Ostatnio u mnie w domu dzieją się dziwne rzeczy.
Przedwczoraj wieczorem jak już leżałam w łóżku, usłyszałam jakieś kroki na schodach, poszłam to sprawdzić z myślą, że to pewnie kot chce mnie obudzić, żebym dała mu jeść. Nie myliłam się, na schodach stał wpatrzony we mnie kot. Po nakarmieniu pupila poszłam dalej spać, a kotek poszedł razem ze mną. Kiedy już się ułożyłam, znów usłyszałam kroki, tym razem to nie był kot, który spał tuż przy mnie w swoim kocim łóżku. Nie ukrywam, wystraszyłam się, no bo niby kto chodziłby mi po domu, zwłaszcza że drzwi zamknęłam, a nikt oprócz mnie nie ma kluczy. Na schodach nikogo nie było. W końcu udało mi się zasnąć. Rano jednak zauważyłam brak kota – znalazłam go na szczęście, był cały przerażony i skrywał się pod moim łóżkiem.
Następnej nocy, czyli wczoraj, usłyszałam, jakby ktoś chodził po pokoju obok mojego i jakieś rzeczy przekładał na inne miejsca. Kot znowu był pod łóżkiem. Bałam się sprawdzić, skąd są te odgłosy chodu, ale jednak czułam, że muszę tam pójść, bo nikt nie będzie mnie straszył we własnym domu. Nikogo nie było.
Rano zobaczyłam, że różne przedmioty zmieniły miejsce oraz na puszystym dywanie są wklęsłe ślady wielkości buta.
Boję się... boję się, co będzie dzisiaj.
Opowiem wam o tym, jak prawie zniszczyłem małżeństwo moich rodziców. Miałem wtedy jakieś 8-9 lat.
Pod nieobecność mamy i taty często buszowałem sobie po domu i zaglądałem do różnych szafek. Wiadomo, dziecięca ciekawość i chęć znalezienia różnych skarbów często ciągnęła mnie do ich sypialni. To tam w małej szufladce znalazłem to dziwne coś. A właściwie całą masę dziwnych cosiów. Owe cosie zapakowane były w małe, kwadratowe sreberka. W środku znajdowały się balony. I to jakie wytrzymałe! Można je było dmuchać, nalewać do nich wody, a nawet zakładać je sobie na głowę. I tak też co jakiś czas wędrowałem do sypialni rodziców i podbierałem po kilka takich gadżetów. Potem z kumplami robiliśmy z nich różne rzeczy, na przykład do nadmuchanego balona przywiązywaliśmy ludzika GI-Joe i zrzucaliśmy go z wieżowca. No ubaw po pachy!
Tymczasem zauważyłem, że sytuacja pomiędzy moimi rodzicami zaczęła się nagle pogarszać. Mama robiła wrażenie obrażonej na tatę, który z kolei robił minę zbitego psa i coraz częściej wychodził z domu, aby spotykać się z kumplami. Do dziś nie wiedziałbym o co chodziło, gdyby nie moja wścibskość. Bezczelnie podsłuchałem kłótnię mamy z tatą. Moja rodzicielka sugerowała, że ojciec ma kogoś na boku i że to na pewno ta jego koleżanka z pracy, i że jest tchórzem, bo nie chce się przyznać do swojego romansu i że ona ma tego dość i wyprowadza się do mamy razem ze mną... Jak wywnioskowałem z dalszej części monologu mojej matuli, naczelnym dowodem w tej sprawie miały być notorycznie ubywające „kondomy” z nocnej szafeczki. Szybko połączyłem fakty i doszedłem do wniosku, że mowa o tych śmiesznych balonikach, z których to ostatnio razem z kumplami zrobiliśmy fantastyczną procę. Żebyście wiedzieli, jaki skubana miała zasięg... I kiedy oni kłócili się nieświadomi tego, że ich podsłuchuję, postanowiłem po raz pierwszy zachować się jak prawdziwy facet. Z hukiem energicznie otwieranych drzwi i z pewnością siebie godną bohatera kina akcji wszedłem do ich pokoju, raźnym krokiem wszedłem na jego środek, spojrzałem na mamę, spojrzałem na tatę, zacisnąłem pięści, uniosłem wysoko głowę i... rozbeczałem się jak dziewczynka. Kiedy trochę opanowałem swój szloch, ciągle jeszcze pociągając nosem opowiedziałem o mojej małej fascynacji „balonikami”. Rodzice byli w takim szoku, że nawet zapomnieli mnie zrugać za to, że bezprawnie grzebałem w ich rzeczach. Najważniejsze jednak, że konflikt został zażegnany.
