Wiosna, sobota, słoneczny dzień, mam na sobie lekką, powiewną różową spódnicę do połowy łydki, wieje lekki wiatr. Podjeżdżam pod sklep, parking prawie pełny, nagle zaczyna świecić kontrolka oleju. Z grubsza wiem co powinno być pod maską, prawo jazdy mam już naście lat, nie takie sytuacje i niespodzianki drogowe już przeżyłam.
Otwieram maskę, żeby sprawdzić stan oleju – jest OK. Odpalam silnik ponownie – już nic nie świeci. Zadowolona wyskakuję, zamykam maskę i... nie mogę się ruszyć! Przytrzasnęłam spódnicę maską samochodu! Kombinuję, co tu zrobić – nie sięgnę do środka otworzyć maskę, szarpanie spódnicy też nic nie daje, a telefon w torebce w samochodzie. Na domiar złego zaczyna podać deszcz. Stoję i nie wiem co zrobić – szybko zdjąć spódnicę i otworzyć tę cholerną maskę? Ciągnąć, może wylezie? Zacząć krzyczeć ratunku? Sama nie wiem...
Stoję tak z 15 minut albo całą wieczność, gdy nagle podchodzi facet i z rozbrajającą szczerością mówi, że postałby i poczekałby jeszcze, żeby zobaczyć, co zrobię, ale nie ma już czasu i za obietnicę kawy uwolni mnie z tarapatów. Z radością przystałam na łaskawą propozycję. Uwolniona zapomniałam o zakupach i pędem uciekłam do domu.
PS Kawa była, a i owszem, nawet wybrałam się na nią w rzeczonej spódnicy. A i pan Michał okazał się bardzo miłym człowiekiem :)
Wyobraźcie sobie dziewczynę, która teoretycznie ma wszystko – urodę, figurę, inteligencję, talent. Wyobraźcie sobie, że ma kochającego do szaleństwa chłopaka, znajomych, którzy zabiegają o jej akceptację i towarzystwo, świetny kontakt z mamą. Wyobraźcie sobie dziewczynę, która zgarnia nagrody i osiąga sukcesy raz za razem.
Wyobraźcie sobie, że ta dziewczyna jest okropnie nieszczęśliwa.
Smutek, okropny, czarny, męczący, kleisty jak cholera, przybłąkał się kilkanaście miesięcy temu. „Chwilowe” – myślała. „Niedługo minie” – przekonywała siebie. Ale kiedy wszystkie przyjemności, rozrywki przestały sprawiać jej jakąkolwiek radość, kiedy towarzystwo ludzi zaczęło męczyć, sen przestał przynosić ukojenie, a nad głową zawisło niemożliwe do przegonienia poczucie, że za mało robi, że musi więcej, lepiej, że jest cały czas nie tak, że nic nie jest radosne, że wszyscy cieszą się życiem, a ona jedna nie umie i jest taka okropnie niewdzięczna, bo ma tak wiele... wtedy poczuła, że nie panuje nad sytuacją.
Tkwiła w tym poczuciu beznadziei przez ponad rok, nikt, naprawdę nikt się nie domyślił, że za tym szerokim uśmiechem, wesołymi żartami i niekończącymi się sukcesami, chowa się zmęczona sama sobą, nieszczęśliwa dziewczyna.
„Depresja?” – pomyślała z przerażeniem ni stąd, ni zowąd parę tygodni temu. „Ale ja nie chcę umrzeć! Ja chcę żyć! Tylko chcę się cieszyć tym życiem, tak bardzo chcę... I tak bardzo nie umiem...”.
Chwila słabości i krótka, acz dosadna rozmowa z przyjacielem. Reakcja – szybka i konkretna. Kierunek – psychoterapeuta.
Oj, zapierała się. Dosłownie. Pod budynkiem przychodni kumpel praktycznie ciągnął ją po chodniku, a iskry leciały spod podeszwy butów. Wstyd, niepewność, resztki nadziei, że to minie... a przy tym tak ogromna chęć zmiany, nieme wołanie o pomoc.
Jak się pewnie domyślacie – tą dziewczyną jestem ja. Właśnie wróciłam z pierwszej rozeznaniowej wizyty. I nie, nie przesadzałam. Nie wymyśliłam sobie, nie wmawiałam niczego. To nie moja wina, że tak jest. Lekarz uświadomił mi, jak wiele sytuacji z przeszłości, które uważałam za niepozorne, wpłynęły na to, że oto teraz mam kryzys. Skierowanie na terapię, delikatne leki rozpraszające smutek... już wierzę, że będzie dobrze. Że się wykaraskam. Że znowu po prostu będę szczęśliwa, będę jak inni ludzie.
Człowiek może być cholernie, boleśnie nieszczęśliwy, choć robi wszystko, aby tak nie było. Nikomu nie życzę tego odczucia z góry przegranej walki z ogarniającym cały umysł smutkiem i poczuciem beznadziei. Nawet najgorszemu wrogowi.
I... trzymajcie za mnie kciuki. Chcę znowu być szczęśliwa.
