#4QxWQ

Ponad 15 lat pracowałem jako lekarz weterynarii klinicysta. Już nie praktykuję. Powiem wam w tajemnicy, że większość właścicieli zwierząt ma zaburzenia psychiczne. Mają chore relacje ze swoimi zwierzakami, które wynikają z problemów emocjonalnych. Miałem wrażenie, że pracuję w szpitalu psychiatrycznym, a nie w zakładzie leczenia zwierząt. Byłem już zmęczony codziennie biorąc w tym udział, nie taki kierunek kończyłem. Dlatego zmieniłem pracę i teraz czuje że żyję.

#QS9f4

O tym jak radykalizm chyba w każdej możliwej opcji jest nienormalny.

Mam brata młodszego o 11 lat, on ma teraz 9, ja 20. Cała nasza rodzina (bliższa, czy dalsza) to ludzie bardzo tolerancyjni i pomimo tego, że pochodzimy ze wsi, to wychodzimy z założenia, że aby się na dany temat wypowiedzieć i posiadać jakieś stanowisko w konkretnej sprawie, trzeba po prostu temat przeanalizować z każdej strony.

Moi rodzice są osobami, które są wiecznie zajęci/w pracy/zmęczeni (niepotrzebne skreślić), ale od zawsze zaznaczali mi i mojemu bratu, że mamy być tym kim chcemy, że mamy być sobą i cokolwiek by się nie działo, zawsze uszanują nasze decyzje i będą nas wspierać i kochać. Fajnie, prawda?

No ale o co chodzi? Chodzi o fakt, że jestem osobą homoseksualną. Jak się domyślacie - w mojej rodzinie ta informacja jakoś za bardzo nie wpłynęła na życie kogokolwiek. Przyjęto ją na równi z informacją, że ciocia Jadzia na obiad zrobiła gołąbki - jej sprawa, co komu do tego. Babcia nawet podjęła próbę poszerzenia horyzontów swoim koleżankom z wiejskiego kółka różańcowego, choć jak na razie z marnym skutkiem.

Dobra, do rzeczy. Mój młodszy brat (tak 9-latek) jest totalnym przeciwieństwem naszej rodziny. Jest nietolerancyjny, na podwórku rządzi grupką młodocianych Sebastianów, wczoraj obił jakiemuś dzieciakowi mordę, bo ten, cytuję: "Bawi się z dziewczynkami, a nie gra z nimi w piłkę, więc pewnie PE*AŁ". Mnie zamurowało, no ale w rodzinie święta zasada jest "nikt się nikomu do wychowania dzieci nie wpierdziela". Dlatego babcie milczą, choć każdej się serce kraje, jak widzą, że młody tylko gra na kompie, lub biega po wsi, a nawet dobrze zdania nie umie przeczytać.

Odbyłem więc poważną rozmowę z mamą, typu ja jako starszy brat się martwię i pytam, czemu z nim nie rozmawiają tak jak kiedyś ze mną, nie pokazują mu, że świat jest różnorodny i każdy ma prawo do bycia sobą itd. W odpowiedzi usłyszałem, że: "Młody ma prawo do posiadania własnych poglądów"... Ręce mi opadają, 9-ciolatek ma WŁASNE poglądy, choć jego psychika do końca jeszcze nie jest ukształtowana. Ma POGLĄDY oparte na tym co powiedzą koledzy lub internet, bo rodzice nie mają czasu. I powiem wam, że się po prostu boję. Bo mam wspaniałą rodzinę i brata, na którego czekałem 11 lat, który zawsze był i będzie moim oczkiem w głowie, ale za parę lat on i jego "poglądy" podzielą nie tylko nas, ale całą rodzinę...