Teraz mam 32 lata. Do dziś mój starzec przy każdej możliwej okazji wspomina mój bohaterski gest obrony rodzinnego ogniska.
Gdy byłem jeszcze małym dzieckiem, myślałem, że jak zje się ziele angielskie, to nieodwracalnie zacznie się mówić po angielsku. Unikałem więc tego ziela jak ognia, bo bałem się, że zacznę mówić w innym języku.
Dziesięć lat temu miałam chłopaka, nie miał on wad, lecz nie pasowaliśmy do siebie. On był fanem piłki nożnej, a mnie piłka nudzi i usypia. Chciał oglądać wszystkie mecze ulubionej drużyny, a one leciały często wtedy, kiedy mieliśmy czas się spotkać, więc kończyło się na tym, że on oglądał, a ja w drugim pokoju czytałam książkę albo zasypiałam przy meczu. Inny przykład – kocham książki i na ich temat rozmawiać, a on czytać nie lubił wcale. Nawet jak chciałam mu opowiedzieć, co przeczytałam, to widziałam, że jego to nudzi, choć starał się słuchać. Muzyki też słuchaliśmy zupełnie innej, inne filmy nas interesowały, nawet co do wakacji nie mogliśmy się dogadać, bo ja kocham gorące klimaty, a on wolał Islandię. Jednocześnie był naprawdę dobrym, empatycznym człowiekiem o wielkim sercu. Dlatego, gdy postanowiłam z nim zerwać, to było to dla mnie bardzo trudne. Wiedziałam, że gdy powiem mu prawdę, to będzie w stanie zrezygnować dla mnie ze swoich zainteresowań, a mi nie o to chodziło. Ja po prostu potrzebuję być z kimś bardziej do mnie podobnym (obecnie jestem w takim związku i jestem szczęśliwa). Nie miałam odwagi powiedzieć mu, jaki jest prawdziwy powód zerwania, wymyśliłam więc głupią wymówkę. Co ważne, mieszkam za granicą, chłopak mieszkał w innym mieście, a do mojego przyjeżdżał tylko ze względu na mnie. Powiedziałam mu, że muszę wracać do Polski, bo mój tata zachorował na raka, jest w ciężkim stanie i muszę przy nim być. Oczywiście to było kłamstwo, mój tata był zdrowy, a ja nie zamierzałam wracać do Polski. Wiedziałam, że do mojego miasta na pewno więcej nie przyjedzie, więc nigdy się nie spotkamy i kłamstwo ujdzie mi na sucho. Wtedy powiedział, że choć mój wyjazd łamie mu serce, to chce mi dać wszystkie swoje oszczędności, których miał około 30 tys. funtów, żeby pomóc w leczeniu mojego taty. Odmówiłam, bo może i jestem kłamcą i tchórzem, lecz nie jestem złodziejką.
Pięć lat później karma wróciła w najgorszy możliwy sposób. U mojego taty wykryto raka, zmarł po pół roku, cierpiał do samego końca.
Dwa lata po rozstaniu z tamtym chłopakiem poznałam mojego obecnego męża, tylko dzięki niemu przetrwałam chorobę i śmierć taty. Ale myślę czasami o tym chłopaku sprzed 10 lat. Mam nadzieję, że życie mu się ułożyło i jest szczęśliwy. Zasługiwał na szczęście. Naprawdę był tym legendarnym człowiekiem, który „zasługuje na kogoś lepszego”. Żałuję, że nie byłam z nim wtedy szczera i wymyśliłam tak głupie kłamstwo. Na prawdę też zasługiwał. Ale byłam młoda i niedojrzała, dopiero zaczynałam studia i nowe życie za granicą, a on był moim pierwszym chłopakiem. I z jednej strony staram się myśleć racjonalnie, że tamta sytuacja nie miała prawa mieć wpływu na chorobę mojego taty, ale z drugiej... kto wie, jak działa Wszechświat?
Uciekłem w świat seriali, żeby nie myśleć o swoim nieudanym życiu. Aktualnie oglądam „Wikingów” i wszystko było dobrze, moja głowa zapominała na chwilę o wszystkim i skupiała się na serialowych przygodach, aż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że gdybym żył w tamtych czasach, nie mógłbym być wielkim, charyzmatycznym wikingiem zdobywcą, ale byłbym co najwyżej czyimś niewolnikiem i znaczyłbym mniej niż koza. Nie mogę pozbyć się tej dołującej myśli.