Mój brat zadawał się z nieodpowiednim ludźmi. Kiedy chciał z nimi zerwać kontakt, zaczęły się problemy. Pewnego dnia przyszli ze swoimi kumplami do nas do domu, zaczęli nam grozić. Nigdy tak się nie bałam. Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam na policję. Oczywiście władza nie może nic zrobić i nam nie pomoże.
Od tego momentu minęło już parę miesięcy. Tydzień temu w szkole mieliśmy spotkanie z policjantami. Mówili, że są na nasze każde wezwanie.
Dawno się tak nie uśmiałam.
W sumie to nic ciekawego, ale jest to dobry sposób na poprawienie sobie humoru.
Jestem młodym krwiodawcą, mam za sobą dopiero dwa zabiegi. Po ostatnim stwierdziłem, że co mi z tych czekolad, skoro i tak ich nie zjem (dieta itd.). Wpadłem na pomysł rozdania ich na oddziale położniczym.
Widok zmarnowanych mam, a dokładniej ich min, gdy dostały ode mnie czekolady, wynagrodził mi te 10 minut boleści ze źle wbitą igłą (nie wiem dlaczego, ale bolało cały czas, zupełnie inaczej niż za pierwszym razem).
Puenty brak, ale jednak chciałem to opisać.
Miałam za młodu kilka sporych kompleksów.
1) wada wymowy - śmiano się ze mnie
2) zadarty i szeroki nos - wyzywano mnie od kulfonów i ziemniaczanych nosów
3) masywne i krzywe łydki - sukienka wrogiem, chowałam jak się dało
4) małe piersi
5) brzydkie dłonie przez obgryzione do skóry paznokcie
6) nadmierne owłosienie - początkowo nawet nie zdawałam sobie sprawy z jego istnienia, dopóki w gimnazjum nie usłyszałam, że jestem dzikusem z lasu i nikt mnie nie będzie chciał.
Stan aktualny, status studentki:
1) wyćwiczyłam się sama, ani śladu po wadzie
2) pogodziłam się z nosem, choć z czasem chyba się wysmuklił :)
3) pokochałam szpilki i sukienki, które potrafią zdziałać cuda z nogami
4) jakoś tak same mi podrosły :P
5) przestałam obgryzać i zaczęłam dbać o dłonie z dnia na dzień
6) tak...
Nadmierne owłosienie to jedyna rzecz, która z czasem nabrała mocy i sprawiła, że gdy pojawiają się ciepłe dni płaczę nocami, bo nie mogę zaakceptować tego, że nie założę krótkiej bluzki czy sukienki bez pleców. To jest dla mnie obrzydliwe. A nie stać mnie na epilację laserową całego ciała (kark, plecy, ręce, brzuch,pośladki...)
Pomyślcie co mówicie innym zanim powiecie to głośno. Słów mojej koleżanki z klasy nie zapomnę nigdy. Ta sama sytuacja dotyczy osób chorych, grubszych, chudszych, niskich, wysokich...
Bezmyślnie wypowiedziane słowa mogą na zawsze zmienić czyjeś życie. Zastanówcie się, zanim kogoś obrazicie.
Jakiś czas temu szefowa ogłosiła mi, że zatrudniają nowego pracownika i że pewnie się ucieszę, bo pracował w mojej poprzedniej firmie w tym samym czasie co ja. Na dodatek na tym samym dziale. Oczekiwałem go z niecierpliwością, bo mieliśmy tam bardzo kompetentny i sympatyczny zespół i gdyby nie likwidacja działu, pewnie jeszcze długo bym tam popracował. Nie rozpoznałem nazwiska, więc stwierdziłem, że musi być to jeden z tych pracowników, do których mówiliśmy po ksywce. Kiedy przyszedł, okazało się, że z wyglądu też go nie kojarzę.
Na wszelki wypadek zadzwoniłem do poprzedniego przełożonego, który potwierdził moje podejrzenia. Koleś naściemniał w CV, a kadry tego nie sprawdziły.
Po moim zgłoszeniu sprawdzili wszystkie jego stanowiska (miał słabe wykształcenie, ale znał dwa ważne dla nas języki i angielski, no i miał niesamowite doświadczenie).
Okazało się, że nie pracował w żadnym z wpisanych miejsc. Przez rozmowę przeszedł, bo w niektórych miejscach miał znajomych, o innych popytał przez internet i znał szczegóły, dzięki którym nie wzbudzał podejrzeń. Języków obcych też nie znał, ale zdobył gdzieś najczęstsze pytania naszych rekruterów.
Myślę, że gościu do nas się nie nadaje, ale zaimponował mi takim przygotowaniem.
To było kilka dni temu. Moja przyjaciółka pokłóciła się ze swoim facetem, Karolem, bo ten nie toleruje jej kotów. W efekcie wyprowadziła się od niego do swojego mieszkania. Jako że była bardzo zdołowana tym faktem, chciałam ją trochę rozerwać i zabrałam ją na spacer do pobliskiego parku.
