Nigdy nie przypuszczałam, że zdarzy się to właśnie mnie.
Wracałam w niedzielę wieczorem gdzieś ok. 23.
Zamówiłam taksówkę, podałam adres i tak spokojnie sobie jadę. Wdałam się w gadkę z kierowcą, a byłam nietrzeźwa. Dowiózł mnie na miejsce, zapłaciłam za kurs i wtedy on widząc, że język mi się plącze, wysiadł z samochodu, otworzył drzwi z tyłu, zsunął spodnie i zaczął się do mnie dobierać. Powiedziałam, że nie chcę, żeby to robił i na szczęście przestał. Chciał po mnie wrócić i zabrać do hotelu, ale czym prędzej uciekłam do domu.
Zupełnie nie rozumiem, jak można próbować wykorzystać w tak podły sposób dziewczynę, widząc, że nie jest trzeźwa? Kim trzeba być?
Dzisiaj rano ostro pokłóciliśmy się z mężem. Właśnie był w trakcie wylewania swoich żali, gdy nagle usłyszałam "...i zejdź z tych płytek, bo są zimne, a jesteś na bosaka i się przeziębisz!".
Kłótnia kłótnią, miłość miłością - małżeństwo od 11 lat :)
Pewnie już słyszeliście gadanie o tym, że jak się ma dzieci, to życie towarzyskie idzie w odstawkę. To nieprawda! A właściwie wypadałoby powiedzieć, że „niektóre dzieci niszczą życie towarzyskie”. Nieświadomie, bo nieświadomie, ale zawsze.
Ponad rok temu urodziłam śliczną córeczkę. Młoda rozwija się pięknie. Odkąd nauczyła się chodzić, wszędzie jest jej pełno.
Ostatnio zaprosiłam na obiad kilkoro znajomych z dawnych lat. Było wspaniale. Wypiliśmy parę lampek wina, mąż przygotował jakąś śmierdzącą pieczeń (przeholował z przyprawami), a atmosferę umilała nam płyta z przebojami naszej młodości. Córeczka latała po całym mieszkaniu, nawiązując kontakt ze wszystkimi gośćmi. Pośrodku pokoju zrobiła sobie taki placyk wystawowy, gdzie znosiła swoje zabawki. Stosik szybko rósł. Młoda przytargała już wszystkie lalki, konika na biegunach, kilka pluszaków i resoraki (uwielbia je). Wszyscy goście byli zachwyceni tą prezentacją.
W pewnej chwili pęcherz przypomniał mi o sobie, więc pobiegłam do ubikacji. Kiedy wychodziłam z kibelka, zobaczyłam, że mąż szykuje już deser, więc cała w skowronkach pomaszerowałam do salonu. Zastałam ciszę. Niezręczność była wręcz namacalna. Wszyscy znajomi siedzieli w ciszy, patrząc na środek pokoju, a tam, na czubku misternie skonstruowanej piramidy z zabawek, pluszaków, przytulaków, słodkich poduszeczek, grzechotek i klocuszków, moja córka właśnie z mozołem instalowała wielki, czarny wibrator... Absolutną ciszę w pokoju wypełniało jedyne cichutkie niczym trzepot muszych skrzydełek „bzzzzzzzzz”...
Po chwili zorientowałam się, że koło mnie w drzwiach stoi mój małżonek z tacką pełną koreczków owocowych. Równie zmieszany i przerażony jak ja. Chciałam jakoś wybrnąć z tej sytuacji, no i wypaliłam do córeczki: „Znowu grzebałaś w emmm... narzędziach tatusia, co?”.
Naprawdę liczyłam na to, że uwierzą mi na słowo, że to nie wibrator, tylko skomplikowane narzędzie przydatne w reperowaniu naszej Skody...? Tylko się pogrążyłam. A nasi goście nie mogli już nic zjeść, bo przez resztę spotkania dławili się ze śmiechu.
Po tym wydarzeniu zainwestowaliśmy w blokady do szuflad w sypialni. Świetny wynalazek – polecam wszystkim rodzicom!
Za dzieciaka byłam nielubiana, więc doskwierała mi samotność. Uciekałam od niej dzięki książkom, kreskówkom i filmom o magii, wróżkach, elfach i innych księżniczkach na jednorożcach. Najpierw byłam tylko odbiorcą, z czasem zaczęłam tworzyć własne opowiadania (kiepskie, ale nie liczyło się to, bo dawały mi radość). Praktycznie żyłam zmyślonym światem i przeszkadzało mi, że rzeczywistość jest taka "zwykła", no ale co zrobić. Z wiekiem zdobywałam coraz więcej znajomych, ale moja pasja pozostała. Nie zwierzałam się z niej zbytnio, bo i tak już byłam uznawana za dziwną. W najlepszym przypadku usłyszałabym "o, ja też lubię Harry'ego Pottera", ale dla każdego był to jedynie film.
