Gdyby horrory istniały w prawdziwym życiu, umarłabym jako pierwsza. Dlaczego?
Zacznijmy od tego, że niedawno nocowała u mnie przyjaciółka. Wszystko byłoby super, gdyby następnego dnia rano nie wyglądała, jakby nie spała od przynajmniej roku. Powód? Skrobanie pazurami mojego psa o podłogę (drewnianą) i boki łóżka + wydawane przez niego odgłosy w czasie snu.
Jestem do tego tak przyzwyczajona, że po prostu mój umysł pojął to jako integralną część spania. Dlatego właśnie, gdyby w horrorze w prawdziwym życiu coś skrobało/ciumkało pod moim łóżkiem bądź ogólnie w sypialni, po prostu bym się nie obudziła.
PS Serdecznie pozdrawiam mojego 12-letniego psa, otworzymy razem dom strachów :DD
Poszedłem do swojej wakacyjnej pracy – firma upadła.
W czasie studiów zacząłem w innej firmie pracować – upadła.
Pracuję w trzeciej firmie od trzech tygodni – firmie gorzej się wiedzie.
Chyba przenoszę pecha.
Od jakiegoś czasu zmagam z depresją i stanami lękowymi. Ostatnio zauważyłam, że lepiej się czuję, bandażując sobie ciasno wszystkie stawy (szczególnie łokcie) i głowę. Oczywiście tak, żeby spokojnie dopływała krew.
Kiedy wyglądam jak mumia, zasypiam jak niemowlę i łatwiej mi się na czymkolwiek skupić.
Nie wiem skąd to się wzięło, ale mój terapeuta jest ze mnie dumny :D
Kiedy byłam dzieckiem, mama często na jakieś przyjęcia rodzinne robiła galaretki z owocami i bitą śmietaną. Któregoś razu zapomniała kupić bitej śmietany i w dzień imprezy, na kilka godzin przed przyjazdem gości, wysłała mnie do osiedlowego sklepiku po jakąś w spreju. Poszłam, kupiłam i… zjadłam ją po drodze xD
To był dla mnie towar luksusowy, więc nie mogłam się powstrzymać. Myślałam, że tylko sobie troszeczkę spróbowałam, przecież nic się nie stało. Wróciłam do domu, umyłam dzióbek, żeby nie było widać śladów, i wstawiłam ją do lodówki.
Przyjechali goście. Wjechał obiad, potem kawa i desery. Okazało się, że mama nie może wydusić ani kropli tej śmietany na galaretki i cała oburzona kazała mi iść do sklepu i żądać wymiany na nową. Więc poszłam. Cała czerwona i zdenerwowana tłumaczyłam sklepowej, w czym problem. Wymieniła mi ją na nową, ale patrzyła na mnie dość podejrzliwie. Nigdy mamie nie powiedziałam, że to była moja wina.
Kilka dni temu skończyłem 18 lat. Dzisiaj uświadomiłem sobie, że mój ojciec, z którym mieszkam, nie złożył mi życzeń urodzinowych. Najbardziej boli mnie fakt, że nawet nie jestem zaskoczony, ponieważ się tego spodziewałem. Babcia tłumaczy, że dla niego czyjeś urodziny są oczywiste, ale w przypadku urodzin swoich sióstr zawsze dzwoni i pyta wszystkich w domu, czy już złożyli życzenia.
Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to zrobić mu poniekąd na złość – zawsze składałem mu życzenia, wymyślałem prezenty, jak np. płyta ulubionego zespołu, kamerka samochodowa, o której marzył latami. Przychodzi mi do głowy, żeby też „zapomnieć”, chociaż bardzo szykuje się na swoje 50. urodziny. Myślałem nad tym, aby z babcią złożyć się na jazdę sportowym autem po torze wyścigowym, ale teraz nie jestem już pewien.
