#yHHvr

Mój pierwszy raz?

W te wakacje byłem na wakacjach w Sopocie, w nocy zameldowałem się w hostelu, w 8-osobowym pokoju. Wszystkie łóżka zajęte, oprócz jednego – górne na piętrowym łóżku. Kładę się do góry, powoli przysypiam, gdy do pokoju wchodzi jakaś para. Udaję, że śpię, a oni kładą się na łóżku obok i zaczynają „zabawę”... Po chwili ona położyła się na dole tego piętrowego łóżka, a on dalej ją „bawił”. Całe łóżko się trzęsło ze mną na górze. O ja nie mogę, przecież nie zejdę i nie powiem: „Dobry wieczór, czy państwo dadzą mi spać?”. Wytrzymałem tak ze dwie godziny i o czwartej, gdy zasnęli, poszedłem nad morze obejrzeć wschód słońca. To było romantyczne zwieńczenie tej nocy.

#KXw8v

Przed moim blokiem parkuje wypasiony Jaguar. To ogromny samochód, a koleś często tak staje, że ani go obejść, ani przeskoczyć. Ostatnio w ramach kary zostawiłem mu za wycieraczką kartkę: „Przepraszam za wgniecenie”. 
Żałujcie, że nie widzieliście, jak koleś chodził dookoła i to auto oglądał... :D

#uxoDz

Historia miała miejsce dokładnie 4 lata temu na Wielkanoc. Wiadomo, ludzie chodzą święcić koszyczki, do spowiedzi etc. Tak też tamtego czasu uczyniłem razem z tatą. Po święceniu udaliśmy się na miasto, w celu znalezienia jakichś mniejszych kolejek do konfesjonałów. Tata zaparkował samochód w dosyć ciasnej uliczce, przodem do deptaka na starówce – do uliczki można było wjechać, ale nie na deptak, za to był mandat.

Po załatwieniu sprawy w kościele przychodzimy na miejsce, gdzie zaparkowany był samochód i... jest zastawiony. W przód nie można wyjechać, w tył też nie ma jak. To nie był jakiś mega samochód, zwykły punciak, ale wyjazd blokował. Co robić? Czekać na właściciela, który może przyjdzie, a może nie? To nie byłoby w stylu mojego taty.
Patrzę, a on ciągnie za klamkę punciaka... Otwarte. Zwolnił ręczny i zaczyna wypychać samochód w stronę deptaka. Na moje zdziwione spojrzenie odpowiedział: „No pomóż, musimy jechać przecież”. W ten o to piękny sposób utorowaliśmy sobie drogę, wypychając punciaka na środek deptaka. Przechodnie trochę dziwnie patrzyli, no ale cóż.

Wsiedliśmy do swojego samochodu, kiedy przybiegł zszokowany właściciel Punto, który był akurat w sklepie obok. Mój kochany ojciec otworzył tylko okno, powiedział: „Przeparkowałem panu, bo nie miałem jak wyjechać, wesołych świąt!”. Kiedy odjeżdżaliśmy, a gość był w ciężkim szoku, zapytałem: „Skąd wiedziałeś, że będzie otwarty?”. A tata odpowiedział: „A kto zamyka taki samochód?”.

#W9TsJ

Kilkanaście lat temu, byłam z moją wtedy 6-letnią córką na wakacjach nad morzem. Mój mąż nie mógł wtedy wziąć urlopu, więc pojechałyśmy same. Na dzień przed powrotem postanowiłam, że wyjedziemy późno w nocy – w ten sposób ominiemy korki, przyjedziemy do domu dużo wcześniej, zrobimy mężowi niespodziankę i jeszcze będziemy mogli razem spędzić dzień. 

Około północy wsiadłyśmy do samochodu i jedziemy. Tak się świetnie znałam na atlasie samochodowym, że przez dwie godziny jeździłam w kółko po miejscowości Rewal, nie mogąc znaleźć żadnej drogi wyjazdowej. W desperacji zatrzymałam się pod kościołem, gdzie łapał stopa jakiś mocno wczorajszy typ, raczej bezdomny niż domny. Wsiadł do samochodu, powiedział mi, którędy mam wyjechać, a ja, ponieważ nie wiedziałam zupełnie gdzie jest miejsce, w którym chciałby wysiąść, objechałam rondo kilka razy i wysadziłam go dokładnie tam, skąd go wzięłam, pod kościołem. Pan grzecznie podziękował i wysiadł zadowolony. 
Korków nie ominęłyśmy...