Zastanawiałam się, kiedy w końcu z tego wyrosnę. Nie wyrosłam. Mam 28 lat, niezłą pracę i udane życie towarzyskie. Mało rzeczy w życiu realnym mnie ciekawi i za nic się do tego nie przyznam nawet najlepszej przyjaciółce. Koleżanki marzą o weselu, dzieciach, własnym mieszkaniu, a mnie to nudzi. Z moich marzeń żadne nie jest realne, no, może tylko to o związku, ale z tym i tak mi ciężko. Poza tym, marzę między innymi o zamczysku i magicznych mocach. Najbardziej sobą czuję się raz do roku, w bajkowym stroju, podczas imprezy halloweenowej. Owszem, próbowałam zwalczyć moje dziwactwo, ale dopiero gdy je zaakceptowałam i uznałam za integralną część mojego życia, o której nikt nie musi wiedzieć, poczułam się naprawdę szczęśliwa. Możecie się śmiać, mnie samą trochę to śmieszy.
Będąc w podstawówce chodziłam na dodatkowe lekcje z angielskiego. Nienawidziłam ich- co lekcje kartkówki, ci co nie napisali choć jednego słówka, zostawali po lekcjach i pisali 15 razy dane słówko.
Nadszedł dzień, kiedy nie nauczyłam się ani jednego słówka i bardzo nie chciałam tam iść, więc udawałam, że boli mnie brzuch.
Plan idealny, nie poszłam na angielski. Nie przewidziałam jednego. Tak dobrze udawałam, że kilka godzin później leżałam na stole operacyjnym i wycinali mi wyrostek.
Do tej pory się nie przyznałam.
Mam takie jedno wspomnienie, które wywołuje u mnie łzy. Może zabrzmieć banalnie w porównaniu do innych historii. Wiąże się z najgorszym okresem mojego życia.
Kilka lat temu wiele wydarzeń doprowadziło mnie do decyzji o popełnieniu samobójstwa. Teraz dopiero rozumiem, jakie to mogło mieć konsekwencje. Wtedy, niestety, myślałam inaczej. Po odratowaniu mnie i pobycie w szpitalu przyszła pora na szpital psychiatryczny. Trudno, takie prawo. Moi rodzice nie mogli tego znieść. Dużo płaczu, rozmów. Ostatecznie żegnaliśmy się w progu oddziału, w Toruniu.
Było ciężko, nie mówię, że nie. Miałam czas na przemyślenia, rozmowy z innymi pacjentami. Wszystkie przypadki były przerażające. Narkomanki, schizofreniczki, dziewczyny całe pokryte bliznami. Z jedzeniem bywało ciężko. Nie zdążyłaś na obiad, bo miałaś badania? No peszek, herbatkę możesz dostać.
Moi rodzice dwoili się i troili, żeby przywieźć mi kisiel czy batonika. Widziałam, jak ciężko jest u nich finansowo. Byli u mnie dzień w dzień. A bilety pociągowe do innego miasta za darmo nie są. Jednego dnia wykosztowali się dodatkowo i przywieźli mi duże opakowanie Toffifee. Mama wie, jak je uwielbiam. Wierzcie lub nie, ale w mojej sytuacji było to na wagę złota.
Wyszłam pożegnać rodziców. Wróciłam. I moje czekoladki zniknęły.
Ktoś je po prostu bezczelnie podpierdolił.
W pierwszej minucie rozpłakałam się jak dziecko. Cokolwiek by to nie było, kupili to rodzice, za ostatnie pieniądze.
Kolejne 10 minut spędziłam na bieganiu po wszystkich salach, wyrzucaniu rzeczy innych pacjentów z szafek i szukaniu choćby śladu po moim Toffifee.
Nic.
Jeżeli to jakimś cudem czytasz, istotko, która po prostu je wzięłaś, to wiedz, że wystarczyło zapytać. Oddałabym nawet pół pudełka. Wystarczyło zapytać...
Wszystkich Świętych, wchodzimy rodziną na cmentarz. Coś mnie tknęło i powiedziałam do mamy "Coś mało osób na tym cmentarzu". Wtem obcy pan, który szedł obok powiedział, że "pochowali się do grobów".
Padłam :D
Od pół roku mieszkam ze swoim chłopakiem. Niestety w tym samym domu mieszka też jego wredna babcia. Na początku myślałam, że to przez wiek wyprawia takie głupoty, ale teraz już wiem, że jest to zwykle chamstwo.
Może zacznijmy od tego, że jest w pełni sprawna. Zaczęło się niewinnie, obgadywanie przez telefon, docinki pod nosem. Uwaga, teraz będzie ostro, owa babcia nasrała mi na szczotkę do włosów (!). Dokładniej to przylepiła kawałek stolca. Miałam wtedy grypę i zatkany nos, spieszyłam się do pracy, chwyciłam szczotkę i przeczesałam włosy...
