Kiedy miałam zaledwie 4 lata, to strasznie lubiłam się wspinać po szafkach. Moja mama zawsze się ze mnie śmiała i mówiła, że jak będę duża, to zostanę kobietą, która będzie się wspinać po Alpach.
Teraz mam 22 lata i pracuję w spożywczaku.
Przy okazji rodzinnego spotkania przypomniano mi historię z czasów, jak miałam 3-4 latka.
Od kiedy pamiętam, mama dawała mi i mojemu bratu witaminę C. Któregoś dnia, po raz setny oglądając na video „Króla Lwa”, wsadziłam sobie tabletkę do ucha...
Wyobraźcie sobie minę mojej mamy, jak widzi swoje dziecko wydłubujące sobie witaminę C z ucha łyżeczką do herbaty.
Mi się nie udało, to mama postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i wymieniła moją łyżeczkę na malutką pęsetę. Kiedy i to nie zadziałało (bo mama bała się, że wpakuje mi tabletkę głębiej), wsadziła mnie do samochodu i zawiozła do przychodni, gdzie pani pielęgniarka wzięła jeszcze większą pęsetę i usiłowała ją wepchnąć do małego uszka trzylatki... :)
W końcu wypłukano mi nieszczęsną witaminkę strzykawką z wodą i historia dobrze się skończyła. :D
Ale tylko ja wiem, że wsadziłam tabletkę do ucha, bo myślałam, że będę miała dzięki temu zdrowsze uszy i wtedy będę lepiej słyszała... :-)
Uświadomiłam sobie, że cokolwiek bym nie zrobiła, nigdy nie spełnię wymagań mojej matki.
Jak nie mam pracy, to oczywiście źle, ale jak jakąś znajdę, to jeszcze gorzej!
To nic, że wymaga pewnych kwalifikacji, że bez studiów nie mogłabym pracować w danym miejscu. Każda moja koleżanka jest lepsza. Bo ma już narzeczonego (a żadnego mojego faceta nie lubiła, choć nie miała do tego podstaw, bo byli dla niej mili), bo wyjechała za granicę i pracuje fizycznie, bo ma dziecko itd. Ale jednocześnie wiem, że gdy założę rodzinę, to się ode mnie odsunie, bo nieraz mówiła teksty w stylu „na dzieci nie można liczyć” albo „no to dobrze, że się rozstaliście, wyprowadziłabyś się do innego województwa i byś przepadła”.
Każdy jest lepszy ode mnie pod jakimś względem, ale jednocześnie, gdybym ja nie skończyła studiów i pracowała fizycznie za granicą, dam głowę, że spotkałoby się to z jej wielką krytyką. Choć do samej pracy fizycznej nic nie mam, jednak dlatego, że wiele robiłam, żeby spełnić oczekiwania innych, skończyłam studia, które wcale mnie nie interesują.
Teraz dostałam nową pracę i to wreszcie w branży, która naprawdę mnie interesuje. I co? I nic. Zero pochwały, jedynie narzekania, że to nie jest szczyt marzeń, ale lepsze to niż nic.
Jednocześnie dziwi się, że nie chcę z nią spędzać czasu i jeździć na wspólne wakacje. Że nie chcę być traktowana tam jak dziecko i wolę wyjechać z przyjaciółmi na skromniejszy wyjazd w Polsce niż z nią na Malediwy.
Dlatego poważnie zastanawiam się nad zerwaniem kontaktu... I tak to się pewnie skończy, kiedy nie będzie mogła znieść, że zaczęłam wreszcie żyć na własnych zasadach. Kiedy kogoś poznam i będę szczęśliwa. Jestem pewna, że na dłuższą metę tego nie zniesie...
Przyznam się Wam do rzeczy bardzo wstydliwej.
