W moim „domu” zawsze było mnóstwo obelg pod moim adresem, wyzywania, czasem bicia, a wszystko za sprawą alkoholu.
Chciałam tylko wyznać, że pogrzebałam na działce, w zamarzniętej ziemi, mojego najlepszego przyjaciela. Gruby był najcudowniejszym kotem na świecie. Przez 16 lat służył mi jako wierny kompan niedoli i poduszka emocjonalna. Tylko on widział te wszystkie siniaki i łzy przez nie wylane. Słyszał obelgi, często pod naszym wspólnym adresem. To z nim spędziłam wiele wigilijnych wieczorów, racząc się ciepłym mlekiem i szprotkami z puszki.
Mam 20 lat, a od trzech dni nie mogę wrócić do żywych. Chodzę jak w amoku, bo czuję, że odebrano mi cząstkę mnie. Nie mogę spać, nie chce mi się jeść. Dla kogoś to był tylko „głupi kot, jakich wiele”. Dla mnie najlepszy terapeuta świata.
Czy oszalałam, że tak mi smutno?
Miałam 7 może 8 lat, nigdy nie lubiłam jeździć do rodziców mojego ojca, ale nie mówiłam dlaczego, bo się bałam. Za każdym razem kiedy tam zostawałam „mój dziadek” mnie dotykał w miejscach intymnych, kąpał się ze mną, dotykał mnie... Byłam mała i tego nie rozumiałam. W wieku 9 lat powiedziałam o tym mojej mamie, była zdruzgotana po tym, jak się dowiedziała, zgłosiła sprawę na policję, ale oni nic z tym nie chcieli zrobić, bo dziecko to dziecko, dużo mówi... Po tym wszystkim poszła załatwić to po swojemu, do rodziców mojego ojca, którzy wszystkiego się wyparli. Zapomniałam dodać, że „moja babka” doskonale wiedziała, co się dzieje, ale nic z tym nie zrobiła, bo tak było wygodnie... Byłam później szantażowana, że jak będę opowiadać o tym, to stanie mi się coś złego, mój ojciec nigdy mi w to nie uwierzył. Wyśmiał mnie i moją mamę.
Dzisiaj mam 20 lat i nigdy nie uprawiałam seksu, przy jakimkolwiek zbliżeniu powraca do mnie przeszłość, która mnie blokuje, próbuję z całych sił wyprzeć to z pamięci, ale wraca ze zdwojoną siłą, co powoduje wstręt do samej siebie, mimo że nie jestem niczemu winna.
Mam wielką nadzieję, że uda mi się wygrać tę walkę i będę mogła żyć normalnie.
Mieliśmy przygotować, krótkie przedstawienie na lekcje języka angielskiego w parach.
Oczywiście wszyscy przygotowani, rekwizyty gotowe, lekki stresik, że powie się coś źle. Wchodzimy na lekcję. Pani stwierdziła, że porobimy coś innego. No to trudno.
W następny dzień przed lekcją wychowawczą stałam na korytarzu i gadałam z kolegą z trzeciej klasy (ja jestem w drugiej klasie liceum). Nagle rozmowę przerwała nam moja przyjaciółka, mówiąc, że pani od angielskiego stwierdziła, że teraz mamy jej przedstawić te scenki. Popędziłam do szafki po bluzkę od WF-u jako rekwizyt. Potrzebny był mi paragon, a jako że mój kolega, z którym wcześniej gadałam, ma ich wiele w portfelu, to dał mi jeden.
Scenka odegrana, wszystko dobrze poszło.
Oczywiście zapomniałam wziąć paragonu i został na biurku pani.
Siedziałam po wszystkim grzecznie na lekcji, po czym weszła pani od angielskiego i oddała mi paragon, mówiąc: „Jesteś na to za młoda”. I wyszła.
Na paragonie były nabite prezerwatywy.
:/
Czytałam tutaj wiele żenujących wpadek, więc postanowiłam podzielić się też swoją.
Kilka tygodni temu, kiedy siedzieliśmy w kuchni z mężem, nagle przybiegł nasz dziesięcioletni syn i trzymając w ręku mój wibrator i z przerażeniem w głosie powiedział: „Tato, tato! Znalazłem twojego penisa! Kto ci go odciął?”.