#Hytwj

Wracałam do domu z zakupów i czekałam na autobus na dworcu PKS. Stojąc odwrócona w stronę podjazdu autobusowego usłyszałam całującą się parę stojącą zaraz za mną. Nie widziałam w tym nic dziwnego. Stałam jeszcze chwilę i odwróciłam się, by spojrzeć na zegar na budynku dworca. Zauważyłam wtedy, że to nie była zwyczajna całująca się para. Była to para całujących się gejów (od razu mówię, że nie mam nic do homoseksualistów). Wymieniłam krótkie spojrzenie z jednym z nich i odwróciłam się. Po chwili kolega gej powiedział do swojego chłopaka:
- Widzisz, skarbie? Nie każdy tutaj jest tolerancyjny.
Słowa te były jednoznaczną aluzją do mojej "nietolerancji".

I ogólnie nic do was nie mam, geje i lesbijki, ale to, że ktoś się na was spojrzy, nie znaczy od razu, że was nie toleruje.

#rvPzN

Historią którą tu opowiem, do dzisiejszego dnia przyprawia mnie o dreszcze.

Miałam wtedy ok. 11 lat i razem z rodzicami dostaliśmy zaproszenie do wujka z Kanady. Szczęśliwa jak nigdy liczyłam dni do wakacji. W końcu nadszedł ten upragniony dzień i po bardzo długiej (mieliśmy dwie przesiadki) podróży dotarliśmy na miejsce.

Dom, w którym mieszkał wujek z żoną był bardzo duży i stary. W pobliżu nie było dużo sąsiadów, bo większość ludzi zburzyło stare domy i wystawiło miejsca na sprzedaż, a że okolica była dosyć niebezpieczna, to nikt nie chciał kupić. Dom wujka został wybudowany w latach 50 i należał do rodziny włoskich emigrantów. Obok domu rodzina miała własną piekarnię, która była czynna aż do lat 90, ale obecnie funkcjonowała jako garaż.

Pierwszego dnia wujek zrobił nam wykwitną kolacje (czyt. pizzę) i po posiłku rodzice postanowili, że pojedziemy już do hotelu. W domu nie mieszkaliśmy, bo był remont czy coś w tym stylu. Gdy wyszliśmy na schody od razu poczuliśmy intensywny zapach... cynamonu. Tak, cynamonu. Nikt nic nie piekł, nie było nawet ciasta w domu, ale wszyscy dobrze czuli cynamon. Rodzice zażartowali, że to duchy, ale wujek z ciocią wcale nie wyglądali na rozbawionych. Nikt w sumie tego (o dziwo) potem nie wspominał.

W ostatni dzień naszego pobytu wszyscy mieliśmy jechać na wycieczkę. Będąc już w samochodzie, przypomniało mi się, że zostawiłam mój plecak w kuchni. Szybko więc pobiegłam do domu, a reszta rodziny czekała w samochodzie. Samo pisanie o tym naprawdę sprawia, że dostaję ataku paniki...

Stojąc w progu w kuchni zobaczyłam kobietę. Nie widziałam dokładnie jej twarzy. Kobieta stała przy stole i wałkowała ciasto. Widziałam tylko jej ręce ubrudzone w mące. Obok na podłodze siedziała mała dziewczynka, ale jej twarzy też nie widziałam, bo była odwrócona tyłem. Wiem, że to brzmi absurdalnie, gdybym sama tego nie przeżyła i ktoś mi o tym opowiedział to nie uwierzyłabym. Gdy tylko je zobaczyłam zaczęłam krzyczeć i szybko pobiegłam do samochodu. Tam rozpłakałam się i powiedziałam rodzicom o wszystkim. Oczywiście mi nie uwierzyli, ale mój wujek tylko to skomentował słowami:

- Cholera. Zmora wróciła. Trzeba znowu dzwonić po egzorcystę.

Nie żartował. Wycieczka nie odbyła się, a my z rodzicami wróciliśmy do hotelu. Parę godzin później mieliśmy samolot, więc można powiedzieć, że na chwilę zapomniałam o całym zdarzeniu. Ale teraz pamiętam. Od tamtego momentu często miewałam koszmary, budziłam się w nocy z krzykiem. Teraz mam 19 lat i uwierzcie mi nie mogę znieść widoku wałkowania ciasta czy czegokolwiek związanego z pieczeniem.
Teraz przeczytałam tą historię i wiem, że to brzmi jak dobra bajka na dobranoc, ale po prostu musiałam się o tym wygadać.
Dzięki, że wytrwałeś/aś do końca...

