#fm8tv

Postanowiłem założyć własną firmę i pod koniec miesiąca złożyłem wypowiedzenie z pracy. Tydzień później dowiedziałem się, że likwidują nasz dział i wszyscy pracownicy dostali propozycję przenosin do oddziału tej firmy w innym mieście lub mogą odejść i dostać odprawę w wysokości sześciu wypłat. 
Wszyscy pracownicy oprócz mnie, bo przecież sam złożyłem wypowiedzenie...

#uJeHn

Straciłam pracę. Od kilku miesięcy siedzę w domu, wysyłam CV.
Mój chłopak pracuje.

On tego nie wie, ale codziennie, jak wychodzi, ubieram się w ładne rzeczy, szpilki, sukienkę, robię sobie staranny makijaż i fryzurę – mimo że nigdzie nie wychodzę, bo nie mam znajomych i okazji, aby założyć takie ładne rzeczy. Siadam do biurka i uczę się do nowej pracy albo udaję, że jestem duszą towarzystwa, rozmawiam sama do siebie.
Przed jego przyjazdem zmywam makijaż, przebieram się w normalne ciuchy.

Boże, jestem taka samotna :/

#bqmPa

Zmieniłam miejsce zamieszkania. Blok w starym budownictwie. Po tygodniu od wprowadzenia się coś zaczęło bardzo śmierdzieć na klatce schodowej. Myślałam, że taki „urok” bloku, może jakaś wilgoć albo ktoś coś ugotował. Z dnia na dzień było coraz gorzej, ale nikt ze współlokatorów nie zwracał na to uwagi, więc myślałam, że to normalne. Następnie wyjechałam na dwa tygodnie. 
Po powrocie i wejściu na klatkę schodową myślałam, że zwymiotuję. Odór był nie do wytrzymania. Zadzwoniłam do spółdzielni. Pani nie bardzo się tym przejęła, bo powiedziała, że w jednym z mieszkań mieszka zbieracz i może w gratach zdechło mu zwierzątko. Ale nie mogła zignorować zgłoszenia, więc chcąc nie chcąc zjawiła się kierowniczka spółdzielni z policją. 

Okazało się, że w uzbieranych gratach nie zdechło żadne zwierzątko, ale właściciel. Starszy pan od miesiąca rozkładał się w tym mieszkaniu. Kiedy przyjechała policja i otworzyli to mieszkanie i go wyciągnęli, to... no takiego smrodu jeszcze w życiu nie czułam.

W bloku mieszka ok. 100 osób. Każdy czuł smród, ale najprościej mieć wszystko w dupie, nie interesować się. No bo po co. Nich ktoś inny to zrobi. Swoją drogą, to bardzo smutne – umrzeć i nikt nawet tego nie zauważy. Albo zauważy tylko przez to, że zaczyna się śmierdzieć.

#VUt1c

Było to bardzo dawno temu. Miałem jakieś 8 lat. Jak to w tamtych czasach, najwięcej rozrywki było na podwórku, więc razem z kolegą włóczyliśmy się po okolicy. Jedynym „ale” mojej mamy było to, żebyśmy nie włazili na teren pobliskich prac rozbiórkowych. 

Niestety siłą rzeczy w pewnym momencie rozrywki po prostu się skończyły, zostawiając nam tylko wyżej wymienioną atrakcję w postaci stosu cegieł, drutów i innych typowych dla ruin przedmiotów. Znaleźliśmy dziurę w siatce i weszliśmy na teren rozbiórek. 

Po paru minutach łażenia po gruzach potknąłem się i lecąc na pysk, zahaczyłem policzkiem o wystający pręt. Mina kolegi, gdy mnie zobaczył, ból i krew na łapach powiedziała wszystko – trzeba stąd spier...lać i wracać do domu.

Oczywiście pierwszym pytaniem mamy było, co się stało. Nie chcąc dostać po d... za złamanie zakazu, wpadłem na „genialny” pomysł i powiedziałem, że zostałem zaatakowany drutem kolczastym przez jednego gnojka z osiedla. Usłyszał to starszy brat, który zaczął dopytywać o konkrety, czyli kto dokładnie, gdzie i kiedy. Był wówczas jeden chachar na osiedlu, więc zwaliłem na niego, dodając całej historii prawdopodobieństwa. 

Mama wsadziła mnie do auta i pojechaliśmy do szpitala na szycie. W tym czasie brat udał się na osiedle, namierzył gościa i wymierzył mu sprawiedliwość, spuszczając klasyczny wpier...ol. Oczywiście nie dawał wiary wyjaśnieniom „zbira”, wybijając mu z głowy przemoc. 

Dziś mam 34 lata, bliznę na policzku, a prawdziwa wersja tej historii wciąż pozostaje moją tajemnicą.

