Moja babcia, gdy byłem małym czymś, powiedziała mi (abym w miejscach publicznych zachowywał się grzecznie), że przez kamery patrzy Jezus.
Tak więc do 7 roku życia często stawałem przed kamerami i się do nich modliłem jak przykładne, grzeczne dziecko. Dopiero mama uświadomiła mi, że kamery nie należą do Jezusa.
Niedawno obchodziłem urodziny.
Nikt nie złożył mi życzeń. Ani moi rodzice, ani rodzeństwo, ani narzeczona, ani najbliżsi przyjaciele.
Jedynie pracownica banku przy telefonicznej propozycji kredytu.
Mam dosyć nietypowy problem.
Gdy mam neutralny humor, moja twarz wygląda, jakbym chciała kogoś zabić, to samo jest, gdy jestem zamyślona – moje lico wygląda na wiecznie złe lub smutne. Nie raz ludzie pytali się mnie, czy wszystko w porządku, a ja kompletnie nie wiedziałam, o co im chodzi. Po mojej twarzy widać każdą najdrobniejszą zmianę emocji, nie potrafię kompletnie nic ukryć. To samo tyczy się mojego głosu – gdy dla mnie coś brzmi najnormalniej na świecie, okazuje się, że mój ton głosu brzmi, jakbym kogoś obrażała lub miała jakiś problem. Starałam się nad tym panować, niestety bez skutku. Trudno jest tłumaczyć każdemu napotkanemu człowiekowi, że nie gryzę, a moja mina nie oznacza, że chcę zabić jego i siebie.
Ktoś wie, jak wyłączyć twarz?
Zawsze miałem się za osobę nietolerującą przemocy wobec kobiet (nawet kwiatkiem). Czasem zastanawiałem się, jak zareaguję, gdy ktoś przy mnie uderzy kobietę. W myślach strzelałem typa w pysk. Niestety od zeszłego tygodnia zmieniłem swoje podejście.
Sytuacja miała miejsce pod namiotem, nad jeziorem. Od północy przez dwie godziny napruta Grażyna wyzywała swojego partnera, że za długo pracuje, że jej nie szanuje, że bardziej od niej kocha swoją córkę, że ma ją za nic, bo ona nie pracuje. Potem doszło jeszcze, że nie ma jak, że jedyne, czego od niej wymaga, to: przynieś, podaj, pozamiataj. Chłop jej na spokojnie tłumaczy, że tak nie jest, że pojechali na biwak, że skoro ona nie pracuje, to on musi więcej zarabiać, żeby się utrzymali itp. Po dwóch godzinach, gdzie już nie słyszeliśmy własnych myśli, zaczęła krzyczeć: „No uderz mnie! Pokaż, że nie masz jaj!”.
A ja szczerze kibicowałem typowi, żeby ją pierdyknął w głupi pysk i żeby się zamknęła...
Stałem się złym człowiekiem.
Wyznanie o tym, jaką piękną gafę strzeliłem w osiedlowym minimarkecie.
Ze względu na ograniczoną powierzchnię sklep jest dość mocno zastawiony sprzętami. Podczas zakupów usłyszałem dochodzące gdzieś z góry:
– Czy mógłby mi pan pomóc?
Spojrzałem w tamtą stronę i krzyknąłem zdziwionym głosem:
– Gdzie pani tam weszła?!
Aż inni klienci zaczęli się oglądać.
Okazało się, że nigdzie nie weszła, po prostu pani miała dwa metry, a ja niecałe metr siedemdziesiąt, i w dodatku nie widziałem całej sylwetki. Pani miała jakiś problem ze smartfonem i podejrzewała, słusznie zresztą, że może sobie z nim poradzę :)
Im starsza jestem, tym bardziej nie lubię ludzi, ale nie na zasadzie jakiegoś nieśmiesznego mema z Facebooka typu „patrzcie, jaka jestem zołza” itp. Kiedyś nie lubiłam pojedynczych osób czy jakiegoś wrednego nieznajomego, teraz doszło do tego, że wszędzie widzę fałsz i zakłamanie, nawet wśród rodziny czy bliskich znajomych. Od jakiegoś czasu coś we mnie pękło, bo dowiaduję się coraz gorszych i parszywych rzeczy o ludziach, których uważałam za bliskich. Zaczynam zauważać, ile jest w nich zakłamania i hipokryzji. Przestaję ufać. Nie ufam większości członków rodziny, ludziom z pracy, nowo poznanym osobom. Nie ufam praktycznie nikomu... Nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym lubić ludzi i umieć z nimi współpracować, przeżyłam jednak zbyt wiele nieprzyjemnych doświadczeń z nimi. Od jakiegoś czasu mam ochotę zamknąć się w mieszkaniu i nie widzieć nikogo, nawet wyjście na zakupy zaczyna być przykrym obowiązkiem. Nie chcę pokazywać się nikomu... Sama myśl o tym, że miałabym się z kimś spotkać męczy mnie psychicznie. Lubię spędzać czas sama, ale zaczynam się niepokoić, bo to zachodzi trochę za daleko. Normalnym jest od czasu do czasu pobyć samemu, a u mnie trwa to już rok. Nie spotykam się z nikim i niestety jest mi z tym dobrze. Wydaje mi się, że muszę zmienić środowisko, może to by pomogło.
Od kilku lat mam przerąbane.
Mam na imię Jessica, mój ojciec to Sebastian, a mama Karina.
Żyć nie umierać.
Toksyczne związki. Długo zastanawiałam się, czy to opisać, ale uznałam, że powinnam. Ku przestrodze.