Mój wieloletni partner nadużywa seksistowskich żartów, a te głupie baby się z tego cieszą, ja czuję się zażenowana i zastanawiam się, dlaczego śpię z kimś takim w jednym łóżku, a on robi ze mnie drama queen.
Niedawno zdarzyło nam się uprawiać seks rano, po jakichś dwóch godzinach poszedł do fryzjerki, a ta poprawiała sobie ubranie, on prześmiewczo stwierdził: „Dobra, nie musisz się przygotowywać, ja już dzisiaj po”, a w odpowiedzi usłyszał: „To co, nie dasz rady drugi raz?”.
Tydzień temu jego urodziny, koleżanka składa mu życzenia, bla bla bla „…i dużo seksu!”. Na co on: „Tego ostatniego nie musisz życzyć, wystarczy, że podziałasz”… Krew mnie zalewa, nie uważam się za osobę spiętą, ale trochę taktu by się przydało… A już najbardziej obrzydza mnie fakt, że słowa zostały wypowiedziane przez najbliższą mi osobę, nie mogę na niego patrzeć.
Nie umiem przestać oceniać ludzi, patrząc jedynie na ich wagę. Jak widzę kogoś grubego, od razu go oceniam jako lenia i kogoś, kto nie dba o swoje zdrowie. Od razu też czuję się lepsza od tej osoby. Często pojawiają się w mojej głowie myśli „jak można się tak spaść”, „taka ładna dziewczyna, a taka gruba...”, „obleśny typ, gruby bebzol mu wystaje”. Nie chcę tego robić, ale to jakiś automatyzm. Zachowuję się, jakby waga była wyznacznikiem jakości człowieka. To samo się tyczy kobiet w ciąży, które się spasły, myślę to samo...„leniwa parówka”.
Sama byłam kiedyś gruba, ale dieta, ćwiczenia i konsekwencja zrobiły swoje. Obecnie jestem miesiąc po porodzie i ważę 4 kg mniej niż przed ciążą. Wiem, że wszystko można, a sama nie znam nikogo, kto byłby gruby, bo chory.
Wyjazd za granicę. Chęć zmiany swojego życia. Praca, miłość, dziecko. Myślałam, że uda mi się uciec od przeszłości. Od ciągłych awantur z ojcem alkoholikiem. Od cierpienia, które przeżywałam każdego dnia, patrząc na łzy mojej mamy. Nie mogłam nic zrobić, moje prośby, błaganie, żeby zerwał z nałogiem były bez skutku. To uczucie bezsilności i załamania towarzyszyło mi przez całe dzieciństwo. Wracając ze szkoły do domu, modliłam się, żeby tata chociaż dziś był trzeźwy. To uczucie wstydu, kiedy koleżanki śmiały się z pijanego ojca leżącego w rowie... Zaczęłam go nienawidzić, chociaż ciągle go kochałam i wiedziałam, że zrobiłby dla mnie wszystko. Niestety, dla alkoholu jeszcze więcej... Ale poznałam M. i zakochałam się na zabój. Był przeciwieństwem obrazu wzorca mężczyzny, jaki wyniosłam z domu. Dobroduszny, opiekuńczy i co najważniejsze – bez nałogów. Nieplanowana ciąża, ale i wielka radość. Przecież mój ukochany mnie nigdy nie zawiedzie... I przypadkowo przeczytany SMS do niego, którego treści wolałabym nigdy nie poznać. On bierze amfę. Wcześniej też to robił, nawet handlował tym gównem. Konkluzja? Teraz mieszkam z małym dzieckiem za granicą, z partnerem ćpunem i strachem o moją mamę żyjącą z alkoholikiem.
Kocham ich obu i nienawidzę jednocześnie. Bo wiem, że zrobiliby dla mnie wszystko. Ale dla używek jeszcze więcej...
Historia rozpoczyna się, gdy chodziłem jeszcze do przedszkola. Zawsze gdy nadchodziły ferie zimowe czy też wakacje, to rodzice najczęściej zawozili mnie do dziadków, gdzie zawsze czekał na mnie mój kuzyn.
Bardzo lubiliśmy się ze sobą bawić. U dziadków były duże plastikowe klocki (nie LEGO), a mój kuzyn często przywoził kolejkę. Pamiętam, że zabawa w budowanie mostu pomiędzy dwoma regałami czy też robienie tunelu nigdy nam się nie nudziły. Do czasu, gdy nastała nuda, kiedy pewnego razu kuzyn nie przywiózł kolejki. Szukaliśmy więc innej zabawy. Graliśmy w karty, chińczyka, warcaby, ale i to nam się szybko nudziło.