#uw1vp

Po śmierci mojego dziadka moja mama zabrała parę rzeczy z jego mieszkania do nas do domu. Któregoś ranka, gdy chciałam umyć zęby, zobaczyłam, że jest jedynie taka pasta, która stała wcześniej w mieszkaniu dziadka. Spytałam więc mojej mamy chyba z pięć razy, czy ta pasta jest dobra, a mama zapewniła mnie, że nie mam się czego obawiać. A jednak... Jeżeli kiedykolwiek zamiast pasty do zębów ktoś zaoferuje wam klej do protez – odmówcie!

#8ZQkf

Odkąd pamiętam, byłam fanką Harry'ego Pottera, na pewno każdy z was kojarzy chłopca z błyskawicą. Równie długo byłam chorobliwie nieśmiała. W szkole nie miałam znajomych, bo bałam się odezwać, nawet w głupim sklepie panikowałam, gdy musiałam o coś poprosić kasjerkę. Całe swoje życie spędzałam właśnie zagłębiając się w tę serię książek, jednak po poznaniu wszystkich szczegółów zapragnęłam czegoś więcej. Po pomoc udałam się do internetu, gdzie poznałam wirtualny świat magii.
Właśnie tam znalazłam Uniwersytet Nauk Magicznych, miejsce, które zmieniło moje życie. To był zupełnie inny świat, sami ludzie z pasją, każdy otwarty i prawdziwy, bo anonimowy, przynajmniej do czasu :D. Osoby były tam oceniane nie za wygląd czy podążającą za nim opinię, tylko za to, jakie były, a nikt nikogo nie udawał. Szybko się tam otworzyłam, znalazłam pierwszych w życiu przyjaciół, stałam się śmielsza, nawet w realnym życiu. Poznałam tam też jego – przezabawnego, przeuroczego chłopaka, starszego ode mnie o dwa lata. Byliśmy razem w jednej klasie, spisywaliśmy od siebie prace domowe, pomagaliśmy sobie na sprawdzianach, a potem, gdy już skończyliśmy magiczną edukację, oboje zostaliśmy nauczycielami i razem organizowaliśmy zabawy. Pisaliśmy codziennie przez 3 lata, wysyłaliśmy sobie kartki na święta i prezenty na urodziny, aż doszliśmy do wniosku, że czas się spotkać.

Cóż, gdybym powiedziała, że w miejscu spotkania pojawił się chłopak, który wyglądał jak z moich snów, to bym skłamała. Wyglądał wręcz przerażająco normalnie. W środku jednak był tym samym przeuroczym chłopakiem, jakiego poznałam przez internet. Po pierwszym spotkaniu było kolejne i jeszcze jedno. I jak pewnie się domyślacie, zakochaliśmy się w sobie do szaleństwa.

Jakkolwiek szalenie to brzmi, internetowa szkoła magii nadała kolorów mojemu życiu. Znalazłam dzięki niej nie tylko miłość życia, ale i siebie. Pokonałam nieśmiałość, otworzyłam się na ludzi, rozwijałam pasję i nauczyłam się wielu pożytecznych rzeczy (np. ziołoznawstwa lub łaciny). Czasem nadal wchodzę na czat tej szkoły, nadal promienieje życiem, mimo że jesteśmy już lata po ślubie i spodziewamy się drugiego dziecka.
Ot, taka historia, jak internet łączy ludzi :)

#826T2

Mam 33 lata i wspaniałą dziewczynę. Chciałbym się jej oświadczyć, więc zaprosiłem ją na romantyczną kolację, podczas której to zrobię. Tylko my sami, tak przynajmniej planowałem. Gdy jej to zaproponowałem, to zgodziła się, ale chciała też zaprosić swoich rodziców, abyśmy się ze sobą zapoznali. Postanowiłem, że kolacja będzie u mnie. Moja dziewczyna kiedyś wspominała, że wychowywała się na wsi, tak samo jak ja, więc pomyślałem, że przygotuję coś swojskiego. Z domu rodzinnego pamiętam, że kiedy przyjeżdżali do nas goście, to mama zawsze przygotowywała gruby kotlet mielony, z ziemniakami i z tłustym, grubo krojonym boczkiem, kwaśną kapustę, a na deser grube plachy (tak mówiło się u nas na placki) z domowym twarogiem. Fajnie by było takie coś też zrobić – pomyślałem. 
Kilka dni później kolacja się odbyła. Wszystko przygotowane, schab, plachy i kompot z jagód od mamy, wszystko swojskie! Kiedy jej rodzice weszli, byłem w szoku, ponieważ wyglądali, jakby właśnie wrócili z jakiegoś ślubu czy coś! Ale pomyślałem, że może to u nich taki zwyczaj, ważna kolacja – właściwy ubiór. Przywitałem się grzecznie, chyba byli mną zachwyceni. Podczas kolacji patrzyłem na moich przyszłych teściów – ich mina wskazywała na to, że im nie smakowało. Rozmawialiśmy bardzo długo i nadszedł moment, kiedy rodzice mojej dziewczyny spytali się, gdzie wcześniej mieszkałem.
– Tak jak państwo, na wsi – odpowiedziałem z szerokim uśmiechem.
Zrobili minę, jakby UFO zobaczyli.
– Przepraszam, ale z mężem mieszkamy w Warszawie – odpowiedziała mama mojej dziewczyny.
A ja na to do mojej dziewczyny:
– Mówiłaś, że mieszkałaś na wsi...
– Nic takiego ci nie mówiłam... – odpowiedziała.