Rozmawiałyśmy o różnych pierdołach i w końcu rozmowa zeszła na temat rzeczonego Karola. W pewnym momencie wyprzedził nas obcy chłopak, a ja powiedziałam do koleżanki: "Co się dziwisz, że on się tak zachowuje. W końcu każdy Karol ma coś z głową. Jak dotąd nie poznałam normalnego Karola". Ledwo wypowiedziałam te słowa, chłopak, który nas wyprzedził, zatrzymał się, zawrócił w naszą stronę, podszedł do nas i powiedział: "Miło mi, KAROL jestem" i się zaczął śmiać. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię...
Jestem kobietą i mam 31 lat i jestem z tzw. dobrego domu, tata lekarz. Co najmniej raz w miesiącu sypiam z bezdomnymi mężczyznami, których spotykam w mieście. Za każdym razem inny. Dlaczego? Chcę odegrać w ich życiu rolę, skoro jestem absolutnie nic niewarta to przynajmniej tacy bezdomni niech mają trochę przyjemności z tego życia. Z "normalnymi" chłopakami nie sypiam, nie interesują mnie
Mój tata ożenił się ponownie z kobietą gorzej wykształconą od niego, w dodatku roszczeniową, bo choć ona zarabia niewiele, uważa, że wszystko się jej należy. Ma dzieci w moim wieku, czyli takie, które są w wieku 20-30 lat. Ja jestem trochę starsza, bo mam 32.
Na początku miały miejsce subtelne przytyki, później próba zrobienia ze mnie „złej córki”, choć nigdy mama ani ojciec nie mieli ze mną problemów – dobrze się uczyłam, skończyłam studia itd. Często udowadniała, że mi się nic nie należy po tacie – który zresztą żyje nadal, chyba jej na złość, bo wobec taty również potrafi być niemiła. Tata jednak był przez długi czas na to ślepy, ona i jej dzieci go sprytnie omamili.
Jakiś czas temu postanowiłam rzucić pracę biurową i wyjechałam zarobić za granicę. Pracowałam tam przez 3 lata i oszczędzałam na wszystkim. Gdy wróciłam, mama dołożyła mi 100 000 (z puli podziału majątku po rozwodzie z tatą) i tak kupiłam sobie w tym roku małe mieszkanie bez kredytu. Wróciłam też do pracy w biurze. Mieszkanie póki co wynajmuję, a sama mieszkam w niewielkiej kawalerce, czasem pomieszkuję u partnera.
Kiedy macocha dowiedziała się o mieszkaniu (tata jej wygadał), stwierdziła, że jej córka z mężem i dzieckiem nie mają gdzie mieszkać i gnieżdżą się u nich, a ja mam własny lokal, więc powinnam im go udostępnić. Powiedziałam, że kosztuje tyle i tyle, a chcę go wynajmować. A ona na to, że oni nie mają pieniędzy, a jeśli już mieliby płacić, to chyba o wiele mniej, bo ich nie stać. W końcu nie wytrzymałam i jej wygarnęłam wszystko, że mogli sobie sami zapracować i to ich sprawa, a jej córka nigdy mnie jak siostrę nie traktowała. No i rozpętała się awantura, że jak to tak, że przecież jej córka zawsze była dla mnie miła, a zarobić pieniędzy nie mieli jak, bo mają dziecko. No to ja na to, że w takim razie mogli pomyśleć, zanim się na nie zdecydowali. Macocha powiedziała: „Dobrze, w porządku”, zrobiła smutną minę i usiadła w drugim pokoju, jakby się miała rozpłakać. Wszyscy łącznie z tatą poszli ją pocieszać.
Słyszałam, jak mówi do taty, że to niemożliwe, że mogłam sama (prawie sama, bo mama mi trochę pomogła, ale to nie jej sprawa) zarobić na mieszkanie i że wszystko bym chciała dla siebie. No i wyszłam na tę złą, niewdzięczną córkę, która nie chce się niczym podzielić. Bo przecież pensja z etatu by mi wystarczyła. Może i tak, ale po to właśnie harowałam w Holandii, żeby później tej kasy mieć trochę więcej.
Serio jestem egoistką, bo przybrana „siostra”, która nigdy nie traktowała mnie jak siostrę, ma z mężem mniej pieniędzy i mają dziecko?
No sorry, są różne metody zabezpieczeń, trzeba tylko trochę pomyśleć.
Zastanawiam się, czy nie zerwać z nimi kontaktu...
Nigdy nie przypuszczałam, że zdarzy się to właśnie mnie.
Wracałam w niedzielę wieczorem gdzieś ok. 23.
Zamówiłam taksówkę, podałam adres i tak spokojnie sobie jadę. Wdałam się w gadkę z kierowcą, a byłam nietrzeźwa. Dowiózł mnie na miejsce, zapłaciłam za kurs i wtedy on widząc, że język mi się plącze, wysiadł z samochodu, otworzył drzwi z tyłu, zsunął spodnie i zaczął się do mnie dobierać. Powiedziałam, że nie chcę, żeby to robił i na szczęście przestał. Chciał po mnie wrócić i zabrać do hotelu, ale czym prędzej uciekłam do domu.
Zupełnie nie rozumiem, jak można próbować wykorzystać w tak podły sposób dziewczynę, widząc, że nie jest trzeźwa? Kim trzeba być?
Dodaj anonimowe wyznanie