Pewnego razu na studiach jeden z kolegów ze studenckiej grupy zorganizował popijawę w wynajmowanym mieszkaniu. Impreza była wybitnie udana i zakończyła się w przewidywalny sposób, jednak należało wrócić z mieszkania kolegi do akademika.
Wracaliśmy do akademika w trzy osoby. Godzina była późna, akademik daleko, a podchmielonej braci studenckiej strasznie się papierosów chciało. Sklepu nocnego w okolicy ni hu hu, za to tuż obok przystanku stał sobie kiosk ruchu. Niewiele myśląc, wybiliśmy szybę w kiosku, by wyciągnąć z wystawy paczkę lichych papierosów. Uskrzydleni sukcesem, paląc niczym smoki, dotarliśmy do akademika i zalegliśmy w swoich pokojach.
Rano, gdy promile wyparowały z naszych gorących głów, ruszyło nas sumienie (i przeświadczenie, że dokonaliśmy czynu zabronionego z art. 279 § 1 kk), dlatego poszliśmy po rozum do głowy. Zadzwoniliśmy do szklarza (z pytaniem o koszt naprawy wybitej szyby).
Odliczoną kwotę za szybę i dwie paczki „Mocnych” włożyliśmy do koperty. Dołączyliśmy list z przeprosinami (wyklejony z wyciętych z gazety liter) i wybraliśmy się w podróż na drugi koniec miasta do rzeczonego kiosku. Kopertę dostarczyłem ubrany w okulary słoneczne (listopad), czapkę z daszkiem i kaptur. Nie wystarczyło już mi odwagi, aby poczekać i sprawdzić minę poszkodowanego, gdy koperta została otwarta.
Do tej pory wstydzę się tamtej sytuacji, a piszę tę historię ku przestrodze – alkohol nie sprawdza się w roli doradcy, kiedy brakuje ci fajek :)
Oto jak w moim technikum radzimy sobie z ustawą o zdrowym żarciu w sklepikach szkolnych – codziennie jedna osoba zbiera zamówienia i na dużej przerwie wychodzi pod opieką nauczyciela do Lidla :)
Szczegółów tej historii nie zna nikt. Znajomi nie zostawiliby mnie w spokoju.
Lato, zaczęło się robić zimniej, wychodząc z domu wrzuciłem do samochodu bluzę. W pracy nie mamy ogrzewania, więc mogłaby się przydać. Dojechałem, szybko zabieram torbę z auta, po drodze zgarniając jeszcze zapomnianą paczkę fajek i wchodzę na halę.
Dzień jak co dzień, dzień po dniu... Przed 13 przychodzi szef i prosi, żebyśmy zostali po godzinach ze względu na dużą ilość pracy. Nadgodziny płatne od razu, więc zostajemy. 16, czas na przerwę, ruszać się z firmy nie musiałem, bo obiad miałem własny, papierosy znalazłem rano. Koło 18 przychodzi szef.
– Chłopaki, czyj jest granatowy ford, dobrze pamiętam, że twój?
Potwierdzam, pewnie blokuje podjazd, więc odruchowo zacząłem szukać kluczyków po kieszeniach. No tak, zostały pod siedzeniem w samochodzie, wypadły, gdy schylałem się po fajki.
– Chodź tu tylko, mała sprawa jest do ciebie.
Wchodzę z szefem do gabinetu, a tam... policja.
– Mamy do pana kilka pytań. Ale może podejdźmy do samochodu.
Smutni panowie podeszli do mojego starego gruchota i wskazują na okno.
– Proszę pokazać tę bluzę.
Otwieram auto, sięgam.
– A więc samochód był otwarty, hm?
– A kto by takiego grata chciał kraść?
Policjanci jednak nie mają poczucia humoru, więc bez słowa podaję bluzę, oni kontemplują każdy zadziorek i nitkę
– No kolor się zgadza... Kaptur jest... CO PAN ROBIŁ O GODZINIE 16?