#Cawim

Miałem wtedy osiem lat. Moja babcia i siostra postanowiły iść na spacer. Akurat oglądałem bardzo ciekawy serial, więc nie bardzo zauważyłem kiedy wyszły, ale myślę sobie „szybki jestem, to je dogonię”. Wyszedłem z domu i podążyłem w stronę buszu leśną ścieżką. W momencie jak hardo wypatrywałem śladów babci, usłyszałem, jak ktoś krzyczy moje imię. Odwróciłem się i zobaczyłem mojego starszego brata. Stał 50 metrów za mną, trzymając mój drewniany łuk. Łuk był drewniany, ale strzały były zakończone stalowym, tępym grotem. Stał tak i celował do mnie. Pomyślałem, że robi sobie żarty, ale nie. W jednej chwili wystrzelił do mnie. Poczułem tylko rwący ból w łuku brwiowym i upadłem odruchowo na ziemię. Brat od razu podbiegł do mnie i powiedział, że chciał przestrzelić nad moją głową (jeśli tak, to świetnie celujesz, braciszku!).
Przyniósł mi worek lodu, ale ledwo zdołało to przytamować krwotok. Krew lała się jak z węża ogrodowego, a ja zamiast płakać, to śmiałem się z komizmu sytuacji. W końcu krew przestała lecieć. Do dziś mam dosyć widoczną bliznę pół centymetra nad okiem. Pół centymetra niżej i pisałbym to wyznanie, widząc wszystko tylko lewym okiem.

Pewnie pomyślicie, że od razu pobiegłem ze skargą do mamusi? Nic bardziej mylnego! Oczywiście wielka na pół twarzy plama krwi nie uszła uwadze moich dociekliwych starszych. Ale ja jako przykładny braciszek wcisnąłem im kit, że dostałem na spacerze gałęzią w głowę (aż dziwne, że to łyknęli).

Brat do dziś jest mi wdzięczny, a ja uważam się za wielkiego farciarza i cieszę się, że mogę widzieć lewym i prawym okiem naraz.

#DWMlI

O tym, jak rodzice potrafią zrobić dziecku wielką krzywdę, nawet o tym nie wiedząc.
Moja ciocia ma dwie córeczki: 6-letnią Agę i 3-letnią Kamilkę. Starsza ma celiakię, co jest ważne w tej historii.
Osobiście nie lubię dzieci, zwłaszcza małych dziewczynek – ich widok i słuchanie jazgotu to dla mnie antykoncepcja silniejsza niż tabletki. Więc wyobraźcie sobie mój wewnętrzny wkurw, gdy rodzinka postanowiła w pewien weekend urządzić zjazd rodzinny (wynajęcie kilka kempingów), a ja wylądowałam w domku razem z nimi.
Wujostwo robi z dzieciaka kalekę. Nie rozumiem, jak można stać nad 6-latkiem i mówić „Agnieszko, jaka ty jesteś biedna... jaka ty słoneczko biedna jesteś...” – smuteczek, żal itp. Codziennie padają do tego dziecka takie słowa. Kiedy Aga chce do kibelka, to stoi pośrodku pomieszczenia i potrafi przez dwadzieścia minut wołać: „Mamo, ja chcę kupę. Mamo ja chcę kupę!”. Nie wytrzymałam raz i zapytałam małej: „Jesteś już duża, nie potrafisz sama iść?”. Na co najmłodsza Kamila z bananem na gębie: „A ja potrafię!”.
Nie rozumiem, jak 3-letnie dziecko jest bardziej zaradne niż 6-latek.
Rano o 6 ta sama śpiewka, biedna Agusia woła na kemping: „Ja chcę kakałko!”. Tak długo, póki ciotka/wujek nie wstaną i tego kakao jej nie zrobią. Młoda siedząc na huśtawce woła mamę, by ją pohuśtać, bo inaczej siedzi nieruchomo. Rodzice robią za nią wszystko, dzieciak potrafi stać przy półce z naczyniami i krzyczeć o talerzyk. A wystarczy sięgnąć ręką.
Aga w przedszkolu nie potrafi sama jeść, a ciocia zawsze krzyczy na spotkaniach, jakie te przedszkolanki są wredne, bo zwracają uwagę na to, że dziecko jest niesamodzielne!
Krzywdzą dzieciaka tak, że pali w oczy i uszy, a każda uwaga jest odbierana jako akt przemocy psychicznej w ich stronę. Bo ja nie mam dzieci.
Szkoda mi tylko kuzynki, która pójdzie do podstawówki za rok, a dzieci są niestety okrutne. Ciekawe co ciotka wtedy zrobi, bo oczu raczej nie otworzy za szybko.

#TOhgG

Kiedy byłam mała, myślałam, że sny to przygody mojej duszy, która na noc wylatuje z mojego ciała. Kiedy śniły mi się inne osoby, to oznaczało, że moja dusza spotkała duszę innego człowieka i tak sobie rozmawiają, spędzają czas razem itp.

Gdy byłam w 6 klasie, zaczęły mi się śnić sny, ekhm... romantyczne. Całowanie, przytulanki, dotykanie, w dodatku za każdym razem „partner” był inny.
Przez długi czas bardzo wstydziłam się tego, że moja dusza jest taką dziwką i nawet nie może sobie wybrać jedną duszę do zabaw, tylko ciągle je zmienia.
Myślałam tak do 2 klasy gimnazjum.

#NzvZ7

Pracuję w sklepie. Kiedy klient jest dla mnie chamski, wydaję mu resztę w jak najdrobniejszym nominale, jaki mam w kasie. Nawet mnie to nie obudzi, że później mogę nie mieć drobnych (nazbiera się), ale patrzenie, jak uśmiech spełza z buraczanej mordki przy zbieraniu 90 złotych w monetach z lady jest tego warte.
Dodaj anonimowe wyznanie