#TNp2H

Mój prawie były mąż kończył w styczniu 32 lata. Chciałam sprawić mu przyjemność. Przez rok odkładałam pieniądze, aby zabrać go na romantyczny wyjazd do Szwajcarii. Tuż przed urodzinami szukałam biletów, miejsc, które zwiedzimy i idealnego hotelu. Dodatkowo chciałam kupić zegarek, o którym marzył.

Tydzień przed niespodzianką mąż wybrał się z kolegami na piwo. Następnego dnia stwierdził, że on jeszcze woli wyszaleć się z kolegami niż być ze mną i odchodzi. Zostawił mnie i rocznego synka. Zupełnie stracił głowę i zadaje się z osobami dwa razy młodszymi od siebie.

Ja za zaoszczędzone pieniądze wybieram się z synkiem na wakacje i zaczynam nowy etap w życiu.

#s5K7h

Mam 16 lat i właśnie ukończyłem gimnazjum. W pierwszym tygodniu wakacji udałem się na pewien wyjazd, gdzie pomimo że byłem uczestnikiem, to też opiekowałem się grupą - wiecie, opieka na chłopakami, aby nie rozwalili całego ośrodka i się nie pogubili.
Jako że moja grupa to sami najmniejsi - średnio 10 lat - wieczorem miła rozmowa, bajka i wszyscy spali. Nie mogłem narzekać, gdyż byli jednymi z najgrzeczniejszych. Pewnego wieczoru - 4 dnia - jeden z chłopaków przed samym snem poprosił mnie o szczerą rozmowę... Chociaż byłem bardzo zmieszany - 10-latek chciał porozmawiać szczerze z kimś o 6 lat starszym - to jednak się zgodziłem. Wtedy wszystko się zmieniło.
Opowiedział mi o tym, że jest mocno chory na serce (od początku wyjazdu pielęgniarka podawała mu bardzo dużo leków, których stosowanie wytłumaczyli jej rodzice), co sprawia mu wiele przykrości w życiu codziennym - szybkie męczenie się, liczne zabiegi i brak cierpliwości ze strony innych, co skutkuje brakiem uśmiechu. Powiedział mi, ze łzami w oczach, że chciałby być jak wszyscy - szczęśliwy i uśmiechnięty. Po godzinnej rozmowie odprowadziłem go do pokoju, popilnowałem, aby zasnął i wróciłem do swojego pokoju. Do teraz nie potrafię opisać emocji, które mi towarzyszyły... Postanowiłem jedno: On musi być szczęśliwym i JA mu w tym pomogę!
Minęły już prawie 3 tygodnie od tego wyjazdu i za sukces mogę uznać to, że były chyba tylko 2 dni, kiedy się z nim nie widziałem. Poświęcam mu każdą wolna chwilę. Gram z nim w planszówki, jeżdżę na rowerze, uczę gry na instrumencie, organizuję spotkania z ciekawymi osobami z mojego miasta [jego idolami] i wychodzę na dwór.

Pomimo dobrej zabawy, muszę uważać na jego chore serce, ale otrzymuję za to najwspanialszą zapłatę - widok, jak się uśmiecha i cieszy!

Przyznam się szczerze, że przed nami 3 tygodnie przerwy (najpierw ja wyjeżdżam na wakacje, a potem on) i na samą myśl, przenika mnie coś czego nie da się opisać - mianowicie - brak poczucia, że będę powodem czyjegoś uśmiechu.

Większość moich przyjaciół - moich rówieśników - pomaga mi i wspiera mnie w tym, co robię, lecz są też przeciwnicy, którzy uważają, że tracę czas dla jakiegoś dziecka.... a może ja po prostu lubię sprawiać innym radość i wciąż czekam, aż znajdę prawdziwego przyjaciela, który tak jak ten 10-latek sprawi, że będę czuł się szczęśliwy?

#6Fa6p

Muszę wam opowiedzieć pewną historię, bo sama nie wierzyłam, że takie rzeczy się zdarzają. Pracuję w laboratorium diagnostycznym. Jakiś czas temu przyszedł na badania młody mężczyzna, potem co chwila wracał i robił nowe i nowe badania. Rzucał się w oczy ilością badań (głównie na choroby weneryczne) oraz szczególnym zachowaniem (był bardzo nerwowy i zestresowany). Stwierdziłyśmy, że jest typowym hipochondrykiem i trochę się z niego podśmiewałyśmy.

