#5KU8s

Kilka lat temu dla Gadu-Gadu (tak, dobrze przeczytaliście) weszła jakaś aktualizacja, która anulowała wszystkie poprzednie ustawienia i np. moje konto nie było już prywatne, czyli można mnie było wyszukać. Nie korzystałam z niego, ale zawsze odpalał się przy starcie komputera i pewnego razu zamigotała koperta. Zorientowałam się, że piszą do mnie mężczyźni z wiadomymi propozycjami. Bardzo mnie to wtedy bawiło. Wiele razy udawałam, że jestem zainteresowana i ciągnęłam rozmowę, po czy blokowałam ich. Pewnego razu za bardzo się zaangażowałam. Chłopak, który do mnie pisał był niewiele starszy ode mnie (23 lata), miły i chciał po prostu pogadać. Wziął mnie na to, że miał doła po śmierci dziadka.

Pisaliśmy przez jakieś dwa tygodnie. Bardzo się otworzył, był szczery, wysłał mi swoje zdjęcia. Zgadaliśmy się, że jesteśmy z tego samego miasta. Opowiadałam mu o wielu zwyczajnych rzeczach. Na przykład, że planuję zakup jakiejś książki albo że dostałam kartę podarunkową do H&M. Nie sądziłam, że on to tak zapamiętuje i wysuwa wnioski, gdzie kupuję, w jakich miejscach bywam.

Po tych dwóch tygodniach zmęczyły mnie te rozmowy. Nie miałam już czasu na codzienne zasiadanie przed kompem, więc żeby nie było mu przykro, pobrałam aplikację na telefon i pisałam z nim w tramwaju albo gdy na coś czekałam. Któregoś dnia siedziałam w galerii. Telefon podłączony do internetu - wiadomość od Daniela (tak go nazwijmy).

"Widzę cię".

Zaśmiałam się. Od jakiegoś czasu przysyłał mi takie wiadomości, natychmiast przyznając, że tylko żartował. Nie odpisałam.

"Nie odpiszesz mi :(? Przestań czytać i odpisz mi".

Zamarłam. Zaczęłam się rozglądać. Szukałam kogoś z tych zdjęć, które mi wysłał i w tłumie dostrzegłam tę twarz. Tyle że... coś było nie tak. W miarę jak zbliżał się w moją stronę zobaczyłam, że jest dużo niższy niż podawał, wygląda młodziej niż na zdjęciach, a gdy się odezwał... o matko - mutacja jak nic.

W środku chciałam uciekać, ale jestem na to zbyt miła, więc nie powstrzymałam go jak się dosiadł. W głowie miałam tylko dwie rzeczy: "jak mnie znalazł?" oraz "jak się ulotnić?". Im dłużej tam siedziałam, ty gorzej było:
1. Zapytał, czy może dopić moją kawę.
2. Zamówił sobie zapiekankę i chciał, żebym jadła z nim - ja od jednej, on od drugiej strony.
3. Mówił, że jestem piękniejsza niż na profilowym na Facebooku.
4. Tak się denerwował, że jego pot było czuć w całej kawiarni.
5. Kiedy powiedziałam, że muszę iść, chciał odprowadzić mnie pod sam dom.

Uratował mnie kolega, do którego wysłałam SMS-a. Wieczorem napisałam do Daniela, że musimy zakończyć znajomość, bo mój agresywny chłopak zrobił mi awanturę, gdy zobaczył nasze rozmowy na GG. Dał mi spokój, wow. Ale przez kilka miesięcy bałam się, że wciąż za mną chodzi i mnie obserwuje...

#BV7NX

Pamiętam swoje pierwsze lekcje informatyki w szkole podstawowej. Pewnego razu nauczyciel kazał nam przynieść dyskietki (tak, to były te czasy), bo mieliśmy zapisać na nich nasze przyszłe "dzieła", a ja jak zwykle przypomniałam sobie o tym na dzień przed lekcją informatyki. Żeby nie słuchać po raz kolejny, że wszystko zostawiam znowu na ostatnią chwilę, poszłam do starszego o rok kuzyna, który sporo przesiadywał przed komputerem i miał dużo gier i innego ustrojstwa, w celu zdobycia tej niezbędnej dyskietki.

Kuzyn popatrzył w swe zbiory, wyciągnął jakaś dyskietkę, stwierdził, że może coś na niej jest, ale raczej powinna być czysta, więc mogę sobie ją zabrać.
OK, zadanie wykonane, dyskietka w plecaku, można wracać.

