#RKPIU

Historia miała miejsce wiele lat do tyłu, gdy chodziłam do pierwszej lub drugiej klasy podstawowej.
Była przerwa, więc poszłam do toalety szkolnej. W środku była cisza, więc uznałam, że nikogo nie ma. Weszłam do pierwszej lepszej toalety i co zobaczyłam... Moją wychowawczynię, która cisnęła klocka... Jej miny nigdy nie zapomnę, wkurzona na mnie, coś pod nosem zaczęła przeklinać i trzasnęła drzwiami. Ja w wielkim szoku poszłam do toalety obok. Jak już spuszczałam wodę, słyszałam, jak szybko wyleciała na korytarz, zamykając głośnym hukiem drzwi. Wyszłam z toalety i poszłam umyć ręce. Podeszłam do głównych drzwi wyjściowych, łapię za klamkę, a drzwi były zamknięte na klucz! Trochę spanikowałam i nie wiedziałam co mam robić, więc krzyknęłam i zapukałam w drzwi. Ale była jeszcze przerwa, więc chyba nikt nie słyszał. Zadzwonił dzwonek, a ja czekam i czekam... Po 10 minutach przyszła i ona. Otworzyła mi drzwi i z szyderczym uśmiechem popchała mnie do wyjścia. Ani ja, ani ona nic nie powiedziałyśmy. 
Później bałam się chodzić sama do łazienki szkolnej. Ale widoku tej jędzy na kiblu nigdy nie zapomnę :D

#ORls5

Parę lat temu, kiedy w zimie mieliśmy te magiczne -25 stopni (to były czasy!) oraz tonę śniegu na podwórku, wracałam sobie z uczelni. Pierwszy rok na wymarzonej uczelni w Krakowie (piękne miasto, często za nim tęsknię). Czekam na tramwaj od jakiejś godziny, z powodu tak niskiej temperatury była jakaś awaria. Modląc się w trakcie zamarzania, marzyłam tylko o ciepłej herbacie, którą wypiję od razu po przyjeździe do domu. Po dłuższej chwili oczom mym ukazał się zbawca wybawiciel – tramwaj. JEDZIE! Bogu dzięki! Wsiadam niczego nieświadoma. Po jakichś 10 minutach zauważam wzrok innych pasażerów, chichotanie oraz wytykanie palcami. Zastanawiałam się, co jest, do cholery... Przecież nic nie zrobiłam, ubrana też jestem normalnie... pewnie się im nudzi. Włączyłam więc sobie muzyczkę i słucham zadowolona. 
Po około 20 minutach dojechałam na swój przystanek, wracam szybciutko do swojego gniazdka, myśląc o herbatce i łóżeczku. Wchodzę do mieszkania (zaraz naprzeciwko drzwi mieliśmy duże lustro) i co widzę? Twarz jak z horroru, dosłownie... Jakby ktoś konkretnie postarał się zrobić na mojej gębie jakiś potworny makijaż. Współlokatorka aż kwiczała ze śmiechu. 
Co się okazało? Podczas czekania na ten nieszczęsny tramwaj rzęsy (które miałam dość konkretnie wytuszowane) pokrył szron.. Wszystko zaczęło niestety przy wysokiej temperaturze w tramwaju topnieć. Tak że tego... Tak właśnie zyskałam przydomek „topniejąca twarz”.

#n3khS

Mam 29 lat, za chwilę ślub, normalne życie.
Otoczenie zaczyna standardowo dogadywać: „No kochani, już powoli zacznijcie myśleć o dzieciach, a nie tylko następne zwierzęta przygarniacie, tylko te wasze koty, gryzonie i inne... a czas ucieka”.

