#XgEu0

Mam kilka swoich dziwactw, mianowicie:

1. Sprawdzanie sto razy, czy wszystko mam. Bilet autobusowy, choć zawsze w tym samym miejscu, sprawdzam na przystanku, potem jeszcze w autobusie, w sklepie, na PKS-ie i znowu w autobusie. Tak mam z biletami każdego rodzaju, prawem jazdy, dowodem, portfelem czy telefonem. Boję się, że coś zgubię.

2. Boję się, że jak będę szła, to narobi na mnie gołąb. Zawsze jak idę upewniam się, czy w razie draki mam chusteczki i myślę co zrobię, jeżeli mi się coś takiego przydarzy i czy może powinnam mieć jakieś ubranie na zmianę. Zawsze jak idę pod drzewami, to rozglądam się i zakładam kaptur.

3. Gdy jestem w łazience (usytuowanej na korytarzu), wszystkie drzwi na korytarzu muszą być zamknięte (do kuchni, na strych, do pokoju, do ganku – wszystkie).

4. Nie cierpię, gdy na wannie stoi otwarty szampon lub płyn do kąpieli. Irytuje mnie to okropnie, wszystko muszę natychmiast pozakręcać.

Mam tego dość, ale nie potrafię żyć inaczej.

#XCHxF

Zawsze kiedy mnie ściśnie w brzuchu, przypomina mi się moja historia z dzieciństwa.

Od kiedy pamiętam zawsze chciałem gdzieś jakiś grosz zarobić. W domu nie było czegoś takiego jak kieszonkowe, ale było wszystko od puszek, makulaturę po butelki. Gdy miałem 11 lat, matka pozwoliła mi w końcu sprzedawać gazetę mojego miasta. W pierwszy dzień byłem tak podniecony, licząc zarobione pieniądze, których jeszcze nie miałem... Gazety sprzedawały się najlepiej w centrum, więc podekscytowany sprzedawałem tam kolejne egzemplarze. Nagle przychodzi wielki ból brzucha... Myślę sobie, że przejdzie i będzie OK. Nie przeszło... Ja z 20-30 gazetami w ręku, jakieś 3 km od domu, a tu czuję ogromny nacisk! Panika w oczach, ale gdzie załatwić sprawę, kiedy wszędzie spacerują ludzie? Prawie pobiegłem do najbliższego parku. Puściłem pośladki – poszło rzadko, z nogawki trochę też... Wkurzony na maksa na siebie myślę sobie, że kasa potrzebna, więc dalej sprzedaję, ale teraz po blokach. Pewien pan otworzył mi drzwi. Uśmiechnięty mówię, że sprzedaję gazetę, on odpowiada, że weźmie, a po chwili marszczy nos i z obrzydzeniem pyta, co tu tak je.ie. Na to ja, z największą pewnością siebie w głosie, odpowiadam: „Nie wiem, ale to chyba od sąsiadów”. Chyba uwierzył :D

#yCmMv

Szukam pracy. Skończyłam szkołę średnią z dobrym zawodem. Tak mi się wydawało. Ucząc się, pracowałam dorywczo w gastronomii. Kończąc szkołę, wyprowadzając się z domu rodzinnego, nie przypuszczałam, że będzie mi tak ciężko znaleźć pracę chociażby z zwykłym sklepie handlowym.
Od 3 miesięcy trwa niekończące się rozwożenie CV, składanie aplikacji przez internet, oficjalne strony sklepów itd.
Kilka razy ktoś się odezwał przeprowadzić krótką rozmowę, a na koniec: „Mamy panią w systemie, jeśli będzie oferta, to się odezwiemy”. W końcu po raz kolejny zadzwonił telefon, tym razem większe konkrety, umówiona rozmowa o pracę na następny dzień, ja cała podekscytowana, że w końcu coś znalazłam. Cała rozmowa przebiega fajnie, pani opowiada, jak wygląda praca na sklepie itd. Zapytanie: „Ma pani jakieś doświadczenie?.” Czar prysł... Otóż nie mam. Skończyłam dopiero szkołę, szukam pracy od paru miesięcy i bardzo mi na tym zależy. Usłyszałam tylko, że się odezwą, kiedy będzie skierowanie na badania itd. Dwa dni później widzę w tym oto sklepie nową pracownicę już na przyuczeniu.
Naprawdę nie rozumiem polskiego pracodawcy, który oczekuje od każdego doświadczenia. Ludzie po szkole, wyuczeni, gdzie mają zdobyć to doświadczenie? I co mi po tych wszystkich stażach, umowach zleceniach, jak na to nawet nie patrzą...

