#7xBQm
Miałam psa, kochałam go, ale jak wówczas mi się zdawało - w granicach rozsądku, koniec końców to tylko pies. Moje małe coś zaczęło chorować, przez trzy miesiące niemal ciągiem codziennie chodziłyśmy z psiakiem do weterynarza na zastrzyki/nowe leki, które pozwoliły mu dwa razy wymknąć się śmierci. Za trzecim razem jego biologiczna bomba wybuchła - do końca tygodnia miał się albo udusić, albo zdechnąć z głodu. Rak krtani i ostra białaczka nie traktują psa lekko.
Nie chciałyśmy któregoś dnia wrócić i zastać go konającego w samotności na podłodze, więc zdecydowałyśmy się go uśpić. W końcu kochałyśmy go przez 10 lat, ta decyzja też była z miłości.
Dostał pierwszy zastrzyk; trzymałam go w rękach kiedy czułam, że zaczyna się robić jak plastelina. Wiotkiego i z wywalonym języczkiem, z oczkami uchylonymi tylko w wewnętrznych kącikach oddałyśmy go weterynarzowi, żeby dokończył procedurę i podał drugi zastrzyk w gabinecie bez nas. Same, całe zapłakane, wyszłyśmy i więcej go nie zobaczyłyśmy.
Od tamtego czasu ściga mnie myśl, że może on był jeszcze świadomy, że te na wpół otwarte ślepka widziały, że odchodzimy i wzbudziły w nim strach, a mnie tam nie było, żeby go uspokoić. Że może myślał, że go opuściłyśmy i tak wydał ostatni oddech...
Wiele nocy nad tym przepłakałam i nadal nie umiem wrócić do punktu "to tylko pies".
Jeśli Cię to uspokoi, to powiem tylko, że z doświadczenia wiem, iż praktycznie każde zwierzę po podaniu środka nasennego (bo tym jest pierwszy zastrzyk) ma oczy nadal otwarte (dlatego nakłada się na nie żel albo zakrapla na operacje). Wygląda to trochę strasznie, ale świadomość naprawdę im odpływa. Z medycznego punktu widzenia nie ma opcji, żeby nadal Cię widział, nawet drżenie to tylko odruchy mięśniowe. Postąpiłaś dobrze - pozwoliłaś mu odejść spokojnie we śnie i zasnął w Twoich ramionach.
Okej - pierwszy zastrzyk to jest coś co popularnie nazywa się "głupim Jasiem". Pozbawia on świadomości w krótkim czasie po podaniu. Otwarte/uchylone powieki nie oznaczają zachowania świadomości, pies po prostu zasypia. Ten sam środek może też być stosowany przy premedykacji przed zabiegami chirurgicznymi. Tak więc spokojnie, przy Was zasnął i już nie kumał rzeczywistości.
Są ludzie, którzy mimo ciężkiej pracy anestezjologa potrafią pamiętać całą operację. A co jeśli piesek miał podobnie i był świadom jak mu weterynarz w ostatnich chwilach życia odcinał łeb?
Eh majer... Za dużo tego osobiście wykonałam żeby się jakoś odnosić do Twojego komentarza merytorycznie. Niektórym los zwierząt ciąży na tyle żeby jednak przejmować się ich odejściem, a spędzenie z żywą istotą paru(nastu) lat wywołuje emocje. Nie popieram żartów na ten temat, mimo że jestem weterynarzem który wierzy w to że nie należy uczłowieczać zwierząt. Ale stać Cię na więcej niż na dowcipkowanie o ucinaniu łbów - trzymaj poziom ;)
Majer, okropny jesteś 😊
@Chockolate - pewnie przeholowałem. Ale przypomina mi się pewna rozmowa ze znajomym pracującym w pewnym laboratorium poza Polską. Z tego co mi opowiadał każdy pies który ugryzł człowieka, był obligatoryjnie badany na wściekliznę. Do niego trafiały psie łby, a on pobierał próbki.