Kiedy byłam sama na rannej zmianie, przyszedł i bardzo długo czaił się, żeby podejść do okienka. Gdy w końcu nikogo oprócz nas nie było, podszedł i poprosił o badania na wirus HIV. Żal mi się go zrobiło, bo i tak zostawił u nas kupę kasy (wszystkie badania prywatnie robił), więc mu tłumaczę, że tu i tu jest miejsce, gdzie za darmo i anonimowo można wykonać takie badania, oraz że od sytuacji, w której mogło dojść do zarażenia musi minąć 3 miesiące, by taki test mógł go wykluczyć. Nagle on rozpłakał się jak małe dziecko, a ja nie wiedziałam co zrobić. Opowiedział, że gdy wracał z imprezy, zaczepiło go dwóch facetów, którzy stali przy samochodzie. Pogadali, pośmiali się, zaproponowali, żeby wypił z nimi piwo, a on się zgodził. Obudził się kompletnie bez pamięci nad ranem w lasie. Był nagi, bardzo obolały, a ubrania leżały porozrzucane obok niego.

Długo nie mogłam wyjść z szoku. Czy jesteś kobietą, czy mężczyzną - uważaj na siebie. Psycholi nie brakuje na tym świecie...

#LLIqj

Dawno, dawno temu moja mama poznała mężczyznę, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zeszli się bardzo szybko, a rok później byli po ślubie. Dwa lata później urodziłem się ja - mały, uroczy bobas. Rodzie byli wniebowzięci, rodziny obu stron przeszczęśliwe. Ja byłem zadowolony, dopóki zmieniali mi pieluchy i dawali jeść. Sielanka trwała kilka lat, jednak kiedy miałem jakieś 6 lat, zaczęło się bicie mnie i mamy, wyzwiska, kłamstwa. Ojciec zadłużał się u znajomych, brał pożyczki, tylko po to, żeby zaraz przepuścić pieniądze; nadal nikt nie wie co z nimi robił. Przez niego nie wystarczało nam na życie, chociaż on i mama pracowali. Kiedy mama skarżyła się rodzinie, słyszała tylko "przesadzasz", "musi jakoś odreagować stres", "przecież to dobry facet". W końcu nie wytrzymała, zabrała najważniejsze rzeczy, mnie i wyniosła się od ojca.

Zamieszkaliśmy u jej znajomej. Niedługo potem mama znalazła malutkie mieszkanie na wynajem i żyliśmy "na swoim". Za namową owej znajomej, wniosła pozew o rozwód. Rodzina wieszała na nas psy, bo jak to tak, rodzinę rozbijać, takiego dobrego męża zostawiać. Uznali nas za niewdzięczników i odwrócili się. W moje 7 urodziny zwolnili mamę z pracy. Załamała się, bezustannie szukała nowej, ale bez skutku. Coraz bardziej zadłużała się u znajomych. W pewnym momencie zaczęła przyprowadzać do domu mężczyzn. Najczęściej zamykali się w jej pokoju, wtedy kazała mi iść do siebie i nie wychodzić. Kilka razy podejrzałem, że wychodząc dają jej pieniądze. Żyliśmy dobrze, zawsze na wszystko wystarczało, dostawałem co tylko chciałem, udało się pospłacać długi, a co roku wyjeżdżaliśmy na wakacje. Wtedy nie rozumiałem co się dzieje, cieszyłem się, że dobrze nam się wiedzie. Ale sytuacja trwała, a ja dorastałem.

W wieku 11-12 lat dotarło do mnie - moja mama jest prostytutką. Wiedziałem co to znaczy i nie chciałem tego. Pamiętam, jak siedziałem w swoim pokoju płacząc. Mama usiadła obok mnie i zapytała co się stało. Zapytałem wtedy dlaczego mnie nie kocha i uprawia seks za pieniądze. Ona też się rozpłakała, cały czas powtarzała, że mnie kocha i nie chciała tego robić, ale musiała, żebyśmy mieli za co żyć. Chciałem, żeby to rzuciła, prosiłem ją o to, a ona obiecała, że to zrobi. Następnego dnia zaczęła szukać pracy. Niedługo później pracowała już w sklepie. Nie pozwalaliśmy sobie na tyle co wcześniej, ale wystarczało na opłaty i życie. Mama zostawiła poprzedni "zawód", odżyła, częściej się uśmiechała.