#FiYwy

Mam mały biust. Nie przeszkadza mi to, o operacji nie myślałam. Widziałam kiedyś w telewizji program o operacjach plastycznych. Występowała w nim kobieta, która planowała sobie powiększyć piersi, zrobiła to, były też pokazane jej losy po operacji. Właściwie jedyne co pamiętam z tego programu, to jak wyglądała kilka/kilkanaście dni po zabiegu – jak cień człowieka, ledwo miała siłę, by cokolwiek powiedzieć przed kamerami, płakała, mówiła, że bardzo boli, nie ma już siły itp. Prawdopodobnie jak już zakończyła rekonwalescencję była zadowolona z efektów i zgaduję, że nie żałowała, jednak ja tego nie pamiętam. Zapamiętałam to, jak cierpiała i utwierdziłam się w przekonaniu, że mi taka operacja potrzebna nie jest, bo zwyczajnie nie warto. Oczywiście, jeśli jakaś kobieta ma kompleksy z powodu rozmiaru swoich piersi i taki zabieg miałby podnieść jej samoocenę, a tym samym poprawić jakość jej życia, to ja absolutnie tego nie krytykuję – może w przypadku takiej kobiety warto. Chodzi mi tylko o to, że ja kompleksów nie mam i że ja operacji ani nie chcę, ani nie potrzebuję.

Niedawno zaczęłam się z kimś spotykać. Jakiś czas temu zapytał, czy powiększę sobie dla niego piersi. Już sam fakt, że ośmielił się o to prosić, jest dla mnie niepojęty. Gdybym się żaliła, że mam za mały biust i go nie lubię, to jakaś delikatna sugestia operacji byłaby do przeżycia, ale on tak prosto z mostu, bez żadnego wywiadu co ja o tym sądzę. Zabrzmiało to dla mnie tak, jakby powiedział, że mnie po prostu nie akceptuje. Na moje: „Raczej nie” (tak mnie zaskoczył pytaniem, że nie zaprzeczyłam bardziej stanowczo), zapytał: „Czemu nie?”. Moją odpowiedź poprzedziło żałosne westchnięcie, a w głowie od razu pojawił się obraz tamtej kobiety z telewizji. Odpowiedziałam, że wiąże się to z miesiącem zwolnienia lekarskiego, bólu i cierpienia. Tu moim zdaniem powinien nastąpić bezpowrotny koniec dyskusji, ale on kontynuował, pytając: „I tylko dlatego?”. Tak jakby to, że miałabym przez miesiąc cierpieć, nie miało dla niego żadnego znaczenia, jakby najważniejsze było to, żebym miała taki biust, jaki jemu się będzie podobał, bez względu na wszystko.

Musiałam to z siebie wyrzucić, bo chociaż minęły ponad dwa tygodnie od tego dnia, ja wciąż to rozpamiętuję.

#fkhfA

Pracowałam jakiś czas temu w sklepie odzieżowym. Nie jestem może jakąś wielką znawczynią nowinek modowych, ale na naszym asortymencie, rozmiarach, fasonach znałam się dość dobrze.
Przyszła pewnego razu kobieta, powiedzmy, pulchniejsza. Ale waga jej nie przeszkadzała, poprosiła jedynie, bym znalazła jej jakąś codzienną sukienkę, żeby mogła wyjść w niej np. z koleżankami na kawę, a żeby jednak dobrze wyglądała.
Wyszukałyśmy bardzo fajną dzianinową sukieneczkę, z tym że uprzedziłam klientkę, że daję jej większą rozmiarówkę, gdyż mamy zaniżoną, a po co ma się męczyć w czymś małym tylko po to, by metka się zgadzała. Kobieta sukienkę zmierzyła – wyglądała rewelacyjnie! Nic nie opinało, nie nie gniotło, nie marszczyło się, więc ona zachwycona, a ja szczęśliwa, że mam kolejny sukcesik. Po czym wpada jej mąż i od progu pyta, gdzie ta jego gwiazdeczka. Wskazuję przymierzalnie, mówię co i jak. Za dosłownie kilkanaście sekund mężczyzna dosłownie wypada z przymierzalni i z buzią na mnie, że jak ja mogłam jego żonie taki wielki rozmiar dać? Co to za worek na ziemniaki? Jak mogę z jego żony taką beczkę robić? Próbuję wytłumaczyć co i jak, jaka u nas rozmiarówka itp... Ale pan ma mnie gdzieś i drze się dalej. W gruncie rzeczy dowiedziałam się, że ch*** znam się na rozmiarówkach, swojej robocie, że on zgłosi to moim szefom, a ja to w ogóle do sprzątania kibli jedynie się nadaję... Pociągnął żonę za rękę i wyszli.
Kobieta co prawda na następny dzień przyszła mnie przeprosić i sukienkę kupiła, ale powiedzcie mi... czy normalna osoba ocenia sprzedawcę po doborze metki na ubraniu?

