Pewnego dnia, podczas studiów, pewna dziewczyna gorąco się we mnie wpatrywała. Po chwili zaczęła głośno płakać, rzuciła się na podłogę i krzyczała w moją stronę, że to wszystko moja wina, przeze mnie Krzysiu jej nie kocha...
Krzysiu to mój eks, o którym wtedy już dawno zapomniałam. A w ten sposób poznałam jego żonę :D
Moi znajomi pracują jako przedstawiciele handlowi i małym busikiem rozwożą towar po Polsce. Kilka lat temu pojechałam z nimi w trasę. Z całej wycieczki najbardziej spodobały mi się uwagi i anegdoty opowiadane sobie przez kierowców korzystających z CB radia. Szczególnie jeden wierszyk utkwił mi w pamięci, a mianowicie "Kto jeździ tico, ten robi lody za friko".
Kiedy wróciłam do domu opowiedziałam go mamie. Problem był taki, że usłyszał go mój chrześniak, który chodził wtedy do pierwszej klasy podstawówki. Jemu wierszyk także bardzo się spodobał. Oczywiście następnego dnia opowiedział go swojej nauczycielce, która jeździła Tico... Jego rodzice długo musieli tę panią przepraszać.
Mój chłopak dzisiaj chciał zrobić mi niespodziankę i przygotować kurczaka w sosie śmietanowym. Zabrakło mu śmietany, a nie chciało mu się iść do sklepu więc użył... bitej śmietany. Wydawało mu się, że to będzie to samo...
Gdy byłam mała, często jeździłam na wakacje do dziadka na wieś. Wpadała tam również moja młodsza kuzynka, która miała dużą kolekcję lalek Barbie.
Zwykle bawiłyśmy się zwyczajnie – w sklep, dom, wojny na owoce, ale czasem, gdy nikt nie patrzył, do akcji wchodził Ken gwałciciel. Tak, dobrze czytacie – Ken gwałciciel. Nasza „zabawa” polegała na tym, iż ów Ken porywał lalki, zamykał je w piwnicy i gwałcił. Oczywiście jakiś czas później na ratunek przebywał Ken numer 2 (bardziej przystojny) i ratował niewiasty z opresji.
Nie mam pojęcia skąd nam się to wzięło. Na co dzień rodzice nie pozwalali nam oglądać „dorosłych” filmów ani nawet słuchać wulgarnej muzyki. Nigdy też nie przyłapałam rodziców w łóżku.
Byłyśmy dziwnymi dziećmi.
Jak byłem mały, to miewałem głupie pomysły. Kiedyś, jako 8-letni szczyl oglądałem w telewizji jakąś polską telenowelę i tam był taki bohater, który sprzedawał dzieciakom amfetaminę w takich małych woreczkach plastikowych. Chłopak szybko zarobił na tym "biznesie" dobre pieniądze. Kupił sobie fajne ubrania i konsolę. Bardzo mnie to zainspirowało. Sam chciałem mieć konsolę!
Niewiele myśląc poszedłem do kuchni, wziąłem plastikową torbę, pociąłem ją na kawałki i nasypawszy na te skrawki mąki, zrobiłem takie małe zawiniątka. Było ich ok. 20. Wrzuciłem moje "narkotyki" do tornistra i następnego dnia zaniosłem towar do szkoły. Podczas długiej przerwy, zacząłem łazić po korytarzu pytając losowo spotkane dzieciaki, czy chcą kupić ode mnie narkotyki. Trochę słabo się ceniłem, bo za jeden woreczek żądałem od potencjalnych klientów po złotówce. Najgorsze jednak było to, że nikt nie był zainteresowany kupnem mojego towaru...
Za to ktoś podkablował mnie nauczycielce, która wyciągnąwszy z mojego tornistra tajemnicze woreczki z białym proszkiem od razu zadzwoniła po policję! Zaraz po przybyciu funkcjonariuszy do szkoły wpadli też moi rodzice oraz... para dziennikarzy i fotoreporter!
Oczywiście szybko na jaw wyszło, że moje narkotyki to tylko mąka (pełnoziarnista!). Dostałem straszliwą burę od rodzicieli, policjanci z kolei opieprzyli moich rodziców i kazali im uważać na to, co w telewizji ogląda ich dziecko. Nie zostałem też, na szczęście, zawieszony, ani wyrzucony ze szkoły.
Za to następnego dnia w "Fakcie", na pierwszej stronie pojawił się bijący po oczach nagłówek "Uczeń drugiej klasy szkoły podstawowej sprzedawał amfetaminę swoim rówieśnikom!". I było nawet moje zdjęcie (z zamazaną twarzą!).
W sali teatralnej obok mojej pracy był remont. Pewnego razu usłyszałem, jak jeden z robotników w przerwie pracy przygrywa na fortepianie swoim współpracownikom. Robił to tak świetnie, że aż poszedłem się spytać, o co tu chodzi. Okazało się, że na Ukrainie wykładał w klasie fortepianu w szkole muzycznej. Zrobiło mi się smutno, ale szybko wyrwał mnie z zadumy, mówiąc, że on bardzo się cieszy, że może tutaj pracować i że w niczym mu to nie przeszkadza. Powiedział też, że to wspaniałe, że pracując w Polsce jest w stanie zapewnić swoim bliskim bezpieczeństwo i godne życie.