Zaczęło się pięknie: ideał: przystojny, miły, niesamowicie szarmancki. Wpadłam po uszy. Dość szybko zdecydowaliśmy się na współżycie, choć byłam dziewicą. Niedługo później wprowadził się do mojego mieszkania. Sielanka trwała kilka miesięcy. Zdradził mnie z koleżanką z pracy… sam się do tego przyznał. Zdradził z kobietą dużo starszą ode mnie, mężatką. Poznałam nawet szczegóły.
Powinnam była uciekać wtedy jak najdalej, jednak po jego błaganiach i grożeniu, że odbierze sobie życie beze mnie, zostałam.
Potem było tylko gorzej.
Zaczęło się od prania mózgu.
Wierzyłam w to, że to moja wina, że mnie zdradził. Bo nie zaspokajałam go tak, jak chciał, bo nie jestem wystarczająca. Bo jestem do niczego. Przestałam czuć się atrakcyjną kobietą, którą przecież byłam. Nie chciałam, żeby ktokolwiek zwracał na mnie uwagę, przestałam się malować, zakładałam obszerne swetry. Obcięłam ukochane długie włosy. Zaczęłam zrywać kontakty z przyjaciółmi, z rodzicami. W końcu odcięłam się od nich całkowicie. Jemu to pasowało, ponieważ coraz bardziej byłam podporządkowana jemu.
Zdrady stały się codziennością. Zaczęły się akty przemocy psychicznej, kiedy mówił mi, że jestem nikim, że gdyby nie on, całe życie byłabym sama, bo kto by mnie chciał. Po czasie zaczynało dochodzić do przemocy fizycznej, czasami mnie uderzył, czasami popchnął, czasami dusił. Nie miałam już sił nawet z nim walczyć. Moja obojętność była niejednokrotnie wykorzystywana, bo „używał” mnie w jaki tylko sposób chciał, głównie wbrew mojej woli. Stałam się wrakiem człowieka. Potwornie schudłam, zaczęłam się okaleczać, miałam napady bulimii, nabawiłam się stanów lękowych.
Po pół roku piekła, a niemal roku związku, wpadłam na dawną przyjaciółkę. Początkowo mnie nie poznała, później wyciągnęła na kawę. Odważyłam się pójść. Po długiej rozmowie w końcu pękłam. Opowiedziałam jej, co dzieje się w moim związku.
Zabrała mnie do siebie do domu, wyłączyła mój telefon, zebrała kilku kolegów, żeby pomogli jej wywalić tego człowieka z mieszkania. Później pomogła mi się pozbierać, znalazła nowe mieszkanie, o którego położeniu wiedziały tylko cztery najbliższe mi osoby. Zmieniłam numer telefonu, były został zablokowany na wszelkich portalach społecznościowych.
Przyjaciółka mnie uratowała. Piekło się skończyło.
Minęło parę lat. Udało mi się zaufać innemu mężczyźnie, choć było to bardzo trudne.
Wszystko układa się dobrze.
Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, zastanawiam się, jak mogłam być tak naiwna i zaślepiona miłością. Jak niewiele brakowało, żeby wszystko skończyło się tragedią.
Kiedy zacząłem gimnazjum, fizyka była dla mnie po prostu abstrakcją. Mieliśmy okropną nauczycielkę od tego przedmiotu i postanowiliśmy napisać petycję o zmianę nauczyciela. Wtedy zaczął nas uczyć facet w młodym wieku, około trzydzieści parę lat. Nie robiło mi to różnicy, bo byłem już negatywnie nastawiony. Byłem już wtedy pewien, że nie zdam z tego przedmiotu (z innych miałem dobre oceny). Nauczyciel widział moje nastawienie i powiedział, żebym przyszedł do niego po lekcjach. Rozmawiałem z nim wtedy dwie godziny o wszystkim. Zaproponował mi, że będzie mi tłumaczył materiał trzy razy w tygodniu. Zgodziłem się. Efekty było widać, powoli, ale jednak. Niektóre tematy łapałem szybciej, inne wolniej, ale w końcu przestałem bać się tego przedmiotu, a nawet inaczej... polubiłem go. Na koniec pierwszej klasy zamiast zagrożenia była mocna trójka. Pod koniec drugiej klasy i na początku trzeciej nie miałem już z fizyką żadnych problemów, a pomimo tego dalej chodziłem z nim na te zajęcia. Nie tylko tłumaczył mi przedmiot, ale był też moim przyjacielem, bo w klasie byłem raczej odrzucany (nie nosiłem markowych ciuchów, byłem spokojny i cichy).
Teraz jestem na studiach w całkiem innym mieście. Studiach związanych z fizyką. Z nauczycielem mam stały kontakt. Rozmawia ze mną przez telefon i spotykamy się raz w miesiącu. Nikomu w życiu nie zawdzięczam tyle, co jemu. Był dla mnie zawsze wtedy, kiedy nikogo innego nie było (rodzice woleli alkohol i na studia musiałem zapracować sam).
Pracuję na stoku z dziećmi i często słyszę jakieś „kwiatki”, oto jeden z nich.
Zuzia (lat 5) uczyła się już skręcać na nartach. Jeździmy sobie takim slalomem i w końcu musiałem puścić ją przodem, żeby nie małpowała po mnie, tylko sama podjęła decyzję, gdzie chce jechać. Nie mogła się zdecydować, to proponuję jej, żeby jechała do mamy i taty, czyli kobiety i mężczyzny, którzy mi dziecko na zajęcia przyprowadzili. Mała oburzona patrzy na mnie z dołu i mówi, że to nie jest jej tata! OK, to do mamy i wujka... Mała stanęła i mówi zła, że to nie jest jej wujek! Zgłupiałem i pytam: „To kto to jest?”. I usłyszałem odpowiedź, która przyprawiła mnie o atak śmiechu: „Nie wiem, on tylko śpi z moją mamą!”.
Dodaj anonimowe wyznanie