Ostatnio wracając do domu już późniejszym wieczorem, postanowiłam skrócić sobie drogę o parę minut i przejść skrótem – ciemną, leśną uliczką. Nie było to najmądrzejsze posunięcie, ale wizja szybszego powrotu pod kołdrę z ciepłą herbatą jednak kusi. No i tak idę, przy okazji rozglądając się za siebie, przed siebie, w górę i pomiędzy drzewa otaczające drogę z obu stron. Nic to, zanim zdążyłam się zorientować, za zakrętem ujrzałam grupę rdzennych mieszkańców blokowisk, dumnych posiadaczy trzech pasków na dresie i gładkich czach świecących jaśniej niż moja przyszłość. Ja widzę ich, oni widzą mnie. Przewalone, już się nie wrócę. Przyspieszyłam kroku, wbiłam wzrok w ziemię i tak idę, przecież wcale nie muszą mieć wrogiego nastawienia, prawda?
Kiedy usłyszałam nawoływania w moją stronę jednego z nich przy akompaniamencie rechotu jego koleżków, już dostawałam palpitacji serca. Ale chwila, jakby podszedł, to mam plan! Już miałam ich mijać, ale gdzie tam, jeden już kieruje się w moją stronę. No to plan w życie – znając jakieś tam ruchy w języku migowym, koślawo próbowałam przekazać, że jestem niesłysząca, przy okazji modląc się, żeby pan Sebek nie okazał się Sebkiem migo-mównym. Chwała niebiosom, nie okazał się, a szybko zrezygnował, wymamrotał coś w stylu „a pierdolić” i wrócił do sączenia browarka.
Sukces, wędrówkę kontynuowałam najszybszym marszem, na który kiedykolwiek się zdobyłam, a o tym, jak mi się pofarciło, przekonałam się, kiedy przypomniało mi się, że cały czas miałam w uszach słuchawki...
W gimnazjum mieliśmy dość specyficznego kolegę. Nazwijmy go na potrzeby anonimowej historii "Maciuś".
Maciuś był szczupłym niskim dzieckiem. Jak to się wtedy mówiło: "jednostrzałowiec".
Był bardzo irytującym, wrednym, wulgarnym i podłym dzieciakiem. Jednak że Maciuś miał kieszonkowe takie, o jakim każdy z nas mógł jedynie pomarzyć, to miał respekt. Jednak nie bezpośrednio dlatego. Maciuś płacił dobrowolny "haracz" wyrośniętym kolegom ze starszych klas. Stawiał im jedzenie, picie, rozrywki, pożyczał pieniądze na wieczność. W zamian miał pełną ochronę. Z tym że ta ochrona szybko się stała narzędziem terroru dla wszystkich innych przez "Maciusia". Narodziła się lokalna szkolna mafia finansowana przez Maciusia. Kiedyś nie wytrzymałem pewnych bezczelnych docinków pod kątem mojej rodziny i Maciusia zwyczajnie z impetem odepchnąłem z zamiarem dalszej walki, gdy się tylko podniesie. Ten podnosząc się zaczął uciekać, wyjmując telefon z kieszeni i gdzieś dzwoniąc. Finał łatwy do przewidzenia. Zaraz po lekcjach za murami szkoły Maciuś. Ochrona sztuk 3. Dostałem wpierdziel. Nawet nie chciało mi się bronić.
Takich sytuacji było pełno. Odpowiedzialność za czyny? Skargi do dyrektora albo wychowawcy nie pomagały. Wiecie, jak to jest. Jak go łapali za rękę, to mówił, że to nie jego ręka.
Maciuś wśród swoich rówieśników praktycznie nie miał kolegów, bo niemal każdemu zalazł za skórę. Gdy kończyła się klasa druga i mieliśmy zacząć trzecią - ostatnią klasę gimnazjum - Maciusia zabrakło. Przeniósł się do innej szkoły oddalonej o 10 km. Klasa się zżyła, Maciuś był bez obstawy. Nowych członków gangu nie mógł zrekrutować za żadne skarby. Czuł pismo nosem.
Z tego co wiemy w nowej szkole nie wiodło mu się tak dobrze, wieść o nim i jego wcześniejszych poczynaniach się rozniosła i tam. Wredny charakter mu pozostał co przy braku kolegów poskutkowało tym, że parę razy rówieśnicy siłą ustawili go do pionu i pokazali miejsce w szeregu.
Wiem, że od tego są nauczyciele i mogli to ukrócić dawno. Ale oni udają, że nic nie widzą. Nie chcą się babrać w cudzych problemach. Zrobić swoje, odpękać godziny i iść do domu. Tylko że kilka, jak nie kilkanaście osób miało nadwyrężoną psychikę przez tego osobnika i zepsute najlepsze lata życia. Tak było kilkanaście lat temu.