Zrobiło mi się trochę cieplej na sercu, ale jakiś żal do świata o tę całą niesprawiedliwość pozostał.
Kiedyś mój chłopak zaczął wyliczać, co mam w sobie zmienić, żebym mu w pełni odpowiadała. Że mam schudnąć, zmienić styl makijażu, zmienić styl ubierania, nawet znalazł dla mnie odpowiednią fryzurę, którą miałam sobie zrobić. Wymagania dotyczyły też kwestii łóżkowych, ale to pominę. Na koniec rzucił, że mam to sobie zapamiętać, bo on może mieć każdą i jeśli się nie zmienię, to żebym się nie zdziwiła, gdy odejdzie do innej. Prawdę mówiąc, to co powiedział na koniec wkurzyło mnie bardziej niż cała ta litania życzeń. To, że ma takie wysokie mniemanie o sobie, a mnie daje do zrozumienia, że mam się cieszyć, że ze mną jest, bo nikt inny by mnie nie zechciał. Chciałam wzbudzić w nim zazdrość. Chciałam, żeby zobaczył, że i mnie może ktoś pokochać taką, jaką jestem.
Odczekałam jakiś czas, po którym założyłam fejkowy mail i napisałam z niego na mój prawdziwy adres obszerne i romantyczne wyznanie miłosne od tajemniczego wielbiciela, po czym pokazałam je chłopakowi. Cel chyba osiągnęłam – rozjuszyło go to i zaczął być zazdrosny. I to bardzo. Na tyle, że chciał hasła do wszelkich moich kont, a nawet groził detektywem. Poza tym każde spotkanie (nawet przypadkowe) z jakimś znajomym kończyło się przesłuchaniami, a czasem i wyzwiskami rzucanymi w moją stronę.
Nie, nie jesteśmy teraz szczęśliwym małżeństwem z kilkuletnim stażem i dwójką dzieci. Nie jesteśmy już razem. Wprawdzie to ja delikatnie oszukałam, ale nie żałuję tego. Otworzyło mi to oczy na to, jaki mój eks jest naprawdę. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto pokocha mnie taką, jaką jestem.
Jako że mieszkam na wsi, od zawsze chodziłam do szkoły pieszo. Różne przygody działy się po drodze. Jak miałam ok. 10 lat, gdy wracałam ze szkoły, pewien nielubiany przeze mnie chłopak zaczął rzucać we mnie jabłkami z drzewa. Ja niewiele myśląc, krzyknęłam do niego: „Spadnij z tego drzewa i sobie ręce połam, głupolu!”.
Następnego dnia okazało się, że faktycznie spadł... Złamał prawy obojczyk i lewy kciuk. Winą za wszystko obarczył... mnie. Pół szkoły się mnie bało, a ja czułam się z tym fatalnie jeszcze długo.
Dawno temu, gdy jeszcze nie chodziłem do zerówki, byłem dobrze rozwijającym się dzieckiem, nieco niesfornym, co normalne w tym wieku, ale zawsze uśmiechniętym. Wiecznie nosiła mnie energia i byłem zawsze ciekawy wszystkiego. Jedyny problem jaki miałem, to była moja wymowa „R”. Mimo ćwiczeń z rodzicami i zajęć z niejednym logopedą nikt nie był w stanie „naprawić” mojej wymowy.
Aż trafił się ten jeden dzień, bodajże było to jeszcze lato. Siedziałem w brodziku na balkonie i nasłuchiwałem tego, co się dzieje na zewnątrz, akurat w tym momencie dwójka nastolatków przechodziła niedaleko, gadali na różne tematy i nie szczędzili przy tym łaciny podwórkowej. Zafascynowany nowo poznanymi słowami pobiegłem do mamy.
– Mamo! A co to znaczy „kurrrr*a mać”?
– Synku... – powiedziała zmieszana mama. – Jak ty pięknie „R” wymawiasz...
Po tej rozmowie byłem zagadywany tak, aby zapomnieć i nie powtarzać nowo poznanego słowa, ale umiejętność wymawiania „R” już mi pozostała.
Kilka lat temu tragicznie zginął mój wujek, a zarazem chrzestny. Po wypadku został utrzymywany w śpiączce, a po tygodniu odszedł. Wszyscy bardzo to przeżywaliśmy, cała rodzina, mnóstwo przyjaciół i znajomych. Zostawił on żonę, z którą zaczął powracać do wspólnego życia, samą, z czwórką dzieci – wtedy 14-letniego i 9-letniego syna oraz bliźnięta, chłopca i dziewczynkę w wieku 4 lat.
Któregoś dnia ciocia wraz z dwójką najmłodszych dzieci poszła na cmentarz. Mimo że małe, to rozumiały, co się stało z tatą i czemu są na cmentarzu. Był to akurat początek zimy, więc na grobie zostały postawione dwa znicze w kształcie bałwanków, z imionami dzieci.
I powiedzcie mi, kim trzeba być, aby obserwować cierpiącą rodzinę, a tuż po ich odejściu od grobu podbiec i zabrać dwa śnieżnobiałe znicze z uśmiechniętymi bałwankami i koślawo napisanymi imionami?
Dodaj anonimowe wyznanie