Jasne! Kiedyś miałam parcie na ciążę, bo koleżanki już mają dzieci, bo ze sobą plotkują o ciuszkach, kupkach, zabawkach. A teraz? Nie wiem, czy będę chciała mieć dzieci. Z jednego powodu – nie wiem, czy kiedykolwiek będzie mnie na nie stać! I nie chodzi tu tylko o to, że nie będę miała na pieluchy czy zabawki. Nie rozumiem, jak niektórzy ludzie decydują się na dzieci, wiedząc, że nie mają żadnego porządnego startu dla tego malucha! Mieszkania, stabilizacji... W wynajmowanej klitce, bez ślubu albo po ślubie na szybko, bez pracy lub z pracą za średnią kasę, która sprawia, że żyją od pierwszego do pierwszego z przeświadczeniem, że państwo da kasę i jakoś to będzie, że rodziny pomogą, że za darmo w necie dostaną... Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Bez oszczędności i pewnego zabezpieczenia finansowego i socjalnego, a także siebie na macierzyńskim, gdzie mój mąż będzie sobie żyły wypruwał w robocie, bo ja na macierzyńskim z minimalnymi pieniędzmi będę musiała siedzieć w domu z dzieckiem, zastanawiając się, jak to wszystko ogarnąć, z mizernym budżetem, by zapewnić dziecku, które trzeba odpowiednio karmić, ubrać, leczyć itd. odpowiednią opiekę. Mieszkam za granicą, pracę mam dobrą, mój partner też. Pieniędzy mamy tak akurat na to, by żyć, spłacić raty, opłaty, trochę odłożyć i minimalnie korzystać z życia. Ale gdybym teraz miała zajść w ciążę, wszystko by się rozpadło, bo zwyczajnie nie mamy pieniędzy na zapewnienie następnemu człowiekowi godnych warunków.
Dlatego też kontakty z koleżankami się pourywały, bo zwyczajnie nie chce mi się słuchać non stop o tym, co latorośl zrobiła, namalowała, zjadła. Albo jeszcze lepiej: nie chcę słuchać o tym, jak to 800 zł ratuje ich tak strasznie, że bez tych pieniędzy nie przeżyliby z miesiąca na miesiąc!

Nie czuję się gotowa na wzięcie odpowiedzialności za małego człowieka.
A co do zwierząt?
Owszem. Chcę po ślubie jeszcze adoptować psa.

A jeżeli padną tu oskarżenia, że jestem dusigroszem, wybrakowaną kobietą, bo przecież dziecko to najpiękniejsza rzecz w życiu prawdziwej kobiety, czy po prostu ktoś powie, że pewnie nigdy nie zajmowałam się dzieckiem, z góry mówię: doświadczenie z dziećmi mam, a o kobiecości nie świadczy ilość porodów, ale odpowiedzialność za swoje czyny!
Paranoja związana z rodzeniem jest dla mnie odrażająca.

#UJ97r

Mniej więcej w połowie podstawówki szkolna nauka zaczęła mnie nudzić i wolałem czytać książki historyczne z przepastnej biblioteki moich rodziców. No i wyczytałem tam, że w średniowieczu kastrowano młodych śpiewaków, żeby do końca życia zachowali piękny, dziecięcy głos. No i jak to dzieciak, opowiedziałem o tym na przerwie i próbowałem podpuścić kilku kolegów, żeby zapytali naszej pani od muzyki (bardzo wstydliwej zresztą), czy to prawda. Żaden kolega się nie odważył i wyglądało, że to koniec tematu, gdyby nie to, że jednego ucznia rodzice zapisali do prestiżowego chóru chłopięcego. Oczywiście zaraz mu opowiedzieliśmy o tym, co wyczytałem w książce. Kolega tak się przeraził, że zanim dotarł do domu, zrobił kupę w spodnie. 
Wyobraźcie sobie taką sytuację – smród potworny, nikt nie wie, co się dzieje, a kolega z płaczem prosi rodziców, żeby go wypisali z chóru. 
Wszystko się wydało, wybuchła potężna awantura i od tej pory rodzice bardziej się zainteresowali tym, jakie lektury sobie dobieram.

#t70ak

Kolega w pracy opowiadał, jak w trakcie rozwodu jego żona wywalczyła prawo do jego mieszkania. Gdy przychodził do domu, krzyczała na cały blok, że mąż ją bije i wybiegała na klatkę schodową, prosząc, by sąsiedzi dzwonili na policję, a policja go zabierała na dołek. Po paru takich razach bał się przyjść do domu, a ona zmieniła zamki, mówiąc, że się go boi, więc mieszkał na działce. Ostatecznie odebrała mu jego mieszkanie (dzieci nie mieli). Taka to była fajna pani.