Jestem facetem z recyclingu. Kilka lat temu zakończyło się moje długoletnie małżeństwo i nie widzę żadnego sensu w budowaniu kolejnej relacji. Mam syna, z którym mam świetne relacje. Cały czas rozwijam się zawodowo. Mam czas na swoje zainteresowania, których jest trochę, i często podróżuję. Potrafię ogarnąć dom i nawet nieźle orientuję się w kuchni. Często wchodzę w krótkie znajomości, gdyż jestem bardzo otwarty i lubię poznawać nowych ludzi. Lubię wyjść do restauracji czy do kina lub wyskoczyć na spontaniczny wypad weekendowy. Nigdy nie oszukuję i od razu na starcie staram się wyjaśnić, że ta znajomość nie ma szans rozwinąć się w nic poważniejszego. Na co panie dość często i ochoczo przystają, gdyż przeważnie one również „nie szukają nikogo do poważnej relacji”… podobno… gdyż zawsze kończy się to inaczej…
Zazwyczaj po około trzech miesiącach zauważam, że pani zaczyna się wkręcać. Staram się wtedy wprowadzić dystans, by dać jej szansę na ogarnięcie sytuacji. Niestety bardzo często kończy się to paniką z jej strony i nieprzemyślanymi zachowaniami oraz wyznaniami, które w prosty sposób prowadzą do końca znajomości. Nie mógłbym kontynuować takiej znajomości, gdyż nie jestem typem faceta, który wykorzystuje kobiety w takim stanie… Irytuje mnie jednak to, że ten sam schemat pojawia się za każdym razem. Próbowałem już chyba wszystkiego, a efekt końcowy jest zawsze taki sam.
Drogie panie, bardzo wielu mężczyzn uważa was za wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju istoty, ale nie czuje potrzeby, by budować z wami głębsze związki…
Właśnie byłem świadkiem niecodziennej sceny w sklepie spożywczym.
W kolejce do kasy stały trzy osoby. Pierwszy był mały, maksymalnie 8-letni chłopiec ewidentnie wysłany po zakupy przez rodziców, bo w koszyku miał torbę z ziemniakami, jakiś bulion warzywny i przyprawy. Za młodym stał na oko 50-letni, łysawy, wymiętoszony facet o opuchniętej twarzy i nosie czerwonym jak radziecka flaga. To jeden z tych pijaczków lepszego sortu. Jeszcze taki nie jest na dnie, ale już nie za dużo mu brakuje. Ostatnia w kolejce stała grubsza, starsza pani, przesadnie umalowana różem na policzkach.
Kiedy pani za kasą ważyła ziemniaki, z kieszeni chłopca wypadł banknot o nominale 10 złotych. Pijaczek popisał się wyjątkowym refleksem, bo gdy tylko dyszka dotknęła ziemi, on szybko postawił na niej nogę tak, że zguby nie było widać. Kiedy kasjerka powiedziała, ile należy się za zakupy, dzieciak zaczął nerwowo przetrząsać kieszenie. Trwało to kilka sekund, podczas której zapanowała grobowa cisza. Przerwał ją dopiero bardzo głośny dźwięk klapsa. PLASSSSK! To grubsza pani, zamachnąwszy się, klepnęła otwartą dłonią w łysinę pijaczka, a następnie jak gdyby nigdy nic poprawiła sobie loczek trwałej, który opadł jej na czoło.
Menel przywołany do porządku nawet nie pisnął, tylko czerwony jak czereśnia czym prędzej wyciągnął banknot spod buta i bez słowa wręczył go chłopcu.
Wierzcie mi – to wyglądało niczym scena wycięta z jakiegoś starego, niemego filmu.
Mam niespełna roczną kotkę rasy Devon Rex oraz dwie sąsiadki w wieku 7 i 8 lat. Jak powszechnie wiadomo, koty tej rasy są trochę jak psy, lgną do ludzi i lubią spędzać z nimi czas. Kiedy tylko owe dziewczynki zjawiają się na podwórku, moja kotka siada na parapecie i głośno zawodzi, żeby ją wypuścić do dzieci. Dziewczyny też nie posiadają się z radości, kiedy mogą się pobawić z kotkiem...