Przypomniałem sobie, że to moja była mówiła mi, że mieszkała kiedyś na wsi i po cichu to powiedziałem, a oni to usłyszeli. Bez słowa wyszli. Oświadczyny nie wyszły...

#zm8Lw

Historia z liceum, rok 2005. Przedmiot WOK, znaczy wiedza o kulturze. Dość fajna lekcja, jedna z pierwszych godzin w nowym roku, z nową nauczycielką. Temat trochę ocierający się o graffiti, trochę o prehistoryczne malowidła naścienne, zadanie: na dużych arkuszach pakowego papieru mamy narysować, jak kiedyś to się robiło na ścianach jaskiń, symbole naszych obecnych czasów. Zostaliśmy podzieleni na grupy i dawaj, rysujemy. Później każda grupa musiała swój projekt przedstawić i objaśnić. Moja grupa jako przedstawiciela wybrała mnie, bo się najmniej bałam głośno mówić w nowej klasie.
No to opowiadam: a to że hamburger, a to, że symbol dolara, a to coś tam, a coś tam i przechodzę do symbolu, który sama dumnie wcześniej wyrysowałam: „A tu mamy białe kozaczki, buty symbol, prześmiewczy symbol. Buty, które każda królowa podmiejskiej dyskoteki nosi obowiązkowo...”. I tak gadam, plotę te bzdury, aż spojrzałam na buty pani nauczycielki – zgadnijcie, jakie to były...

#FJDHO

Pewnego pięknego poranka obudziłam się i pomaszerowałam w stronę łazienki celem zrobienia porannej dwójki. Po drodze jednak dowiedziałam się od współlokatorki, że nasz inteligentny sąsiad z góry robiąc remont, był na tyle genialny, że próbował pozbyć się pozostałego po remoncie gruzu... wrzucając go do swojej toalety. Jak się łatwo domyślić, błyskotliwy pomysł, który miał ułatwić mu życie, spowodował awarię i zapchanie rur. W całym pionie kanalizację szlag trafił. No i rozkmina, bo ciśnienie na dwójkę wzrasta wprost proporcjonalnie w stosunku do upływającego czasu, co tu robić, a raczej gdzie zrobić? Mieszkam blisko lasu, więc myślę sobie – trudno, pójdę do lasu. Jednak spacer tam trochę by potrwał, a ja muszę już... Tymczasem lokatorka doradza „Idź do sąsiada obok”. Masakra, mam powiedzieć: „Cześć sąsiad, mogę wpaść na szybką kupkę?”. Purpurowa na twarzy rzuciłam parę przekleństw pod nosem pod adresem sąsiada od remontów i heja pukać do drzwi obok. Drugi sąsiad się pośmiał, wpuścił do mieszkania, nie ma sprawy. Wchodzę do łazienki, podnoszę klapę, patrzę, a tam średniej wielkości brązowy „pływak” unosi się na powierzchni wody... Pierwsza myśl – o fuj. Spłukuję więc wodę, ale „pływak” się nie poddaje, parę razy zakręcił się w kółko i dalej wesoło sobie podryguje na powierzchni wody. Myślę – fuj, no ale ja już dłużej czekać nie mogę, zrobię więc co mam zrobić, wrzucę trochę papieru, to pewnie się w końcu spłucze. 
Nic bardziej mylnego... 
Moje dzieło po użyciu spłuczki poszło dalej wędrować rurami, natomiast wyjątkowo uparty „pływak”, którego zastałam tam wchodząc, za cholerę nie chce się spłukać. Użyłam spłuczki jeszcze sześć razy – nadal bezskutecznie. No i też ile można spłukiwać, mieszkania są małe, wszystko słychać, co sąsiad sobie pomyśli? Rozkmina co teraz, przecież nie wyjdę i nie powiem: „Sorry sąsiad, ale to g*wno, które tam pływa w kiblu, to nie moje...”, no bo jak to brzmi, a przecież rękami nie wyjmę, do kieszeni nie schowam. Trudno – poddałam się, a niech sobie myśli, że świnia jestem. 

Apeluję: ludzie, nie wrzucajcie gruzu do kibla.
Dodaj anonimowe wyznanie