Na szczęście anonimowe wyznania, więc mogę to napisać.
Jestem facetem pod trzydziestkę i jeszcze nie byłem w związku tak na serio. Nie uprawiałem jeszcze seksu. Mam swoje upodobania (np. chciałbym być „duszony udami” przez kobietę). Jednak moja wiedza o seksie to czysta teoria. Wszelkie „związki” z dziewczynami były bardziej przyjaźniami i nic z tego nie wychodziło. Trochę jestem nieśmiały, chociaż nie mam problemu z rozmową z kobietami. Często nawet długo gadam z nimi, ale ostatecznie nic z tego nie wychodzi. Inni moi rówieśnicy, a nawet młodsi z mojego otoczenia, się pożenili. Niektórzy mają dzieci. A ja jestem prawie 30-letnim prawiczkiem.
Trzy lata temu po raz pierwszy zostałam matką. O dziecko staraliśmy się z mężem przez rok. Dziecko urodziło się zdrowe i śliczne i raczej bezproblemowe. Jadło i spało. Gdy urodziłam je przez nagłe cc, wydawało mi się ono obojętne i nie miałam do niego żadnych uczuć, miałam lekkiego baby bluesa… Ustąpiło trochę, jak wróciłam do domu. Jednak przez długi czas nie mogłam sobie z tym dziwnym uczuciem poradzić. To mnie trochę przytłoczyło.
Na początku tego roku urodziłam drugie dziecko. W ciążę zaszłam tak o, bez większego planowania. Z drugim dzieckiem było całkiem inaczej. Popłakałam się ze szczęścia, gdy się urodziło i od początku kochałam ponad życie.
Mam ogromne wyrzuty sumienia. Dlaczego nie było tak z pierwszym dzieckiem? Czuję, że jestem okropną matką, bo nie kochałam od samego początku swojego dziecka, o które się zresztą tak bardzo staraliśmy…
Kocham mojego syna, ale...
Rodzice naciskali, mąż naciskał, ja się też starzeję (co mi ktoś wytknął), no i zgodziłam się. Odstawię antykoncepcję.
Ciąża okazała się istnym piekłem. Płacz, napady szału, samookaleczenie. Oczywiście poszłam do psychiatry. Coś tam dał, ale niewiele. A ja zasłaniałam lustra w domu i miałam myśli samobójcze codziennie. A do tego dochodziły przecież problemy czysto fizyczne – ból, wymioty, takie tam. Czekałam na poród, żeby tylko to już był koniec. W końcu urodziłam. Bolało bardzo, ale i tak dla mnie było w porządku, przynajmniej psychicznie dobrze się czułam.
No i pojawił się on. Początkowo było dobrze, ale teraz... Mam taki kryzys w małżeństwie, że nie potrafię sobie poradzić. Nie karmię piersią, więc piję (czasem), łykam tabletki na uspokojenie (codziennie) oraz antydepresanty i staram się po prostu nie rozsypać. Oboje z mężem żałujemy tej decyzji. Nigdy więcej.
Tak to jest, jak wszyscy są ważniejsi niż ty. Zmieniłam się, ale cóż. Jest już za późno.
Jak byłam mała, tata mi wytłumaczył, że jak zaświeci się rezerwa w aucie, to samochód dojedzie do najbliższej stacji paliw. Przyjęłam, zrozumiałam, zapamiętałam. Do niedawna byłam świecie przekonana, że jak zaświeci się rezerwa, to auto samo, za pomocą jakiejś satelity-chuj-wie-czego, oblicza sobie, gdzie jest najbliższa stacja i choćby była po drugiej stronie kosmosu, dojedzie do niej. Dopiero niedawno brat mnie uświadomił, że tak nie jest.
Mam dwadzieścia lat, a prawo jazdy od dwóch lat.
Brawo ja...
Zacznę od tego, że mam 23 lata i jestem chory na dość rzadką chorobę neurologiczną. Nie, nie moi drodzy – nie będzie to historia, że mi źle, bo mam za małą rencinę, ludzie mnie odtrącają albo że nie mogę dosięgnąć z wózka piwa na ladzie w barze (btw. tak czasem bywa, ale nie o tym :D). Muszę używać wózka inwalidzkiego na dłuższe dystanse, ale generalnie chodzę i mam władzę w nogach. W swoim krótkim życiu staram się nie robić dramatów typu: łojej, bo ja to w piłkę nie mogę grać, mechanikiem to nie zostanę, bo nie dam rady itd. W pewnym momencie zrozumiałem, że choroba jest częścią mnie i że muszę dobrać sobie taką pracę i w taki sposób ułożyć życie, aby zminimalizować ograniczenia, które są obecne w moim życiu. W temacie układania życia – studiuję, pracuję, nie zamykam się, mam bliskie mi osoby, które mnie wspierają, słowem – wzorowy niepełnosprawny z chęcią do życia.