Wergil - choć w moim środowisku zawodowym to coraz mniej popularna opinia to się zgadzam. Nie jestem też wegetarianką. Ale uważam, że przywiązanie do pupila jest całkowicie normalne i ludzkie. A więc i emocje towarzyszące jego utracie są dla mnie całkowicie zrozumiałe. Zdrowy rozsądek i złoty środek jak zawsze jest potrzebny ;)
Majer - ja się z kolei odniosę tylko merytorycznie ;) Owszem, takie są procedury i łby się odcina w celu przebadania tkanki na obecność zmian. Nie wiem o którym kraju mówisz więc nie neguję, ale w Polsce nie zabija się psa obligatoryjnie po ugryzieniu. Odcina się łby tych psów, które po pogryzieniu zdechły w czasie kwarantanny.
ChocolateLover - tak bardzo się zgadzam! Jestem technikiem i rzeczywiście niektórym w tej branży bardzo pada na dekiel. Chociażby tym "oddanym sprawie" weterynarzom, którzy miesiącami i latami podtrzymują życie tych biednych chorych lub powypadkowych zwierząt, które każdego dnia tak naprawdę już tylko cierpią. I potem mamy "wzruszające historie" psiaków, które "z woli życia nadal walczą" o poruszanie się! Szkoda tylko, że pies walczyć o wstanie będzie zawsze, a niewielu widzi w jego oczach przerażenie, które pojawia się w czasie tej walki. Dla zwierząt na szczęście jest dozwolona eutanazja i powinno się jej używać w granicach rozsądku, tak jak mówisz - wszystko z umiarem i logiką.
Psy to potomkowie wilków. U wilków stado nie trwa do końca przy umierającym osobniku. Psy nie rozumują jak ludzie, dla niego to nie był żaden cios, myślę...
Czytałem niedawno wiersz który bardzo zapadł mi w pamięć a który najlepiej oddaje czym są nasi czworonożni towarzysze:
Barbara Borzymowskia
PSIA DUSZA
"
To tylko pies, tak mówisz, tylko pies...
A ja ci powiem, że pies
to czasem więcej jest niż człowiek.
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz -
Psia dusza większa jest od psa.
My mamy dusze kieszonkowe –
maleńka dusza, wielki człowiek.
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
ona się huśta na ogonie.
A kiedy się pożegnać trzeba
i psu czas iść do psiego nieba,
to niedaleko pies wyrusza.
Przecież przy tobie jest psie niebo,
z tobą zostaje jego dusza.
"
W zeszłym roku w walentynki umarła nam kotka. Zachowywała się zupełnie normalnie, wsunęła obiad i jak zwykle domagała się wypuszczenia na dwór. Po dwóch godzinach sąsiedzi znaleźli ją w swoim ogrodzie - najprawdopodobniej zawał. Do teraz zastanawiam się czy czegoś nie przeoczyłam, wyrzucam sobie ze mnie wtedy w domu nie było, bo może coś byłabym w stanie zrobić. Co gorsza nie mogę znieść świadomości że trzeba ją było skremować - dzwoniłam do weterynarza z pytaniem czy potraktują ją z szacunkiem. I nikt nie wmówi mi, że to tylko zwierzę - mimo swojej wrodzonej złośliwości to jednak prawdziwy członek rodziny, a w tym przypadku też futrzata pamiątka po babci...
Aż mnie boli ten komentarz... Wypuszczanie samopas i mit o złośliwości. :/
To, że koty są złośliwe to mit, ale zwierzę może mieć indywidualny charakter. Nawet, jeśli nie chce wyrządzić nikomu krzywdy, może zachowywać się jak by było złośliwe, psuć często coś, być mało serdecznym...
Chociaż dziwne, że wychodzący kot mógł zachowywać się w sposób który można tak nazwać, bo wychodzące raczej po powrocie zachowują się spokojnie, spora część takich "złośliwych" zachowań wynika z tego, że zwierzę jest trzymane na zbyt małej przestrzeni i właściciel poświęca im za mało czasu. Kot, który ma gdzie się wybiegać i wybawić zwykle jest spokojny nawet, gdy właściciel poświęci mu mniej czasu.
A samo wychodzenie na dwór nie jest niczym złym ani dziwnym, to mit powtarzany przez osoby mieszkające w nie nadającej się do wypuszczania kota okolicy, posiadające koty o spokojnych, domowych temperamentach, które nie są w stanie wyobrazić sobie innych sytuacji niż własna.
Spytajcie dowolnego weterynarza, żaden nie odradzi wypuszczania kota.
A jeśli mieszka się w otoczeniu samych bocznych uliczek, z ogródkiem, dla sporej części kotów lepiej byłoby móc wychodzić niezależnie od tego, jak wiele uwagi jest im poświęcane w domu.