– Pracowałem. Właściwie to nie do końca, bo miałem przerwę, ale byłem na terenie zakładu.
– Ktoś to może potwierdzić?
– Noo... cała hala, z 30 osób i oczywiście szef.
Wskazuję na niego, on gorliwie kiwa głową.
– Tak, tak, dziś panowie robią nadgodziny, oczywiście wszystko jest wpisane na umowie, nic na lewo...
Taa, niech ci dowalą karę za te wałki i opóźnione wypłaty, pomyślałem. Pytam:
– A mogę wiedzieć o co chodzi?
Mundurowi popatrzyli stwierdzili, że dla dobra śledztwa powiedzą to na osobności.
No proszę, środek lata, środek dnia, a tu się okazuje, że jestem w jakiś sposób powiązany ze śledztwem. Poszliśmy do biura, szef z żalem nas opuścił. I się zaczęło. Co dokładnie robiłem, o której, czemu bluza w lipcu, czemu samochód otwarty, czemu dzisiaj nie pojechałem po papierosy do sklepu, skoro codziennie jeżdżę.
Co się okazało?
Ktoś identycznym samochodem jak mój, w bardzo podobnej bluzie, o godzinie 16 co kilka dni jeździ na ogródki działkowe i się OBNAŻA. Akurat dziś udało im się namierzyć samochód, bo ktoś zrobił zdjęcie. Mało tego, mają zdjęcie osobnika i chcą porównać. Na szczęście chodziło jedynie o twarz.
Zamurowało mnie. Mnie, szanowanego mechanika samochodowego, o ekshibicjonizm oskarżać? Na szczęście udało się wyjaśnić. Uratowały mnie papierosy, gdybym pojechał do sklepu, nie byłoby tak prosto, chociaż zdjęcia nie wykazały podobieństwa.
Kumplom powiedziałem, że ktoś ukradł podobne auto. Wolałem nie narażać się na ksywę „Golas”.
Chodziłem wtedy do gimnazjum. Nie byłem jakoś specjalnie przystojny, mimo to sporo dziewczyn się za mną oglądało. Przyczyną był dość pokaźny wzrost. Po prostu chciały nosić wysokie szpile, a nie jakieś płaskie, dziecinne klapki. Cyc urósł i musiały pokazać, jakie to one dorosłe. A ja? Cóż, trzymałem je na dystans. Nie wiedziałem, gdzie mógłbym zabrać taką dziewczynę, jak miałbym poinformować o niej rodziców i co najważniejsze, jak wyglądałby nasze pocałunki. Typowe rozterki nastolatka.
Jakoś to wszystko przepadło, gdy jedna z nich do mnie zagadała. Okazało się, że nawet potrafię posługiwać się językiem polskim. Na początku strzelałem jakimiś żenującymi sucharami, ale wykazała dużo cierpliwości i wytrwale dążyła, bym to właśnie ja został jej partnerem na balu gimnazjalnym.
Pewnego dnia poprosiła mnie o pomoc w przygotowaniu eseju na konkurs. Miałem szukać odpowiednich źródeł i ocenić efekt końcowy. Ale oczywiście ubzdurałem sobie, że to randka. Wyszykowałem się na pedancika, a biblioteczne półki mijałem z gracją i dostojeństwem. Próbowałem zabłysnąć wiedzą zdobytą na chemii, ale mieliśmy tę samą nauczycielkę, więc nie pykło. W końcu dostrzegłem możliwość pokazania się z dobrej strony. Bidula nadaremnie próbowała stawać na palcach, żeby dosięgnąć książki z najwyżej półki. Spojrzała na mnie sarnimi oczami i rzuciła:
– Tymek, pomożesz mi?
– Ależ oczywiście.
Scena jak z ckliwego filmu romantycznego. Ja, sięgający po wielkie tomiszcze i ona pode mną, mała, bezbronna. Czas zwolnił, by drastycznie przyspieszyć. No i upuściłem książkę na jej łeb... Jęknęła z bólu, ja przerażony się szarpnąłem, ona poleciała na regał. Stałem jak widły w gnoju, czekając na ochrzan. Odwróciła się, otrząsnęła i próbowała zaśmiać.
