Wyobraźcie sobie taką sytuację:
Nie układa wam się z chłopakiem i planujecie zerwanie. Jesteście już na spotkaniu, gadka-szmatka i nagle zaczyna padać. No nic, co poradzić, szukacie schronienia na jakiejś klatce schodowej. Zdążacie w ostatniej chwili, gdyż na zewnątrz rozpoczyna się największa ulewa z burzą i piorunami, jaką widziałaś kiedykolwiek w swoim mieście. Wiesz, że szybko to nie minie i nie ma szans, żeby wystawić chociażby but za drzwi, a o wracaniu do chałupki można zapomnieć.
I co wtedy robisz? Zrywasz ze swoim chłopakiem, a potem siedzisz z nim trzy godziny na klatce schodowej w zupełnej ciszy.
Brawo ja.
Ech, służbo zdrowia nasza polska, ileż tu wyznań nazbierałaś... to i czas na moje: słodko-gorzkie.
Parę lat temu mój ówczesny narzeczony, obecnie mąż, miał wypadek samochodowy. W wyniku uderzenia w głowę stracił pamięć z ostatniego półrocza oraz doznał... hm... nie znam fachowej terminologii, ale chyba można to nazwać uszkodzeniem ośrodka pamięci krótkiej. Nie miał pojęcia, że coś robił pięć sekund temu i w kółko to coś powtarzał. Pytał stale o jedną rzecz. Nie kojarzył naszych zaręczyn. Koszmar.
Na oddziale neurologicznym przyjął nas młody lekarz praktykant/stażysta (chyba tak się to określa...), mieliśmy chwilę poczekać na neurologa. Pozadawał pytania, przeprowadził wywiad, no fajnie. W międzyczasie do szpitala przyjechała policja, bo przecież z wypadku pacjent. Mnie kazano wyjść, narzeczony został z praktykantem i panią neurolog. Siedzę znerwicowana, popatruję na policjantów, czekam.
Po chwili wytarabania się z gabinetu ów stażysta. I co? I ze śmiechem opowiada policjantom, że "kuuuurna, stary, tak się w łeb zayebananił, że nic nie czai, ja pierdziuuuuu, kabaret normalnieeee, jak wyjdzie, to go nagram... ubaaaaw!".
Co, ja się pytam...?
Chyba mnie nie zauważył. Miał chłopina poczwórnego pecha, bo ponieważ iż:
1. Jak do niego doskoczyłam w ślepej furii, to policjanci musieli mnie trzymać. Facet (nie będę nazywać go lekarzem, nie jest tego godzien) zaczął wtedy coś nieudolnie odkręcać.
2. Z gabinetu wyszła właśnie pani neurolog i gdy to usłyszała, powiedziała, że sama mu w pysk strzeli zaraz.
3. Jednym z tych policjantów okazał się mój bliski kolega, który wcale nie uznał tego za zabawne, natomiast spytał gościa, czy kojarzy taki drobiazg jak tajemnica lekarska.
I wreszcie po czwarte...
Ordynatorem na tym oddziale był wtedy mój wujek.
Nie no, gość tam wciąż pracuje. Ale baaaardzo długo na ręce mu patrzyli i rozliczali z każdej pierdoły...
Na razie było gorzko. No a słodko?
Narzeczony przypomniał sobie większość po tym, jak usłyszał moje wrzaski na korytarzu: "Ty (pani od płatnej miłości) to wypierdzielaj koszyki pleść, a nie ludzi leczyć!". Wyjrzał z gabinetu z nieśmiałym: "Kochanie...?".
Moją cechą charakterystyczną jest bowiem spokój... ale do czasu. Jak wybucham, nie ma zmiłuj. I to mu się przypomniało :)
Generalnie uważam, że w komunikacji miejskiej powinno się ustępować miejsca osobom starszym i przeważnie tak też robię. Najczęściej w ogóle nie siadam, tylko staję sobie gdzieś w kąciku, żeby tych właśnie miejsc nie zajmować.