#6cPA4

Zawsze miałem problem z językiem niemieckim, do tego nauczycielka, lekko mówiąc, mnie nie lubiła. Jakoś nigdy ten język nie mógł mi wejść do głowy, najgorzej było, że na koniec roku groziła mi jedynka, ostatnie wypracowanie miało zadecydować, czy będzie poprawka, czy jednak dostanę tę „naciąganą dwójkę”. Korzystając z okazji, że siostry narzeczony jest Niemcem, poprosiłem go o pomoc. Koleś wydawał się spoko, po 15 min wypracowanie miałem gotowe, bez czytania oddałem nauczycielce. Na drugi dzień okazało się, że mnie uwaliła. Gdy zobaczyłem wypracowanie, było całe podkreślone. Gdy pokazałem mu to i zapytałem siostry, co to ma znaczyć, oni tylko się pośmiali i powiedzieli, że to nauczka, bo mam się uczyć. Nie no, bez zemsty tego zostawić nie mogłem. Czekałem na idealny moment, w międzyczasie zdałem poprawkę i wiele się nauczyłem.
Nadszedł grudzień, tydzień przed świętami przyjechała siostra z narzeczonym. Już prawie zapomniałem o zemście, ale wpadłem na genialny pomysł, gdy ten poprosił mnie o pobranie jakiejś polskiej kolędy na telefon wraz z tekstem. Cały tydzień po kryjomu się uczył, żeby zabłysnąć przy wigilijnym stole. Po wieczerzy mama (zagorzała katoliczka) skończyła śpiewać chyba wszystkie znane jej kolędy. Gdy nadszedł moment ciszy, Andreas powiedział, że ma niespodziankę dla nas wszystkich. Najbardziej zdziwiona to chyba była moja siostra. Wstał, poprawił marynarkę i łamanym polskim zaczął śpiewać na całe gardło: „Świąteczną balladę o cyckach” xD. Siostra doznała takiego szoku, że nie mogła wydusić słowa. Twarze rodziców przybrały kolor wigilijnego barszczu... A ja z dziadkiem umieraliśmy ze śmiechu.
Jedyną osobą, która doceniła mój żart, był dziadek. Poklepał po ramieniu i powiedział, że babcia z góry śmiała się z nami.

PS Moja „ofiara” do dziś się do mnie nie odzywa... Ale za wakacje stracone przez naukę niemieckiego warto było :)

#Ffw8N

Krótko o tym, jak karma powraca.

Kiedyś śmiałem się z osób, które noszą okulary. Niedługo później sam musiałem.
Długo też czułem niechęć do otyłych ludzi. Dzisiaj sam ważę 150 kg przy wzroście 213 cm (kawał chłopa ze mnie ;)).
Ostatnio dziwiłem się, jak można rozbić szybkę telefonu, upuszczając go... Dziś mi się udało.

#LF9uf

Gdy miałam może z 5-6 lat, wiedziałam, że istnieje takie coś jak seks, ale nie miałam pojęcia na czym polega. Myślałam, że gdy kogoś się pocałuje, zachodzi on w ciążę (bez znaczenia jakiej jest płci).
Pewnego dnia moja młodsza siostra pocałowała mnie w usta. Uznałam więc, że jestem w ciąży. Wiedziałam, że jako dziecko nie mogę urodzić dziecka. Postanowiłam dokonać aborcji, choć wtedy jeszcze nie znałam tego określenia. Wiedziałam, że w ciąży nie można pić alkoholu, więc poprosiłam tatę o alkohol (to była lemoniada, ale ja myślałam, że to był alkohol). Tata dał mi ten „alkohol”, a ja poszłam do pokoju. Położyłam się brzuchem na takiej dużej piłce do skakania. Piłam ten „alkohol”, płacząc i mocno wbijając brzuch w piłkę.

I tak właśnie zabiłam to dziecko. ;)
Dodaj anonimowe wyznanie