Ostatnio zrobiłam się trochę zazdrosna i gdy tylko słyszę, że sąsiadki wychodzą się pobawić, zamykam okna, wyciągam wszystkie zabawki i bawię się z kotem, żeby tylko chciała ze mną zostać. Bo to mój kotek!
Choć mam dobrych rodziców, było kilka rzeczy, które nigdy nie powinny się zdarzyć. Minęło tak wiele czasu, a to wciąż we mnie siedzi.
Przygotowania do I Komunii Świętej. Chodziło się co niedziela na mszę. Tak też miało być i tym razem, tym bardziej że po mszy mieliśmy dostać od księdza srebrne łańcuszki. Niestety, tym razem byłam chora. Miałam katar, bolało mnie gardło, a w moim żołądku panowała rewolucja. Zawsze przy początku grypy czy przeziębienia miałam mdłości. Bardzo nie chciałam tym razem iść do kościoła. Płakałam i błagałam, mówiłam, że bardzo źle się czuję, że chyba zaraz będę rzygać. Tata nie chciał mnie zabierać, bał się, że jeszcze bardziej się rozchoruję, ale niestety. Moja mama pozostała nieugięta. Uparła się, że muszę iść i koniec, bo jak to ma mnie nie być, kiedy jest rozdanie łańcuszków. Poszłam do kościoła.
Mama powiedziała, że jak poczuję, że będę zaraz wymiotować, to mam wyjść z kościoła. Problem polegał na tym, że ja cały czas czułam się tak, jakbym miała zaraz puścić pawia. Msza trwała w najlepsze, był to jakiś moment, kiedy mieliśmy stać. Czułam się tak źle, że wstałam i zakręciło mi się w głowie. Mama zdążyła tylko do mnie podbiec. Pawia puściłam prosto na nią. Obrzygałam ją, siebie, podłogę i wszystko wokół.
Tata zabrał mnie z tego kościoła niemal od razu. Nigdy nie zapomnę tych spojrzeń ludzi... Ale nie to jednak było najgorsze. Pamiętam, jak leżałam na rozłożonej kanapie w salonie, kiedy mama wróciła z tego kościoła. Spodziewałam się raczej jakiegoś współczucia, może lekkiej złości. Na pewno nie spodziewałam się tego, że dostanę w twarz, bo przyniosłam jej tyle wstydu. Cóż...
Kiedy byłam mała, nie chodziłam do żłobka ani do przedszkola. Miałam troje rodzeństwa, a moja mama dumnie twierdziła, że dzieciom to niepotrzebne, a lepiej będzie im w domu. Cytuję: „Ona swoich dzieci dodatkowymi zajęciami katować nie będzie”. Ponieważ była nas czwórka, to już małe przedszkole, więc z dziećmi z sąsiedztwa też nie wolno było się bawić, bo komu to potrzebne.
Kiedy poszłam do zerówki w wieku 6 lat, byłam aspołeczna, bałam się zarówno dzieci, jak i dorosłych (do dorosłych nie wolno było się odzywać, bo jeszcze powie się coś nie tak). Nie umiałam przeczytać ani jednej literki, nie znałam cyfr czy podstawowych kształtów. Pamiętam, że moja mama była wściekła, że nie umiem odróżnić prostokąta od kwadratu, bo „każdy to wie i jest to podstawowa wiedza, więc jak możesz nie wiedzieć”. Ona sama nigdy nie spędzała z nami czasu, nie pokazywała ani nie uczyła tych właśnie podstawowych rzeczy. Natomiast kiedy poszłam do zerówki, okazało się, że przynoszę jej wstyd (tak powiedziała) i powinnam ostro zabrać się za nadrabianie (szlaczków xD).
Nie rozumiem przeciwników przedszkoli, którzy twierdzą, że dzieci najlepiej rozwijają się w domu. Na pewno nie w każdym przypadku.
Dodaj anonimowe wyznanie