Padło na mojego najbliższego kuzyna.
Szkoda, że to nieprawda, bo teraz miałabym przystojnego i kochanego męża :<
Rodzice nigdy nie rozmawiali ze mną o seksie, o masturbacji, a mnie nie obchodziło „skąd się wziąłem”. Wszystkiego dowiadywałem się sam, dzięki moim zboczonym kolegom w klasach podstawówki. Chyba w czwartej klasie namówili mnie, bym obejrzał sobie film pornograficzny, podali mi nawet jakieś polskie www do tego. A że miałem już komputer, stary bo stary, i jakoś umiałem z niego korzystać, to wypróbowałem, gdy rodzice wyszli do sklepu na jakąś chwilę, zostawiając mnie samiutkiego w domu.
Po paru dniach, gdy wróciłem ze szkoły, mama spojrzała na mnie podejrzanie i zaprosiła do pokoju. Już wiedziałem, że zrobiłem coś złego i będę miał chyba jakąś karę – ale co ja takiego zrobiłem? Zacząłem się zastanawiać, czy dzwoniła moja wychowawczyni, że byłem niegrzeczny albo mam złe oceny. Mama włączyła komputer i zapytała, czy to ja oglądałem coś „plus osiemnaście”. Kazała się mi przyznać, jeśli to ja wchodziłem na takie strony. Oczywiście zaprzeczyłem. Mama po chwili kliknęła „historia”, ukazując mi godziny i strony. Zapytała jeszcze raz, czy to ja. Rozpłakałem się z nerwów i wstydu. Zaczęła mi tłumaczyć, że nie powinienem tego robić i nie mogę oglądać takich stron. Powiedziała, że wykupili z tatą jakąś blokadę rodzicielską. Pokrzyczała na mnie chwilę, dała mi karę na komputer. Ale powiedziała coś jeszcze, w co uwierzyłem. Że na takich stronach ludzie wszystko udają, że to tak naprawdę nie wygląda. Że wszystko jest przekoloryzowane i zupełnie nieprawdziwe. Porównała to do porodów w telewizjach, do krzyczących kobiet, mimo iż na prawdziwej porodówce jest inaczej. Pokazała mi nawet taki film. Przez to porównanie wszystko zacząłem uważać za obrzydliwe i miałem koszmary, w których kobiety darły się niemiłosiernie.
Wyznanie to jest apelem do każdego, kto się poddaje w kwestii prawa jazdy.
Zdałem wczoraj egzamin za 9 podejściem, za każdym razem jak oblałem wynikało to z tego, że byłem przesadnie zestresowany egzaminem. Pamiętajcie, że nie jest ważne, za którym razem się zdało egzamin, wcale nie jeździ gorzej ktoś, kto zdał dopiero za którymś, a zdaniem mojego instruktora nawet może jeździć lepiej. Raz, że taki kursant w 95% przypadków wyjeździł więcej niż obowiązkowe 30h, a dwa, nie będzie jeździć brawurowo tak jak ci, którzy zdali za pierwszym. Dosyć często osoby co zdały za pierwszym uważają się za mistrzów kierownicy, dlatego nierzadko przekraczają dozwoloną prędkość, a w skrajnych przypadkach jeżdżą pod wpływem. Nieważne jak bardzo się stresujesz, przez co oblewasz egzaminy, nie daj sobie wmówić, że nie nadajesz się na kierowcę. O ile lekarz nie stwierdzi przeciwwskazań do prowadzenia pojazdów, to każdy może zostać kierowcą. Jedynym minusem zdania za którymś razem jest wydawanie kolejnych pieniędzy, ale prawko się przydaje na całe życie.
Nie mam siły żyć. Wszystko robię, bo muszę. Mieszkam w domu, niby na pozór normalna rodzina. Mam młodsza siostrę (7 lat), mamę, tatę. Ale w domu matka potrafi mi zrobić awanturę o nic. Przykład? Ostatnio kupiliśmy cioci prezent i kazała mi oderwać z torby METKI. Oderwałam metki. Chwile później straszna awantura i krzyki. Dlaczego? Bo oderwałam metki. Ponieważ uroiła sobie, że powiedziała „ceny”. Tak się na mnie darła, że się popłakałam. Dusiłam się łzami, w momencie kiedy ona wrzeszczała, jaka to ja bezmyślna jestem i że nie ma ze mnie żadnego pożytku. Jak zobaczyła, że płaczę, to kazała mi się zamknąć oraz zejść jej z oczu i powiedziała, że jak jeszcze raz zapłaczę, to będę „miała przej***ne”. Nigdy nie usłyszałam od niej przepraszam, po żadnej kłótni. Zawsze ja byłam winna. Do tego dochodzą problemy w liceum, obgadują mnie za plecami, nie mam tam żadnych przyjaciół, boję się tam przychodzić. Na samą myśl chce mi się płakać. Doprowadziła mnie już do takiego stanu, że jak słyszę trzask drzwi, podniesiony głos lub trzask butelki, wzdrygam się, oczy mi się szklą i serce mi bije, jakbym przebiegła maraton. Chcę jej powiedzieć, jak się czuję, że chcę do psychologa, ale boję się, że mnie wyśmieje jak zawsze. „Oj tam, prawdziwe problemy będziesz miała w pracy”. Ale ona nie widzi, że to przez nią. Uważa się za świętą.
Jeżeli ktoś ma pomysł, jak powiedzieć jej o tym, że potrzebuję pomocy psychologa, proszę napiszcie.
Bardzo dziękuję za wszystko.
Kocham moje klapki basenowe. Dzisiaj pokazywałem żonie, że po 15 latach nadal są w świetnym stanie, zużyte jak bieżnik w żuku, ale wygodne jak mercedes! Okazało się, że to dwa różne rozmiary, 44 i 43, a dopiero potem zdałem sobie sprawę, że ja mam lewą stopę w rozmiarze 44, a drugą ewidentnie krótszą o jeden rozmiar... Czysty przypadek sprawił, że kupiłem takie klapki akurat idealnie pasujące do moich stóp – dlatego mi z nimi tak dobrze. Zonk.
Dodaj anonimowe wyznanie