#R3zPf

Mam wrażenie, że wszyscy się na mnie uwzięli. Krytykują mnie za to samo, co innym są w stanie wybaczyć albo nie zwracają uwagi u innych. Zanim powiecie, że przesadzam, przeczytajcie do końca.
Przedstawię wam kilka sytuacji z mojego życia:
1. Ostatnio pracowałem sobie w wakacje, wiadomo, trzeba zarobić, żeby potem móc się skupić na studiach. Jednym z zadań było wkładanie mleka do kartonu na taśmie. Wiecie jak to jest na taśmie, niełatwo jest ułożyć trzy mleka w odpowiedni sposób, jeszcze samemu je wyjmując z folii. Co słyszałem? „Nikt tu dla ciebie nie przychodzi”, „Nikt na ciebie czekał nie będzie”. Nie miałbym problemu, gdyby nie to, że następnego dnia gdy inny pracownik miał taki problem, to normalnie sobie zatrzymywał taśmę i nikt mu nawet słowa nie powiedział.
2. Siedziałem sobie w tramwaju i cichutko oglądałem tiktoki. Nagle słyszę od pasażera, który dosłownie nade mną stał: „Czy my musimy tego słuchać?”. Na litość boską, przecież on i tak stał, więc mógł pójść w inne miejsce. Takich samych uwag nie słyszę, gdy młodzież słucha głośno muzyki.
3. Raz zachorowałem i nie mogłem przyjść na prezentację grupową, ale wysłałem notatki mojej grupie, żeby przeczytali moją część. No i znowu w poprzednich latach były takie sytuacje, że osoby nie mogły przyjść, i to z różnych powodów, no i nikt im złego słowa nie powiedział. Ja natomiast usłyszałem: „Żartujesz sobie?”, „Dopiero mówisz?”, „Ja choruję od tygodnia, a jestem” i to od osoby, która też wiele razy zawalała.
4. Jeszcze w szkole to tylko do mnie przypieprz, że gadam z kolegą, a innym bardzo rzadko nauczyciele zwracali uwagę, a też słyszałem, że rozmawiają.
5. Jak byłem statystą i usiadłem na ławce, to opieprz od ochroniarza, że tu tylko dla ekipy, a za chwilę trzech statystów sobie usiadło, no to ja też. Ochroniarz przechodził i słowem się nie odezwał. No kurde!

Takich sytuacji jest wiele, ale ogranicza mnie limit znaków. Jeśli chcecie mogę napisać w komentarzach

O co tutaj chodzi? Czy ktoś też ma takie poczucie? Może ja po prostu jestem łatwym celem? Jestem średniego wzrostu, 180 cm, i raczej chudym chłopakiem, poza tym wyglądam na młodszego niż w rzeczywistości. Może to jest powód, dla którego każdy się na mnie wyżywa, a innym złego słowa nie mówią?

#TWOda

Od urodzenia miałam niską temperaturę ciała. 34,7 stopni C. Od dziecka jestem też bardzo podatna na choroby.
Za każdym razem, jak w szkole czułam się źle i szłam do pielęgniarki, sprawdzano mi temperaturę. „36,8 stopni to nic wielkiego, pewnie udajesz”. No cóż, nie udawałam. W moim wypadku to jest już gorączka. Zawsze czułam się z tego powodu w jakiś mały sposób skrzywdzona, bo z dorosłych nikt nigdy mi nie wierzył, że faktycznie mam tak niską temperaturę ciała.
Działało dopiero gdy szkoła dzwoniła do moich rodziców, bo „symuluje i nie chce iść na lekcje”. Gdy mama mówiła, że przy 37 stopniach zaczynam widzieć pająki na ścianach, dopiero wtedy pielęgniarka zaczynała naokoło mnie skakać.

Jeszcze nikt w życiu nie przeprosił mnie za to, że nazwał mnie kłamczuchą i symulującą małpą. :)

#azeyK

Żyję w innej rzeczywistości.
Mam 15 lat i nie potrafię żyć jak inni. Gdy moi rówieśnicy mają różne zainteresowania, to ja wracam do domu, włączam komputer i no właśnie...
Tworzę sobie alternatywne życie. Szukam pracy, otwieram kalkulator, a potem szukam mieszkania, które byłoby zgodne z budżetem. Szukam mebli, wybieram samochód, a nawet czasami „robię” zakupy spożywcze online. To wszystko oczywiście zgodnie z budżetem. Wyobrażam sobie siebie i swoje gorsze lub lepsze życie, kalkuluję w jakiej sytuacji życiowej mógłbym być.
Jest to nawet w pewnym stopniu uzależnieniem. Dzień w dzień to samo. Nieważne, że muszę się pouczyć, odrobić lekcje albo odpocząć.
Najgorsze jest to, że nie mam innych zainteresowań i jedyne co robię siedząc w szkole, to myślenie nad kolejnym „alternatywnym życiem”.
Dodaj anonimowe wyznanie