Nie wypuszczanie w imię minimalnego ryzyka jest też skrajnie egoistyczne. Kot to ukochany członek rodziny i każdy chciałby zamknąć go w złotej klatce, ale skoro już raz ustaliśmy, że jako społeczeństwo traktujemy poważniej szczęście zwierzęcia za życia, niż długość tego życia, trzymajmy się tego konsekwentnie. Albo wszyscy zostańmy wegetarianami jedzącymi jajka z chowu klatkowego.
Kocica z charakteru była jak dr Jeckyll i mr. Hyde - dawała się głaskać tylko po to, żeby chwile później odgryźć rękę. Fakt, babcia kota traktowała jak wnuczę - rozpuściła jak dziadowski bicz i potem mieliśmy trochę pracy żeby kota wychować. Natomiast najwyraźniej taki był jej charakter - 3 minuty czułości a potem coś się kotu przestawiało.
Co do wychodzenia - pierwsze dwa lata spędziła w bloku, więc na niewielkim metrażu, potem trafiła do domu na przedmieściach, na spokojnym osiedlu. Daliśmy jej wybór, początkowo nie wychodziła wcale, potem na taras, potem trzymała się na odległość dwóch ogrodów od nas. Przez ponad 20 lat mojego życia na tym osiedlu widziałam jedno potrącone zwierzę, a trochę się ich u nas kręci. Zresztą nasz futrzak był bardzo terytorialny i znał granice, a także w większości przychodził na zawołanie (czasem olewał, czasem trzeba było chwilę poczekać aż dobiegnie). Niemniej nie dało jej się w domu utrzymać, a najgorsze co jej się stało przez te wszystkie lata to pchły (no i sporadyczne sprzeczki z kotem sąsiadów). Na zawał nic nie mogliśmy poradzić, niezależnie od tego gdzie by się wydarzył.
Także ja rozumiem obawy przed wypuszczaniem kota z domu, ale w naszym przypadku akurat warunki były sprzyjające - gdyby nie było bezpiecznie, to nikt by jej nie pozwolił na samotne wycieczki.
@Serwatka Nie ma czegoś takiego jak bezpieczna okolica. Po prostu nie ma. Możesz mieszkać na totalnym zadupiu, a i tak kot nie będzie tam bezpieczny. ;) weterynarze to weterynarze - ich wiedza z zakresu behawioru czy dietetyki w większości przypadków jest porównywalna do mojej z zakresu fizyki kwantowej. Oni zajmują się przede wszystkim chirurgią, profilaktyką i leczeniem co popularniejszych schorzeń. Nawet w świecie weterynarii są tacy, co specjalizują się w różnych rzeczach... weterynarz nie jest od wszystkiego. Nie od dziś wiadomo, że jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Tak wiec argument o weterynarzu jest słaby.
Rzekoma złośliwość wynika z tego, że ludzie biorą zwierze i nic się o nim nie dowiedzą. Mam 4 koty, staram się zaspokajać ich potrzeby, w tym zachowanie ciągu łowieckiego. Co więcej, jeden z nich to kot po przejściach, nad ktorym nie szło do końca zapanować. I tak mijają dnie, zajmuję się kotami i nie robią rzeczy, które by były dla mnie uciążliwe. Spać idą wtedy co ja (wybawione), nie zrzucają nic, nie atakują mnie. Muszę być szczęściarą, że kot po przeżyciach i kocięta wychowujące się bez matki, również po przejściach są kotami idealnymi. :o ;) co więcej, cała czwórka jest tak dobrze zajęta w domu, że nawet nie myślą o wyjściu samopas. Trzymanie kota w domu to nie egoizm. Wypuszczanie kota samopas to egoizm i szczyt lenistwa. W końcu kto to widział bawić się z kotem, chodzić z nim na spacery... dobrze karmić.