Możecie się domyślić co było dalej, ale uwierzcie, nigdy nie myłam głowy w tak gorącej wodzie. Wczoraj zrobiła to po raz drugi, miałam ochotę pójść i nasrać jej na środku pokoju. Dziś wrzeszczała, że jestem s#ką, która przyniosła ze sobą tylko ci*ę i psa (którego dostałam od chłopaka).
Chłopak mówi, że mam się nie przejmować, bo ona tak wszystkich traktuje i blablabla. Jakoś wcale mnie to nie pociesza.
Może jeszcze dodam, że nic jej nigdy nie zrobiłam i zawsze byłam miła w stosunku do niej. Dziś moja cierpliwość się skończyła.
Ta historia jest o mojej młodszej siostrze.
Z racji tego, że mamy bardzo dobry kontakt- czasem śpi ze mną w łóżku. Pewnego wieczoru przyszła z pytaniem czy może ze mną spać więc się zgodziłam. Szybko zasnęła więc zgasiłam światło i poszłam się kąpać. Wracam do pokoju, zapalam światło a ona klęczy na moim łóżku z zamkniętymi oczami i "maca" dłońmi łóżko jakby czegoś szukała. Nastąpił taki dialog:
Ja: Zuzka, co ty robisz?
Ona: Szukam kolczyków (takim totalnie niewyraźnym głosem)
Ja: Przecież ty nie nosisz kolczyków (tu już zaczynam się śmiać)
Ona pomacała jeszcze tylko swoje uszy chwilę, powiedziała "aha" i poszła spać dalej. Rano nic nie pamiętała xD
W 2009 r. miałem 12 lat, gdy pojechałem wraz z rodziną na ślub do oddalonej ok. 400 km rodziny w Bieszczady. Jako że było to lato i okres wakacyjny, a rodzina mojego taty i dziadka jest naprawdę spora, a przy tym ekstremalnie wręcz gościnna, postanowiliśmy, że pojedziemy tydzień wcześniej i odwiedzimy wszystkich z rodziny plus pochodzimy trochę po szlakach, zobaczymy tamę na Solinie i spędzimy miło letnie dni.
Na miejsce dotarliśmy w nocy z soboty na niedzielę i od razu poszliśmy spać. W niedzielę rano, jeszcze zanim ktokolwiek wstał z łóżka, ja już byłem na dworze. Rodzina mieszka w dużej wsi otoczonej pagórkami, lasami oraz potokami. Wyszedłem przed dom i poszedłem do znanego mi strumienia (miałem 12 lat i było dla mnie super przygodą iść skoro świt nad strumień zobaczyć raki).
Przechodziłem koło niskiego domu ze strzelistym dachem. Przed nim stał mężczyzna w garniturze, pasku od spodni zwisającym w ręce oraz kobieta w ślubnej sukni, która stała za nim przytulona do niego od tyłu. Patrzyłem na nich przez chwilę, pomachałem z uśmiechem – mężczyzna tylko na mnie spojrzał, ale nie pomachał. Pomyślałem, że pewnie są po całej nocy tańca i he, he, nocy poślubnej.
Nad strumieniem było kilka raków, woda była chłodna, czysta i cała sceneria była bardzo sielankowa. Wracałem tą samą drogą około godzinę później. Gdy dotarłem do domu, dostałem lekką burę, że się szlajam. Wszyscy usiedliśmy do stołu, ale atmosfera była dość napięta. Wujek oraz ciocia mimo że zawsze uśmiechnięci i gadatliwi dziś byli bardziej zamyśleni i spokojni, ale jako 12-latek nie zwróciłem na to uwagi.
Kolejnego dnia rano też poszedłem nad strumień. Było tuż przed świtem i mijając ten sam dom co dzień wcześniej, spotkałem tego samego mężczyznę w garniturze co wczoraj, ale stał sam, poza tym wyglądał dokładnie tak samo. Ponownie nie zareagował, że mnie widzi, a ja troszkę się przestraszyłem i poszedłem szybciej.
Tego samego dnia wieczorem posłuchałem rozmowę taty z wujem oraz ciocią – panna młoda z tamtego domu zginęła w czwartek w wypadku samochodowym, a pan młody dzień później powiesił się, odbierając sobie życie. Dom, który mijałem, był pustostanem rodziny pana młodego, który remontowali, by młodzi mogli zamieszkać tam po ślubie.
Od tamtego wydarzenia minęło 15 lat. W te wakacje, które właśnie się skończyły, odbyłem motocyklową przygodę w Bieszczadach i zajechałem do rodziny, by powiedzieć cześć i przespać się jedną noc. Po tym pojechałem na cmentarz i odnalazłem grób tej niedoszłej pary młodej. Spoczęli tuż obok siebie w odstępie jezdnego dnia – panna młoda pierwsza w poniedziałek, pan młody dzień później.
Do dziś nie potrafię sobie tego wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób. Nikomu nigdy o tym nie mówiłem, bałem się, że ktoś uzna mnie za niespełna rozumu. Ale gdy jechałem obok tamtego domu, wspomnienia odżyły.
Dodaj anonimowe wyznanie