Parę lat temu podczas imprezy rodzinnej moja mama poprosiła mnie o podłączenie dysku do TV – chciała pokazać zdjęcia z jakiegoś wyjazdu. Niewinnie zażartowała, żebym uważał, bo nie wszystko jest do pokazania rodzinie. Bardzo mnie to zaciekawiło – podczas jej nieobecności postanowiłem przejrzeć ten dysk od A do Z i znalazłem jej dość szczegółowe, nagie fotki z wakacji z ojcem w Chałupach. Dodam tylko, że na zdjęciach ma około 40 lat, czyli mniej więcej tyle co ja w tej chwili, a od ich zrobienia minęło jakieś 20 lat. Wstyd się przyznać, ale oszalałem – nigdy nie miałem takiego spustu z dziewczyną czy żoną jak do tych zdjęć. Matka nie jest jakaś urodziwa, ale sam fakt oglądania jej nago strasznie mnie kręci.
Mam nadzieję, że nie osądzicie mnie zbyt surowo. Wyznanie na pewno jest anonimowe i pasuje na tę stronkę. A może ktoś ma podobne doświadczenia? Chętnie o tym poczytam.
Moja mama uwielbia oglądać filmy katastroficzne. Klęski żywiołowe, tragedie, a najlepiej KONIEC ŚWIATA.
W 2009 roku wszedł do kin film o bardzo sugestywnym tytule "2012". Moja mama oczywiście pomaszerowała do kina. Jako że miałam wtedy 9 lat i nie interesowało mnie wiele więcej niż gra w pet party, zostałam w domu.
Moja mama wróciła z seansu zachwycona. Do tej pory "2012" to jeden z jej ulubionych filmów (nie oceniajcie). A skoro jej się tak spodobał, rzuciła hasło, żeby kiedyś owe dzieło obejrzeć. Nie wiedziałam o czym konkretnie opowiada film, więc raczej się nie zainteresowałam.
Jakby ktoś nie oglądał, film opowiada o końcu świata 21.12.2012. Ziemia się nagrzewa, skorupa ziemska pęka, naszą planetę zalewa woda- ale na szczęście głównemu bohaterowi udaje się przeżyć, mianowicie udaje mu się ustali, że rządy budują w Himalajach arki (bilet kosztuje 1 milion euro) i raczej mało kto poza Billem Gatesem i Obamą może pozwolić sobie na "wykupienie" życia.
Wracając do wyznania. Jakiś rok później mama zdobyła ten film na DVD i nadszedł czas, by go obejrzeć. Ułożyłyśmy się na kanapie i zaczęłyśmy seans.
Pierwszy raz zdarzyło się, żeby film tak zmienił się moje życie.
Zaszokowana tym co zobaczyłam płakałam cały wieczór. Mama uświadomiła mnie, że naprawdę istnieje taka teoria o końcu świata, a potem opowiadała mi o Majach. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że taki mądry lud raczej nie powinien się mylić.
Wieczorem patrzyłam przez okno na moją huśtawkę i bałam się, że już niedługo to wszystko, co znam, znajdzie się pod wodą, a co gorsza umrę ja i moje zabawki.
W każdym razie film mnie zszokował. Najbardziej bałam się momentu nadejścia "fali", która przykryje całą ziemię. Moment śmierci z braku tlenu był dla mojego 10-letniego móżdżka wręcz niewyobrażalnym powodem do strachu.
Mimo to uznaję, że wcale nie byłam takim głupim dzieckiem, jak mogłoby się wydawać. Na drugi dzień rozpoczęłam reaserch i, jak dowiedziałam się z Wikipedii, ta data miała być nie końcem świata, tylko końcem tablicy kalendarza Majów.
Mimo to postanowiłam dmuchać na zimne. Nie pozostało mi nic innego, niż zacząć zbierać pieniądze na bilet na arkę.
Możecie sobie wyobrazić jaki szok przeżyłam, gdy odkryłam że:
1) 1 milion euro to 4 miliony złotych!
2) potrzebuję 4 bilety, bo mamę tatę i siostrę też wypadałoby wziąć. Policzyłam, ile razy musiałabym wygrać w totolotka, żebym chociaż ja mogła przeżyć.
Lecz kilka godzin później zdałam sobie sprawę, że nie nazbieram takich pieniędzy. Wtedy poszłam do sklepu i kupiłam sobie ciastka. Nie będę umierać głodna, a zresztą miałam jeszcze dwa lata.