Dzisiaj tak wyszło, że pół dnia, w deszczu, biegałam z chłopakiem po mieście załatwiając różne papierkowe sprawy i kiedy wracaliśmy do domu, nie dość, że odpadały mi nogi i byłam cala zmarznięta i przemoknięta, to jeszcze od rana nic nie jadłam i zwyczajnie było mi słabo, a kiedy wsiadaliśmy, to tramwaj był praktycznie pusty. I mimo wszystko siedziałam mu na kolanach, żeby zajmować tylko jedno miejsce. Po paru minutach jazdy tramwaj się zapełnił i wsiadła do niego pani, na moje oko po 50. Rozejrzała się i na cały tramwaj zaczęła do jakiejś innej kobitki narzekać, że: "Do jakich czasów my dożyliśmy, że młodzież nie ustąpi takiej kobiecinie miejsca", "cały tramwaj w młodzieży i nie usiądziesz, no.." (a poza nami byli tam w większości ludzie "z przywilejem siadania"), po czym kiedy jakaś inna dziewczyna, koło 20., wstała, żeby jej ustąpić, pani ze spokojem stwierdziła "dziękuję, kochanie, ale nie o tobie mówiłam" i wysiadła na kolejnym przystanku.
Ludzie, ja rozumiem, że wiek wiekiem, ale pomyślcie czasem, że nawet dobrze wychowana, młoda osoba ma prawo źle się czuć i nie oznacza to od razu chamstwa czy nie wiadomo czego....
Panowie, prośba do was.
Kiedy dziewczyna mówi „nie”, może rzeczywiście ma to na myśli. Spróbujcie więc to uszanować.
To, że odpycham zalotników nie oznacza, że zgrywam niedostępną. Po prostu chcę wstąpić do zakonu!
W maju byłem z mamą na pogrzebie babci. Po pochowaniu trumny nadszedł czas na kondolencje. W pierwszej kolejności podeszła jakaś pani, która, jak się później okazało, jest jakąś tam ciocią mojej mamy. Złożyła kondolencje, po czym poprosiła, by podać jej adres i nazwisko, bo pamiętała tylko panieńskie. Tłumaczyła się, że chce wysłać kartkę świąteczną, żeby odbudować więzi itp.
Okazało się, iż było jej to potrzebne, żeby wszcząć proces o spadek po babci w sądzie.
Idą święta, ciekawe, czy kartka przyjdzie :)
Była to Wigilia Bożego Narodzenia, a ja leżałem, mając 40 stopni gorączki. Nie miałem okazji złożyć życzeń znajomym, więc postanowiłem napisać do kilku osób życzenia przez Facebooka. Wziąłem telefon do ręki i zacząłem wysyłać. Napisałem też do mojej koleżanki, w której byłem szalenie zakochany. Nie musiałem czekać długo na odpowiedź, jednak to co zobaczyłem, natychmiast oblało mnie falą gorąca. Dziewczyna odpisała: „Dziękuję, kotku, ale nie sądzę, by moje święta były udane, bo moje marzenie to spędzić je razem z Tobą...”. Nie wiedziałem co odpisać, ale te słowa napełniły mnie taką radością i odwagą, że odpisałem jej, że też mi jej brakuje itp. Pisaliśmy ze sobą niemal całe południe.
Następnego dnia zacząłem konwersację od słów: „Jak tam mijają święta, kochanie?”, na co otrzymałem odpowiedź: „Wybacz, Tomek, ale przedtem to Anita z Tobą pisała... Ostatnio gdy ją odwiedziłam, zapomniałam się wylogować”.
Nic nie odpisałem. Jeszcze nigdy nie byłem tak zażenowany.
To nie będzie żadna porywająca historia, piszę raczej dlatego, że ciekawi mnie, jak wiele osób ma podobny punkt widzenia co ja – oczywiście chętnie też poznam inne opinie :)
Mam 27 lat i mieszkam z rodzicami. Dla wielu to może wstyd, ale ja uważam, że nie ma w tym nic złego.
Mieszkamy w dużym mieście i choć zarabiam całkiem nieźle, to wynajem nawet małego mieszkania oraz opłaty pochłonęłyby pewnie ponad połowę pensji. A tak dorzucam się do utrzymania domu i mam spokojną głowę, że na nic mi nie zabraknie. Z rodzicami mam – i zawsze miałam – naprawdę dobre relacje, we wszystkim mnie wspierają, nawet gdy nie popierają w pełni moich planów czy pomysłów, nigdy od nich nie usłyszałam, że mogłabym wreszcie się wyprowadzić; lubimy sobie czasem wieczorem posiedzieć przy drinku i po prostu porozmawiać. Dom też jest spory, więc każdy ma swój kąt i jakąś swoją prywatną przestrzeń (oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma ten komfort, żeby mieć na przykład osobne pokoje z rodzeństwem i też w pełni rozumiem, jeśli ktoś chce się jak najszybciej wyprowadzić z domu rodzinnego). Rodzice zajmują parter, ja piętro, każdy o „swoją” część dba, większe zakupy robimy na zmianę. Właściwie jedyną częścią taką naprawdę wspólną jest kuchnia na parterze. Wolę w takim razie chyba dzielić tę kuchnię z rodzicami niż z jakimiś obcymi ludźmi w wynajmowanym mieszkaniu (w przypadku wynajmowania tylko pokoju).