Teraz żyje z mężczyzną, który zaakceptował jej przeszłość, chociaż nie było mu łatwo. Są razem szczęśliwi, a ja, cóż, staram się nie myśleć o tym, że moja matka była prostytutką.

#A5MUu

To co tutaj napiszę całkowicie opisze moje dotychczasowe życie od tak dawna, jak tylko pamiętam, aż do dnia, w którym to piszę i z olbrzymim prawdopodobieństwem, że nawet poza ten dzień.
Gdy to piszę, mam 36 lat. A można powiedzieć, że całe życie jestem całkiem sam. Co z tego, że miałem rodziców i dziadków. Ojciec alkoholik przypominał sobie o moim istnieniu tylko pod wpływem. Obiecywał wtedy różne rzeczy, których nigdy nie spełnił, a ja jako dziecko wierzyłem. Z matką było gorzej. Nigdy ze mną nie rozmawiała tak po prostu. Odzywała się, a dokładniej wrzeszczała, jak miałem słabe oceny, myśląc, że to zmobilizuje mnie do lepszych ocen. Nigdy w życiu nie dostałem nawet życzeń na święta czy urodziny. Te okazje wykorzystywane były, żeby kupić mi ubranie, co i tak robiła w ciągu roku kilka razy. W szkole od pierwszej klasy byłem kozłem ofiarnym, nad którym wiele osób się znęcało. Bicie, wyzwiska, poniżanie. Ci, którzy byli neutralni, trzymali się na dystans, żeby nie dostali rykoszetem. W czasach szkoły nie miałem żadnych kolegów ani koleżanek. Od podstawówki aż do ostatniego dnia technikum. Dziewczyny unikały mnie na potęgę, dopóki nie dostałem dobrej pracy w branży, którą lubię. Chociaż tam też kierownik oznajmiał wszystkim, że się do niczego nie nadaję. Jak były podwyżki, zawsze byłem na samym końcu listy i zawsze dostawałem najmniej. W swoim życiu miałem tylko jedna dziewczynę, z którą mam dziecko. Wszystko było dobrze, dopóki zarobki drastycznie nie spadły. Dwa lata szukania dodatkowej pracy nic nie dały. Nigdzie mnie nie chcieli. Dziewczyna zaczęła żyć własnym życiem i spotykać się z innymi, ja zostałem z alimentami i niespłaconym kredytem. Jestem sam od 2018 r. Żadna dziewczyna mnie nie chce. Myślcie co chcecie, ale teraz każda, z którą uda mi się spotkać, bardzo bezpośrednio i dosadnie daje mi do zrozumienia, że bez pieniędzy jestem nikim. Ledwo wystarcza mi na życie, nie wyjeżdżam na wakacje, nie mogę jeść tego, na co mam ochotę. Mając 36 lat, nadal mieszkam w domu rodzinnym. Nigdy nie miałem zdolności kredytowej na własne mieszkanie. W oczach innych jestem nikim. Kompletnie nie wiem o czym rozmawiać z ludźmi, kolegów i koleżanek nadal nie mam, nawet rodzina ma mnie gdzieś... Czasem widuję swoich oprawców z dzieciństwa i nie, karma nie wraca. Mają rodziny, jeżdżą dobrymi samochodami pomimo różnych krążących na ich temat plotek o konflikcie z prawem (pobicia, gwałty itp.). Jedyny plus tego, że mnie nie poznają i nie muszę z nimi zamieniać słowa, gdyby mnie zaczepili...

#Tz4Xx

W lipcu 2013 mój dziadek będący ojcem mojej mamy, wujka i dwóch ciotek zmarł w wieku 64 lat. Miałem wtedy 7 lat i przygotowywałem się do rozpoczęcia nauki w 1 klasie szkoły podstawowej. Do dziś pamiętam, jak moja mama na wieść o śmierci dziadka zalała się łzami. Jako kilkuletnie dziecko pamiętam dziadka jako zawsze ciepłego, życzliwego, spokojnego i pełnego kultury człowieka. Jednak prawda o moim dziadku była zupełnie inna. I to jeszcze na długo przed moim przyjściem na świat. Ale po kolei...