Dzisiaj mój brat dostał na urodziny mnóstwo rzeczy. Miedzy innymi: konsolę, multum gier, telefon i... pudełko śniadaniowe z Dragon Balla.
Najbardziej ucieszył się właśnie z niego.
Ma 18 lat.
Mam 34 lata. Ostatnie trzy spędziłem, mając lat 15.
Gdy miałem 30 lat, w wypadku samochodowym zginęła moja żona. Byliśmy po ślubie raptem trzy miesiące.
Moja psychika była tak zniszczona, że krótko po pogrzebie wróciłem do rodzinnego domu (nasze mieszkanie kupione za gotówkę, na które tyraliśmy kilka lat za granicą, zostało wynajęte) i miałem ponownie 15 lat. Grałem w stare gry na komputerze. Pomagałem rodzicom w domu i obejściu, jeździłem na rowerze. Oglądałem stare seriale, jak LOST, czytałem Harry'ego Pottera... Mieszkałem w swoim starym pokoju na poddaszu.
Po prawie trzech latach takiego, można powiedzieć, życia, zacząłem wracać do siebie. Przestałem pytać o pozwolenie, by gdzieś wyjść. Kupiłem sobie piwo i wypiłem z ojcem po długim dniu, w międzyczasie miałem wizyty u psychologa.
Koniec końców mieszkam teraz sam. Mieszkanie nadal wynajmuję, jest z tego dobry przychód, ale zacząłem też pracę. Można powiedzieć, że zacząłem być dorosłym po raz drugi. I to nie jest tak, że ja nie pamiętam tych lat czy żałuję... Myślę, że trauma po starcie właśnie w ten sposób musiała zostać przepracowana.
Do wszystkich, którzy martwią się, że dla rodziców byłem ciężarem – to zdrowi, silni ludzie, twardzi jak skała i delikatni jak jedwab. Płaciłem za wszystko pieniędzmi z czynszu (jedzenie, woda, prąd itd.), dodatkowo pomogłem w setkach prac ogrodniczych, domowych, nawet wymieniłem poszycie dachu na budynku gospodarczym (taki fach zza granicy przywiozłem).
Teraz pora iść dalej... Tylko jeszcze nie wiem gdzie.
Nie wytrzymałam, kazałam się wynosić swojemu partnerowi. Poszło o masturbację. Nie wiem, czy to normalne, ale skoro facet wybiera zwalenie konia do pornosa zamiast swojej partnerki, dla mnie to nie jest normalne. Jeszcze przychodzi i pyta, czy mam jakieś leki, bo ma infekcję. Ciekawe od czego? Złapałam go parę razy w jednoznacznej sytuacji, jak zawsze twierdził, że to nieprawda i że to wcale tak nie było.
Oczywiście rozumiem, to jest normalne, każdy czasem potrzebuje rozładowania napięcia niekoniecznie z partnerem, normalna sprawa. Ale po co w takim razie marnować czas kobiety? Po co być w takim związku? Bo ma się wyprane, ugotowane, posprzątane i ma się kogo przytulić do snu? Partnerkę traktuje się jak maskotkę? Nie jestem żadnym misiem pocieszaczem, gdzie mam tylko być miła, chwalić „mężczyznę”, być ostoją jego spokoju i ładnie wyglądać. Mam swoje potrzeby, lubię seks i niestety, ale nie potrafię tego realizować poza związkiem, a on wiecznie mi tego odmawia. Zawsze jest jakiś powód.
Zastanawia mnie tylko, dlaczego niektórzy to robią swoim (niby) kobietom? Tak naprawdę gdy się kogoś kocha, to nikt i nic innego nie istnieje (przynajmniej ja tak kocham) i nie gadajcie mi, że jest inaczej. Żaden pornol i żadna baba na ulicy nie istnieje. I nie mówcie mi również tych pierdół, że to instynkt, że od zarania dziejów tak było, że facet musi patrzeć na boki. Nie jesteśmy zwierzętami, mamy rozum. A skoro delikwent musi, niech idzie i szuka dalej takiej jak w pornolu. Drzwi wyjściowe są otwarte, tylko jakoś facet za bardzo się nie kwapił do wyjścia. Nie zamierzam być opcją. Po prostu brzydzi mnie takie coś. Wychowałam się w pełnej kochającej rodzinie, gdzie ojciec kocha matkę nad życie i po 40 latach bycia razem świata poza sobą nadal nie widzą. Wiem jedno, chcę tego samego i nie zamierzam schodzić niżej. Wolę być samotna do końca swoich dni niż tkwić z kimś, dla kogo nie jestem ważna. A teraz czekam na hejt z powodu mojej nietolerancji i egoizmu. Dobrej nocy.
Dodaj anonimowe wyznanie