Poszliśmy razem na bal, najwidoczniej uznała, że to był jednorazowy wybryk. Złamałem jej wtedy paznokcia drzwiami i próbowałem go dokleić przy pomocy gumy do żucia, znalezionej pod krzesłem. Nie osądzajcie mnie, myślałem, że to genialny pomysł.
PS Na studniówkę poszedłem już z inną damą. Niechcący wylałem na nią wódkę, jak pech, to pech. Wytłumaczyłem, że ta pachnie lepiej od jej perfum. Tu mocno zniszczyłem sobie zabawę, bo wszyscy faceci chcieli z nią po tym tańczyć i na mnie zabrakło czasu.
Tak że może kiedyś byłem rozchwytywany jako towarzysz wszelakich imprez, teraz słabo mi idzie. Bo jaka kobieta chciałby iść na wesele czy imprezę w stroju ochronnym?
Kocham wszystko, co jest związane ze świętami Bożego Narodzenia.
Kiedyś siedząc w samochodzie i czekając na mamę, włączyłam swoją płytę z kolędami. Wyobraźcie sobie miny osób przechodzących obok, które widzą mnie, rozkładającą swoje zwłoki na przednim fotelu (środek lata), a w tle głośne GLORIA, GLORIA, GLOORIIAAA...
Ostatnio sprzątałam balkon i słuchałam owych niesamowitych utworów, nucę sobie już którąś kolędę i nagle sąsiad z góry śpiewa, a właściwie wrzeszczy na całe osiedle „cóż masz niebo nad ziemiany...”. Później kolejną kolędę śpiewaliśmy razem.
Pozdrawiam wszystkich, którzy śpiewają kolędy cały rok :)
Mój chłopak podczas seksu chciał dać mi soczystego klapsa, ale źle wymierzył i trafił w swoje własne jądra...
Z dobrą minutę nie było z nim kontaktu.
Mając 26 lat, przez własną głupotę straciłem lewą nogę pod kolanem. Początkowo czułem się z tym gorzej niż mogłoby się wydawać, ale będąc na rehabilitacji, poznałem pewnego faceta. Wtedy miał 42 lata i w podobnych okolicznościach stracił nogę (chodzi o własną głupotę), ale prawą. Przez kilka tygodni widywaliśmy się na zajęciach potem zaczęliśmy się kumplować, czarne jak smoła poczucie humoru nie opuszczało nas na krok, a z czasem zaakceptowaliśmy swoje nowe położenie. Od tamtej pory mamy ze sobą regularny kontakt, mimo że mieszkamy bardzo daleko od siebie. Kontakt ten jest w sumie nieprzypadkowy.
Jednym z naszych żarcików były buty. Teksty typu, że od teraz musimy domagać się (he, he) 50% zniżki albo że (he, he) z wystaw będą znikać te pojedyncze buty, których para jest na zapleczu.
Wtedy doszliśmy do tego, że w pozostałej stopie rozmiar mamy oboje ten sam – 43.
O ile zwykłe buty znoszą się w miarę równomiernie, tak wszystko inne, jak np. buty sportowe, kupujemy w parach, a używamy tylko jednego.
No i używając paczkomatu, przesyłamy sobie po jednym bucie. Jest to jakaś oszczędność, ale raczej to kwestia typu „jestem gdzieś tam, kuternogo, i mam tak samo”.
Dlaczego buty nie zużywają się równomiernie? Oboje mamy protezy przystosowane do sportu, tzw. dynamiczne – to te, co wyglądają jak wygięty kawałek metalu, na nie nie zakłada się żadnego obuwia. No, ale na pozostałą stopę coś ubrać trzeba.
Takie tam kuśtykające wyznanie.