Jak możecie się domyślać nie udało mi się kupić biletu na arkę. Ale koniec świata chyba ominął moją huśtawkę, no i miałam ciastka :D
"Za pięć minut" mam zamieszkać ze swoim partnerem. Obydwoje jesteśmy po przejściach, tzn. po rozwodach. On ma dwie dorosłe córki (35 i 20 lat), które mają własne rodziny, ja nastoletniego syna.
Właśnie się dowiedziałam, że obydwie są śmiertelnie obrażone i od jakiegoś czasu nie odzywają się do własnego ojca, dlatego że cytat "on postanowił po 8 latach od rozwodu ułożyć sobie życie".
Nie wiem, jak to będzie. Wprawdzie nie liczę na bardzo serdeczne relacje z pasierbicami, ale chciałabym żeby chociaż były poprawne.
Nie mam normalnego kontaktu ze swoim ojcem od kilku lat. Jego kochanki, awantury o nic, przemoc fizyczna i psychiczna wobec nas, alkohol, inne uzależnienia sprawiły, że rodzice w końcu się rozwiedli.
Ale do sedna...
W tamtym czasie chodziłam na imprezy, żeby oderwać się od tego, co dzieje się w domu. Nigdy nie interesowały mnie znajomości z takich miejsc, więc chodziłam tam z paczką przyjaciół. Podczas jednej z imprez namolny natręt usiłował wydębić ode mnie mój nr telefonu i nie dał się szybko spławić, więc podałam mu numer do mojego ojca. I robiłam tak za każdym razem będąc w takiej samej sytuacji.
Ojciec numeru nie zmieni, bo prowadzi interes i od lat ma ten sam, a propozycji umówienia się ma coraz więcej. Szkoda tylko, że od innych mężczyzn liczących na spotkanie z młodą dziewczyną.
Sorry, ''tatusiu''. To wyszło tak przez przypadek.
Relacje moich rodziców są... dosyć specyficzne. Nie są zwolennikami spijania sobie z dzióbków i szeptania uroczych słówek. Raczej wolą sobie dokuczać. Jednak tata to istny romantyk. Ostatnio wręczył mamie bukiet tulipanów – były pomarańczowe i czerwone (tych drugich było o jedną sztukę więcej).
Półżartem zapytałam, czy kolory wręczanych tulipanów, jak w przypadku róż, coś oznaczają. Tata uśmiechnął się i zwrócił do mamy: „Właśnie tak! Pomarańczowe oznaczają, że mnie wkurzasz, a czerwone, że mimo wszystko cię kocham. Jak widzisz, czerwonych jest ciut więcej, co oznacza, że bardziej cię kocham, niż ty mnie wkurzasz!”.
Kocham ich :)
Historia ma już ładnych kilka lat. Pochodzi z czasów, jak miałem ok. 18-19 lat.
Wstyd przyznać, ale dużo wtedy imprezowałem. Piłem jeszcze więcej.
Pewnego razu po ostrym chlaniu, kiedy wróciłem do domu, postanowiłem coś zjeść. Chlebek, szyneczka, ser i do mikrofali... Niby wszystko jasne i proste.
Jakież było zdziwienie mojej mamy, kiedy w środku nocy zastała w kuchni kompletnie rozebranego syna, który porozkładał chleb na blacie, trzy talerze posmarował masłem, jeden włożył do mikrofali, a ser i szynkę położył na gazówce.
Nie umiem współczuć powodzianom. Sam miałem ciężkie życie, musiałem uciec z domu. Straciłem wszystko w ciągu jednego dnia. Utwardziło mnie to. Na co dzień jestem dobrym człowiekiem, pomagam innym. Dziwnym trafem akurat ta katastrofa nie wywołuje u mnie współczucia. Być może dlatego, że ludzie z tamtych rejonów nie byli dla mnie dobrzy. Próbuję przekonać siebie, że np. babcie emerytki z południowej Polski to dobre kobiety i zasługują na litość. Liczę, że pomoc udzielona powodzianom będzie adekwatna do rozmiaru katastrofy, ale sam nie przeznaczam na to pieniędzy, ponieważ jestem biedny.
Dodaj anonimowe wyznanie