Dziadek poślubił moją babcię w 1970 roku. Rok później na świat przyszło ich pierwsze dziecko – moja ciocia. W 1977 na świat przyszło ich drugie dziecko – mój wujek. 10 lat później, w 1987, na świat przyszła moja mama, a kolejne 10 lat później ich ostatnie dziecko – moja ciocia.

Po ślubie dziadka i babci, z biegiem czasu, babcia z dziećmi coraz bardziej mieli krzyż pański z dziadkiem. Głównie dlatego, że dziadek bardzo lubił imprezować, zwłaszcza gdy rodzina przyjeżdżała do nich w gości. Przede wszystkim lubił się upijać, nie stronił od alkoholu, pod którego wpływem bardzo często robił karczemne awantury o byle co i dręczył psychicznie swoje dzieci i babcię, która do dziś pamięta, jak razem z dziećmi uciekała przed dziadkiem z domu i sypiali u sąsiadów. Dochodziło nawet do przemocy fizycznej. Najbardziej doświadczał jej mój wujek. Moja mama do dziś pamięta, jak gdy miała 3-5 lat, dziadek przy akompaniamencie krzyków (aż cały dom dudnił) bił wujka na oczach jej i babci, jak rozwścieczony ganiał go po całym domu, jak łapał go za fraki i rzucał nim o ziemię.

Nadszedł dzień, w którym po prawie 30 latach fizycznego i psychicznego dręczenia babci i swoich dzieci, Bóg pokarał dziadka. W lutym 1998 dziadek dostał zawału serca. Dziadek przeżył, ale już dożywotnio został przykuty do wózka inwalidzkiego oraz zdany na opiekę najbliższych. Od tamtej pory dziadek już nigdy nie spożył alkoholu i stał się życzliwym i spokojnym człowiekiem. Niestety, zachowanie dziadka przed jego zawałem negatywnie odbiło się na jego dzieciach i mojej babci.

Wujek ożenił się, obecnie ma 5 dzieci, ale po ponad 15 latach małżeństwa żona wyrzuciła go z domu i rozwiodła się z nim. Powód? Alkoholizm, awantury i dręczenie rodziny.

Najstarsza córka dziadka i niestety moja mama rozchorowały się psychicznie.

Najmłodsza córka dziadka jako jedyna nie doświadczyła tej całej patologii i jako jedyna z potomstwa dziadka wiedzie godne i szczęśliwe życie. Gdy dziadek dostał zawału, ona miała tylko 3 miesiące. Była wzorową uczennicą, po ukończeniu liceum i zdaniu matury wyprowadziła się do Niemiec, wyszła za mąż, wychowuje dwójkę dzieci i pracuje jako pielęgniarka.

Do czego zmierzam, pisząc tę historię? Niestety, jeden patologiczny członek rodziny wystarczy, żeby skutecznie zatruć i zdemoralizować jej resztę.

#Io5CH

Od wielu lat czytam anonimowe na JoeMonster. Przeważają negatywne. No i narastało, narastało i narastało we mnie, żeby przełamać trend i napisać coś dobrego. W końcu dziś przełamałem się :)

Siedzę właśnie obok mojego dziecka, które próbuje zasnąć, obok w pokoju żona tuli drugie. I jestem spełniony :)

A wcale nie musiało tak być. Pochodzę z patologicznego domu, byłem bity, poniżany, niezrozumiany, bez poczucia własnej wartości. W szkole znęcali się nade mną, a w grupie nigdy nie potrafiłem nawiązać zdrowych relacji. Dziesięć lat temu w zawodzie o wąskiej specjalizacji, sfrustrowany realiami, rzuciłem szefowi wypowiedzeniem dodając na odchodne, że jest d....em. Moje finanse były w rozsypce. Z żoną się nie układało. Mieszkaliśmy w slumsach. Byłem rozgoryczony i wściekły.