Byłam parę dni temu z koleżanką na PKP. Ja jak zawsze musiałam iść kupić coś do picia. Okazało się, że po tym, jak wrzuciłam pieniądze do automatu, to ani picia, ani niczego nie dostałam, bo automat się zepsuł. No to szybko biorę numer i dzwonię na infolinię. Odbiera pan X. Ogólnie bardzo miły facet, wysłał ekipę. No i ci przyjechali, ochrzanili mnie, że zepsułam automat (!), nie zwracałam zbytnio na to uwagi, ale cały czas mówili niemiłe rzeczy. Po tym, jak skończyli, zapytałam: „Czy mogłabym odzyskać moje pieniądze lub dostać to picie?”, na co panowie mnie wyśmiali i pojechali.
Zadzwoniłam jeszcze raz do pana X i mu całą sytuację opisałam, a on poprosił, bym podała swój adres. No okej, jak potrzebuje, to luz.
Przed chwilą do mojego domu przejechał X oraz tych dwóch pracowników. Oni zaczęli mnie przepraszać, a potem dali cztery kartony napojów i przekąsek, takich z automatów. Okazało się, że pan X po tym, jak wrócili, ochrzanił ich i postanowił mi to zrekompensować. :)
Parę lat temu, kiedy po maturze dane nam były najdłuższe w życiu wakacje, pojechaliśmy z paczką znajomych do Bułgarii. Kupiliśmy tam coś na kształt polskiego bimbru, ale obiecaliśmy sobie, że otworzymy go dopiero w Polsce.
Po powrocie jeden z kolegów z paczki organizował domówkę, więc idealny czas na otwarcie owego trunku. Bardzo był mocny, ale do głowy nie wszedł w ogóle. Dopiero po około godzinie wszyscy padli po kolei jak muchy, w tym ja. W nocy obudziłem się na podłodze z wielką chęcią upuszczenia treści żołądka, więc czołgam się do łazienki. Przede mną schody, no to wspinam się bez końca. Cały czas wydawało się, jakbym był na początku. Ale jest! Dotarłem. Zrobiłem swoje do drewnianego pięknego kibla i zasnąłem tuż przy nim. Budzę się rano i orientuję się, że jestem przed szafką z bielizną jego rodziców. Okazało się, że zwymiotowałem do tej szafki...
Najlepsze jest to, że jego dom miał tylko parter. Po jakich schodach ja się wspinałem?!
Wiosna, sobota, słoneczny dzień, mam na sobie lekką, powiewną różową spódnicę do połowy łydki, wieje lekki wiatr. Podjeżdżam pod sklep, parking prawie pełny, nagle zaczyna świecić kontrolka oleju. Z grubsza wiem co powinno być pod maską, prawo jazdy mam już naście lat, nie takie sytuacje i niespodzianki drogowe już przeżyłam.
Otwieram maskę, żeby sprawdzić stan oleju – jest OK. Odpalam silnik ponownie – już nic nie świeci. Zadowolona wyskakuję, zamykam maskę i... nie mogę się ruszyć! Przytrzasnęłam spódnicę maską samochodu! Kombinuję, co tu zrobić – nie sięgnę do środka otworzyć maskę, szarpanie spódnicy też nic nie daje, a telefon w torebce w samochodzie. Na domiar złego zaczyna podać deszcz. Stoję i nie wiem co zrobić – szybko zdjąć spódnicę i otworzyć tę cholerną maskę? Ciągnąć, może wylezie? Zacząć krzyczeć ratunku? Sama nie wiem...
Stoję tak z 15 minut albo całą wieczność, gdy nagle podchodzi facet i z rozbrajającą szczerością mówi, że postałby i poczekałby jeszcze, żeby zobaczyć, co zrobię, ale nie ma już czasu i za obietnicę kawy uwolni mnie z tarapatów. Z radością przystałam na łaskawą propozycję. Uwolniona zapomniałam o zakupach i pędem uciekłam do domu.
PS Kawa była, a i owszem, nawet wybrałam się na nią w rzeczonej spódnicy. A i pan Michał okazał się bardzo miłym człowiekiem :)
Dodaj anonimowe wyznanie