#CIlZ0

Mam wadę wymowy, nie potrafię poprawnie wypowiedzieć r. Jest to dość uciążliwe, szczególnie, że swoje własne imię (nie jest specjalnie popularne, a zawiera tę nieszczęsna literę w środku) muszę powtarzać kilka razy, by ludzie je zrozumieli.

Jedyne słowo z r, które wychodzi mi czysto i perfekcyjnie to piękna, soczysta ku*wa.

Kocham swoje życie :)

#EBWks

Nie zauważyłabym go, gdyby nie to, że według zdecydowanej większości moich znajomych był doskonałym obiektem do drwin. Z początku wydawał mi się nieco zarozumiały, widziałam, jak traktował innych z wyższością, a swoje niesmaczne żarty usprawiedliwiał wysokim IQ. Te wszystkie cechy - w komplecie z niezbyt zachęcającą aparycją - czyniły go naprawdę irytującą osobą.
Tak się złożyło, że to on natychmiastowo zauważył mnie. Uczepił się jak Janusz wigilijnego karpia i męczył setkami wiadomości dziennie przez następne lata.

Dopiero później uświadomiłam sobie, jak wiele dla mnie znaczył i jak wiele robił.
Wspierał mnie, kiedy w moim życiu wydarzały się same tragedie. Jako jedyny dzwonił do szpitala, kiedy trafiłam tam po kolejnej próbie samobójczej. Był przy mnie, kiedy opłakiwałam zmarłych członków rodziny; kiedy zachorowałam, czekał pod gabinetem lekarza i później przekonywał, żebym nie odstawiała żadnych leków, żebym nie omijała wizyt, żebym zaczęła jeść, żebym chociaż wstawała z łóżka.
Dzielnie znosił to, że wszyscy nasi wspólni znajomi zapomnieli jak ma na imię, a zaczęli nazywać go "Friendzonem".
Pomimo tego, że tak wiele razy zostawał przeze mnie odrzucony i wściekła z powodu jakiejś drobnostki zrywałam z nim kontakt na długie miesiące - kiedy go przeprosiłam, wydawał się być najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Teraz jest moim najlepszym przyjacielem, świetnym wsparciem, niezawodnym źródłem motywacji i radości. Wszystko ułatwia fakt, że mój brat zupełnie przypadkiem kupił mieszkanie, które jest dokładnie nad mieszkaniem "Friendzone'a", więc możemy się częściej spotykać. Znamy się na wylot - jestem pewna, że jeszcze dziś będzie czytał Anonimowe, zajadając się kilogramem czekolady.

Kończąc, chciałabym tylko napisać, że dziki upór i wytrwałość mogą wyciągnąć człowieka z najbardziej beznadziejnej sytuacji. Z najgorszego friendzone'u.

Tak, zamierzam wyjść za tego wariata ;)

#qZcBJ

Miałam dwie przyjaciółki. Nazwijmy je Asia i Kasia. Przyjaźniliśmy się w trójkę od początku liceum a znamy się od podstawówki. Z Kasią miałam zawsze lepszy kontakt niż z Asią.

Teraz mamy już ponad 20 lat i parę miesięcy temu Kasia miała urodziny, w związku z czym Asia do mnie napisała czy kupimy jej prezent. Oczywiście zgodziłam się bez wahania. Miesiąc później urodziny miała Asia, więc razem z Kasią kupiliśmy jej prezent. Kolejny miesiąc później urodziny miałam ja. Minęło pół roku, prezentu nie dostałam. Jest mi zwyczajnie przykro. Od tamtej pory Kasia do mnie napisała może z kilka razy co u mnie. Widujemy się przypadkiem na różnych festynach i wtedy udaje, że nic się nie stało.
Dodaj anonimowe wyznanie