Zawsze jednak byliśmy z żoną we wszystkim razem, a niedaleko była wspierająca teściowa. Stopniowo dzień po dniu układaliśmy sobie życie, choć nie było łatwo. Postanowiłem też rzucić mój poprzedni zawód i zostałem programistą. Stopniowo doskonaliłem się i zmieniałem zatrudnienie. Dziś jestem na intrantnym zagranicznym kontrakcie. Spłaciliśmy kredyt hipoteczny, zbieramy gotówkę na dom. Powróciłem do dziecięcych zainteresowań i całkowicie wymieniłem towarzystwo wokół siebie. Przepracowałem swoje dziecięce traumy - nauczyłem się rozmawiać o uczuciach, doceniać potrzeby swoje i innych. Dobrze czujemy się w naszym rodzinnym gronie, a praca zdalna powoduje, że przy mniejszym obciążeniu wolny czas mogę poświęcić rodzinie. Równolegle rozwijam swoje zainteresowania i prowadzę o nich kanały na mediach społecznościowych.

Siedzę zatem obok mojego dziecka, które umila sobie autkiem chwile przed zaśnięciem. I naprawdę kocham to życie :)

P.S. Jeśli to okaże się ciekawe, to napiszę więcej. Dobrego wieczoru!

#1FbXm

Miało to miejsce jak byłam w pierwszej lub w drugiej klasie szkoły podstawowej. Mieliśmy zajęcia i czytaliśmy wspólnie wierszyk „Katechizm polskiego dziecka” (Kto ty jesteś? Polak mały...). Siedzieliśmy po dwie osoby w ławce i każda ławka miała przeczytać jedną linijkę wierszyka. Jedna osoba czytała pytanie, druga odpowiedź.
Jako dziecko mało bystre, nie policzyłam sobie jaka linijka przypadnie mojej ławce, przez co nie przygotowałam się do mojej kolejki. Czekałam jedynie i śledziłam tekst. Kiedy nadeszła nasza kolej, okazało się, że mojej ławce przyszło czytać fragment: „Czym zdobyta? Krwią i blizną”. Ja miałam przeczytać drugą część, czyli „Krwią i blizną”. 
Wiadomo, jak to u 7- czy 8-latka, czytanie nie należało do najłatwiejszych zadań. Kiedy przyszedł mój czas, odczytałam swój tekst, ale niestety coś mi się literki pozmieniały i zamiast „krwią i blizną”, przeczytałam „krwią i BIELIZNĄ”. Cała klasa zaczęła się śmiać, a ja nie wiedziałam dlaczego. A jako że byłam strasznie wrażliwym dzieckiem, zaczęłam po prostu płakać.

Do tej pory za każdym razem jak trafiam na ten wierszyk, przypomina mi się tamta sytuacja i chyba do końca życia zapamiętam, że Polska została zdobyta krwią i blizną, a nie bielizną...

#HEv3i

Będąc jeszcze w gimnazjum, nosiłam zdejmowany aparat na zęby. Zakładałam go tylko na noc. Na wakacje pojechaliśmy z rodzicami na Mazury, na łódkę – czyli mycie w jeziorze, załatwianie potrzeb w lesie itd. Pewnego dnia w trakcie mycia zębów aparat zsunął mi się z pokładu do jeziora. Cała spanikowana, nie myśląc za wiele, wskoczyłam do wody w piżamie i okularach. Nurkowałam kilka ładnych minut w poszukiwaniu zguby, bo to w końcu parę stów. Na szczęście było tam dosyć płytko, a aparat upadł na jakieś kamienie. Ucieszona i mokra od stóp do głów wlazłam na pokład. Na moje nieszczęście akurat obudzili się rodzice. Patrzyli na mnie zdumieni i w końcu zapytali: „Co ty robisz?”. Bez namysłu odpowiedziałam: „Prałam sobie ciuchy”.

Uwierzyli :)

#crg9J

Byłam na mieście z siostrą. Ona miała jeszcze coś do załatwienia w swojej pracy. Jest to nieduża firma, z małym parkingiem, który jest zamykany szlabanem. Obok stoi słup z domofonem. Pomyślałam, że poczekam na nią, no i tak sobie spacerowałam przed budynkiem, ludzie kończący pracę już wyjeżdżali. Jeden samochód zatrzymał się przed szlabanem i kierowca zapytał przez okno, czy mogłabym zadzwonić domofonem w celu otworzenia szlabanu. OK, będę pomocna. Naciskam przycisk i nic. Kolejny raz, znów nic. I kolejny... Kierowca w końcu wyszedł auta z uśmiechem i podszedł do innego słupa. Tego z domofonem. Okazało się, że naciskałam „przycisk” na tylnej części skrzynki pocztowej...
Dodaj anonimowe wyznanie