Zdajesz sobie sprawę, że samochody to nie jest jedyne zagrożenie dla kota? Trujące rośliny, inne koty, rozrzucone trutki, zarobaczone myszy, ludzie strzelajacy do kotów, dzikie zwierzęta czy nawet wnyki. Mam nadzieję również że nadejdą dni, gdy właściciele kotów wypuszczanych samopas będą dostawać mandaty za... kłusownictwo. :)
@JulesXIII nie każfy człowiek lubi się przytulać, tak samo każdy kot. Co więcej koty lubią różne sposoby miziania - jednego mojego moge całego zmacać, jednego tylko nad dupką, jednego po łbie a jednego... tylko po brzuchu. :) By kot chciał się przytulać musi nam w pełni ufać. Koty wypuszczane samopas mają mniejsze szanse na bycie miziakiem, niż koty domowe. Jak pisałam,.jeden z moich kotów jest z ulicy. Na początku zachowywał się podobnie - sekunda czulości i to tylko tak jak on chce potem atak. Ale z czasem stał się totalnym miziakiem.
Nie znam was, ale im kot bardziej znudzony w domu, tym większa szansa że skorzysta z okazji spacerów samopas - nie bo lubi a bo mu się nudzi. Dlatego pewnie nie mogliście już jej utrzymać w domu. Kotyfikacja, catio, wiele osób uznaje to za wymysł, ale takie rzeczy sprawiają, że koty nie myślą o samotnych spacerach.
Akurat, miałam w domu idealny przykład na to, że nie każdy kot będzie chciał trzymać się domu.
Zwierzę bawione godzinami każdego dnia, trzymane na sporej powierzchni, ścianki wspinaczkowe i zabawki miewały 2m i potrafiły zajmować sporą powierzchnię, spacery na szelkach...
Mimo to nie był w stanie usiedzieć, musiał się pobawić na zewnątrz. W życiu nie widziałam by zwierzę tak rozpaczliwie chciało wyjść, pół sekundy wystarczało, by dał radę się wymknąć. Smukła budowa ciała pozwała mu zrywać się z szelek. Mogłam eksperymentować z innymi modelami, upewniać się, że nie ma go na 20m od drzwi wyjściowych, ale zamiast tego odpuściłam. Jasne, chciałam mieć kotka którego na pewno nigdy nie stracę i będę mogła się z nim bawić codziennie godzinami (inne osoby w domu też), ale przy takim przypadku to już byłoby okrucieństwo. Liczę się z tym, że mogłabym go stracić, ale wolę to ryzyko niż, żeby całe życie był nieszczęśliwy.
(I nie, żeby miał źle w domu, za każdym razem, jak już sobie pobiegał i się pobawił to od razu wracał)
Jedno z nielicznych historii na których się popłakałam :( pół roku temu też pożegnałam mojego jedenastoletniego owczarka niemieckiego. Suczka chorowała na padaczke, stan był bardzo ciężki, próbowaliśmy ją ratować ale z tygodnia na tydzień było tylko gorzej. Nie życzę nikomu podjęcia tak ciężkiej decyzji..
Dlaczego niby miałabyś wracać do tego punktu?
Izolacja. Odcinanie się jest korzystne dla spokoju. Mimo, że wydaje się brutalne i bezduszne, to ma sens. Może i dla mnie pies nigdy nie będzie zwykłym psem, to rozumiem logikę izolowania się.
Poryczałam się w metrze. Strasznie współczuję! Pomyślałam o swoim psiaku, jakby tak jemu się stało... Pozdrawiam autorko i trzymaj się, jemu teraz jest na pewno lepiej niż w ostatnich dniach życia.
Ja siedziałam zaryczana w domu kiedy mój tata pojechał uśpić naszego psa, który był już stary i bardzo chory. Stchórzyłam. A jeszcze tego samego dnia zniosłam go przed blok, na króciutki spacer. Widać było, że wszystko go bolało. Mam ten obraz przed oczami i pewnie zostanie ze mną do końca życia. Popołudniu już go z nami nie było :-(
Miesiąc temu też byłam zmuszona uśpić swojego przyjaciela, nie mogłam być przy podaniu zastrzyku, bo jestem niepelnoletnia. Na całe życie zapamiętam ostatnie jego spojrzenie i to jak bezwładny tylko mnie lizał gdy go po raz ostatni glaskalam. Cały czas rozmyślam nad tym jak by się to wszystko potoczyło gdybym wstała tego dnia choć godzinę wcześniej, kiedy był jeszcze przytomny.
to jest na to jakiś przepis, że osoba poniżej 18 rż nie może być przy uśpieniu swojego zwierzęcia?
Nie mam pojęcia, weterynarz mi tak powiedział.