Problemem jest jednak fakt, że nie mam dziewczyny. Co w tym takiego? Otóż wiele kobiet twierdzi, że jestem przystojnym facetem. Choroba w żaden sposób nie zniekształciła mojego ciała, a do tego dbam o siebie – mam tu na myśli treningi, ubieram się modnie, do fryzjera chodzę regularnie (wierzcie mi, nie zawsze tak jest wśród osób niepełnosprawnych), do tego mam swoje pewne zainteresowania i raczej daleko mi do klasycznego nudziarza. Szczerze mówiąc – problem tkwi we mnie. Nie potrafię się przełamać, aby stworzyć normalny związek. Z jednej strony pragnę związku, ale w mojej głowie istnieje takie przekonanie, że nie sprawdzę się w roli chłopaka lub męża. No bo jak to… nic konkretnego w domu nie naprawię, trzeba mi pomagać, nie będę mógł nosić wybranki na rękach i robić różnych świetnych rzeczy, które robią pary. Niby jak sobie logicznie pomyślę, to przecież choroba nie oznacza, że muszę zrezygnować ze związku, ale kiedy zaczynam się zbliżać emocjonalnie do jakiejś dziewczyny, mój mózg zaciąga wszystkie hamulce i migają wszelkie możliwe czerwone lampki. Dostrzegam, że wina leży po mojej stronie. Być może jeszcze nie znalazłem nikogo, w kim się naprawdę zakochałem? Póki co stanęło na tym, że odtrąciłem już cztery kobiety. Każda z nich miała wielkie serce i jak mi się wydaje – świetny charakter.
Uprzedzam anonimową poradnię – myślę o psychologu, ale wiem, iż wszystko sprowadza się do tego, że trzeba spiąć poślady i postawić wszystko na jedną kartę.
Będąc małą dziewczynką, miałam problemy z jedzeniem. Byłam strasznym niejadkiem, a rodzice nie mogli znaleźć sposobu, bym zaczęła chętniej zjadać posiłki.
Jako iż byłam dosyć pomysłowa i nie chciałam przysparzać zmartwień mamie i tacie, postanowiłam, że skoro oni nie znaleźli odpowiedniej motywacji dla mnie, to sama sobie poradzę i będą ze mnie dumni (jakby jedzenie było jakimś nadzwyczajnym dokonaniem). Wyobraźnia pracowała wtedy na najwyższych obrotach, więc przy każdym posiłku wyobrażałam sobie, że jedzenie, które znajduje się przede mną, to ludzie zamknięci przez Hitlera, których muszę uratować jedząc, zanim zjawi się ten okrutny człowiek. Ostatni kęs był zawsze pełen emocji, bo wtedy już Adolf zbliżał się do drzwi i po zobaczeniu pustego talerza doznawał ogromnego szoku, a ja w duchu triumfowałam.
Ot, takie wspomnienie z dzieciństwa. Zawsze pomagało i zjadałam wszystko do końca :)
PS O Hitlerze słyszałam z opowieści babci, gdyby kogoś interesowało, skąd małe dziecko wiedziało o jego istnieniu i roli, jaką odegrał w jej życiu.
Dziękuję dla gościa, który wezwał karetkę, gdy tego potrzebowałam. Sama nie dałabym rady i pewnie skończyłabym na wpół żywa w jakimś rowie.
Jakiś czas temu mój mąż wrócił z festiwalu, który odbywał się w innym państwie.
Dziś robiąc pranie i wyciągając z jego kieszeni śmieci, z paragonu dowiedziałam się, jak w języku naszych sąsiadów nazywają się prezerwatywy.
To jednak prawda stara jak świat... Podróże kształcą.
Historia z dzieciństwa.
Jako że niedawno zaczęła się szkoła, przypomniała mi się moja historia z WF-u z dzieciństwa.
Mieszkałam w małym mieście i nie było innych szkół, dlatego miałam tę przyjemność mieć WF w szkole z tą samą osobą przez bardzo długi okres szkoły – cała podstawówka i gimnazjum (9 lat).
Trafiłam na taką wuefistkę, która zaczynała zajęcia od mowy motywacyjnej. Stała przed nami dziećmi, samymi dziewczynkami, i wmawiała nam, jak mamy wyglądać, mówiła o tym, że absolutnie musimy pozostać szczupłe, ile powinniśmy jeść, nadwyżka kaloryczna – coś najgorszego na świecie, ciągłe porównywanie, wszystko co najgorsze, a byłyśmy tylko dziećmi.
Co roku najgorzej było w tłusty czwartek, czyli dzień pączka. Jeśli tego samego dnia odbywał się WF, to wiedziałyśmy, że możemy liczyć na jakieś wyliczanie pączków, liczenie kalorii, obrażanie, bo jesteśmy młode i nie odpowiemy, to można.
Mnie jakoś jej słowa nie ruszały, zawsze byłam najwyższa i chuda, ciężko mi było przybrać na masie. Ale strasznie mnie bolało patrzenie na moje koleżanki, im po prostu było przykro.
Żeby było śmieszniej, w gimnazjum był ciąg dalszy – zjedzenie pączka to zbrodnia, wymowny wzrok na osoby troszkę większe. Nieustanna krytyka. Oczywiście okres boleć nie może, ty udajesz.
Po skończeniu studiów wróciłam do miasta, w którym mieszkałam, i spotkałam córkę pani wuefistki – wyglądała jak pączek... Przez lata słuchałam, jak mam wyglądać, nie wiem, czy to karma wróciła czy co.
Nie jestem szczęśliwy. Marzę o wolności, ale tak się potoczyło, że jestem po ślubie i mam dzieci. I nie tak łatwo już zmienić swoje życie na takie, o jakim się marzyło. Bo to wymarzone nie zakładało ani żony, ani dzieci. Moja ulubiona pora dnia to ta, gdy się kładę spać.
Dodaj anonimowe wyznanie