Wydaje mi się, że panuje takie przekonanie, że to wstyd mieszkać tyle z rodzicami, ale tak właściwie czemu? Nie uważam, że jestem przez to mniej zaradna życiowo. Według mnie trochę bez sensu jest wyprowadzanie się tak na siłę, żeby pokazać swoją dorosłość, a potem przeliczanie każdego grosza. Oczywiście rozumiem też osoby, które z wielu powodów decydują się na opuszczenie rodzinnego domu – trudne relacje z rodziną, studia czy praca w innym mieście itp., natomiast zdarzało mi się słyszeć w moim otoczeniu teksty typu „ja to zaraz po studiach się wyprowadzam od rodziców, bo głupio tak tyle z nimi mieszkać, znajdę sobie drugi etat i jakoś to będzie”. No nie wiem, ja zamiast martwić się, że „jakoś to będzie” i czy w tym miesiącu opłacić rachunek za wodę, czy kupić jedzenie za ostatnie pieniądze, wolę spokojnie odkładać sobie na budowę mojego wymarzonego drewnianego domku w górach :)
Mój kuzyn ma na imię Oskar. Z dziesięć lat temu, jak był mały, leciało w telewizji rozdanie słynnych Oscarów. Gdy młody o tym usłyszał, nie mogli go uspokoić. Zaczął płakać, bo myślał, że jego też „rozdadzą”, a on nie chce opuszczać rodziców.
Jestem dorosła, mam poukładane życie, męża, dzieci, hobby, dobrą pracę, przyjaciół i znajomych. Pozornie wszystko idealnie. Ludzie często mi mówią, że podziwiają moją konsekwencję w wychowywaniu dzieci, podejście i efekty. Starsze dziecko z własnej woli udziela się w szkole ile się da, ma masę zainteresowań, dobrze się uczy, w rozmowie jest w stanie zagiąć i przegadać niejednego dorosłego. Młodsze to zwykle śmieszek i przylepa. Staraliśmy się o nie długo, trzeba było się leczyć i niejedną noc przepłakałam, nie widząc efektów.
A teraz? Nie umiem się cieszyć. Czasem w środku trzęsę się z nerwów, jak tylko któreś się do mnie odezwie. Chcę mieć ciszę, spokój, czas wolny i sen. Chcę nie musieć wiecznie planować obiadów, kombinować co zrobić z feriami i wakacjami. Rzygam wizytami u pediatrów i dziecięcych dentystów. Mdli mnie na hasło „wywiadówka”, bo chociaż zawsze jest wszystko OK, to to kolejna rzecz, która odbiera mi czas.
I dobrze wiem, że to głupie, że powinnam się cieszyć, bo w końcu się udało, bo inni nie mają dzieci, a chcą, bo moje są miłe i mądre. Chwalę je zawsze, mówię im miłe rzeczy, mówię, że jestem z nich dumna i że je kocham. I pewnie tak jest, chociaż czasem mówiąc: „Ale świetny obrazek, dziękuję, zachowam go na zawsze” w głębi duszy myślę „a teraz już zejdź mi z oczu, nie chcę piętnastego obrazka, chcę siąść i gapić się w ciszy przed siebie i chcę, żeby ktoś mi oddał moje ostatnie kilka lat prawdziwego życia”. Ale nigdy im tego nie powiem. Tylko Wy wiecie.
Będzie krótko.
Kiedy byłam sama w domu, w wieku 14 lat, postanowiłam spać w łóżku rodziców (jest większe i wygodniejsze). Kiedy się rano obudziłam, nie otwierając oczu, zaczęłam bawić się czymś okrągłym, miękkim i gumowym.
Po otworzeniu oczu okazało się, że to pierścień uciskowy mojego ojca.
Tak że morału nie będzie, ale trauma jest.
Dodaj anonimowe wyznanie