Wpadłem więc na pewien dziwny pomysł.
Dla jasności – mój kuzyn jest ode mnie starszy o jakieś 4 lata (wtedy był w podstawówce), więc mógł się nie zgodzić na moją zabawę, ale jednak to zrobiliśmy.
U dziadków nie było tak, że kąpaliśmy się osobno. Babcia wolała wykąpać nas razem, z racji oszczędności wody. To właśnie wtedy zaczął przychodzić mi ten pomysł.
Zanim poszliśmy spać, spytałem kuzyna, czy pobawimy się w nocy w szalonego doktora, który sprawdza pacjenta. Wtedy to spytał się mnie, co mu będę sprawdzać. Niewiele myśląc odpowiedziałem mu: „Sprawdzę, jak często pierdzisz”. Omówiliśmy jeszcze przebieg badania i już wszystko było gotowe.
No i się stało. Ja pod kołdrą z włączoną latarką z nosem przy jego rowie (oczywiście odsłoniłem mu księżyc dla lepszego efektu badań). Co chwila pytałem: „Pierdłeś już?” lub też oznajmiałem, że nic nie czuć. Kiedy on mi oznajmiał, że zaraz włączy gaz, to kierowałem latarkę na otwór, by zobaczyć, jak się otwiera (czy w ogóle tak się dzieje). Później zrobiliśmy eksperyment, jak długo wytrzymam z nosem w jego rowie z włączonym gazem.
Cóż, nie mogę uwierzyć, że się tak bawiliśmy. Na szczęście później nie wracaliśmy do tego.
Ciekawe, czy on ma to jeszcze gdzieś w swojej świadomości?
Na ostatniej lekcji religii ksiądz zadał mojej klasie zadanie domowe – napisać, czemu posiadanie nieślubnego dziecka jest ciężkim grzechem. Niby nic trudnego – przez wcześniejsze czterdzieści minut rowodził się nad tym, jak to takie rodziny powinno się tępić i wykluczyć z grupy chrześcijan, więc odpowiedzi mieliśmy podane jak na tacy.
Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że moi rodzice nie mają ślubu, a ja przez całe zajęcia siedziałam spięta jak na tureckim kazaniu...
Za czasów studenckich, aby sobie dorobić, postanowiłem sprzedawać własnoręcznie kręcone fajki.
Mieszkałem w akademiku, gdzie wszyscy się znali i każdy wiedział do jakiego pokoju po co iść. Miałem zaufanie do moich znajomych z segmentu, więc często zdarzało się, że nie zamykałem pokoju wychodząc gdzieś na przysłowiowe pięć minut.
Po jakimś miesiącu zauważyłem, że znikają mi fajki, a hajs się nie zgadza... ktoś je po prostu kradnie (zawsze miałem nakręcone więcej). Przyczaiłem kolegę, który brał jak swoje fajki, które posiadałem na sprzedaż. Postanowiłem się zemścić i ukręciłem najbardziej zbitego i obrzydliwego papierosa. Pomagało mi dwóch przyjaciół i tak w skład tego zacnego fajka wchodził: tytoń, koza z nosa, włosy łonowe, paznokieć, włosy z nosa, „ostatnia kropelka”, „ukulaniec” z pępka i na koniec kolega przetarł ustnikiem po swoich gołych czterech literach... Teraz wystarczyło czekać.
Po dwóch dniach zauważyłem, że tego „giganta” nie ma, uradowany poinformowałem przyjaciela. Okazało się, że kolega wziął tego szluga przy nim i po raz pierwszy zapłacił. Zapłacił też za wcześniejsze fajki... po czym odpalił papierosa.
Nie mógł uciągnąć tego fajka samemu, więc stojąc z innymi ludźmi, zaczęli palić po „studencku”, czyli trzy buchy i podaje dalej... Tym fajkiem napaliło się sześć osób...
Do dziś nikt poza naszą trójką nie wie, co było w środku, a mnie dręczą wyrzuty sumienia, iż ucierpiały niewinne osoby.
Dodaj anonimowe wyznanie