W dniu zajęć z informatyki robiliśmy jakiś projekt, który mieliśmy dokończyć na kolejnych lekcjach, więc nadszedł ten wielki moment wyciągnięcia i użycia mojej zdobyczy!
Niby problemu być nie powinno, bo co to za filozofia zapisać plik? Jednak problem się pojawił, bo za nic nie mogłam zgrać tego zafajdanego projektu.

Po krótkich bojach informatyk ruszył na pomoc. Okazało się, że na dyskietce jest plik "Dalmatyńczyk" i to przez niego nie można zgrać mojego projektu - było po prostu za mało miejsca.

Momentalnie wszyscy zainteresowali się co też może być ukryte w tym pliku, więc zaczęli wgapiać się w monitor mojego komputera.

I wiecie co? Okazało się, że ten "Dalmatyńczyk" to po prostu pornos... jak pies pyka kobietę... Informatyk cały czerwony, ja w szoku... On groźnym głosem pyta czyje to?! No i się rypło. Powiedziałam, że dostałam dyskietkę od kuzyna i nie wiedziałam co na niej jest.
W końcu skąd mogłam wiedzieć, że ten kretyn w wieku 12-13 lat ogląda takie rzeczy?
Nie pamiętam już, czy nauczyciel zabrał tę dyskietkę, czy skasował ten plik i mi ją oddał, ale nigdy nie powiedział o tym mojej mamie, a mógł to zrobić - pracują razem w tej samej szkole (rodzicielka dowiedziała się o tej sytuacji ode mnie kilka lat później ;)).

#KZsID

Po szczęśliwym związku trwającym 20 lat i wychowaniu dwójki pięknych dzieci, moja żona twierdzi, że nie czuła się wspierana ani nie mogła ze mną rozmawiać przez ostatnie trzy lata. W tym czasie doświadczyliśmy kilku tragedii - śmierci mojego ojczyma, śmierci matki mojej żony, napaści seksualnej na naszą córkę na imprezie w zeszłym roku - co spowodowało, że oderwałem się od stresującego środowiska pracy, ponieważ walczyłem, by sobie poradzić.

Odkryłem SMS-y do jej starych przyjaciół, w których mówiła o tym, że już mnie nie kocha i nie uważa za atrakcyjnego seksualnie - jestem załamany. Kobieta, którą kocham bardziej niż cokolwiek na świecie, chce mnie zostawić. Odbyliśmy kilka sesji doradczych i teraz żyjemy z dnia na dzień w „szarej strefie”, przynajmniej do czasu, gdy nasza córka pójdzie na uniwersytet w przyszłym roku.

Moja żona chce być „przyjaciółmi” i grać szczęśliwą rodzinę, aby chronić naszą córkę, ale naprawdę mam z tym problem emocjonalny. Mówi o ponownym budowaniu naszej przyjaźni i zobaczeniu, jak się rozwija, ale czuję się opuszczony i nie wiem, co robić.

#p09bK

Był w moim życiu czas, gdy z pieniędzmi było tak krucho, że po opłaceniu mieszkania i rachunków na życie zostawało mi  170 zł...

Bezpłatny staż w dużym stopniu utrudniał życie, ale był jedynym światełkiem w tunelu i jedyną opcją, by zdobyć dobrze płatną, normalną pracę.
Próby dorobienia na boku były dość mizerne, ale zawsze znajdowała się jakaś praca, która pozwala przeżyć.

Najgorzej było po wykupieniu antybiotyku na receptę, takiego zwykłego, na zwykłą codzienną chorobę tysięcy ludzi. Kosztował 57,89 zł i to była cała "dniówka " zarobiona na sprzątaniu restauracji. Zostało mi 2,11 zł wydane na najtańszy, największy chleb.

Brakło mi na jedzenie. Lodówka pusta, odłączona, by nie tracić energii, pralka to moje ręce, ale głodu nie idzie odłączyć. Pójście pod gimnazjum po 8h stażu na drugi dzień było dobrym pomysłem.

Oczekiwanie przynosiło efekty, w koszu przed wyjściem lądowały zapakowane kanapki od rodziców dla dzieci. Z trzema bułkami z masłem, szynką i żółtym serem i jedną z nutellą praca przy sprzątaniu restauracji nie była aż taka straszna.

Sytuacja powtórzyła się wiele razy, wstyd i strach, że ktoś to zauważy, były ogromne. Ale udało się. Praca jest moja.

#haSAb

Sytuacja wydarzyła się w lato. Spotkałem się z kolegą Piotrkiem na piwko, tak normalnie pogadać. Posiedzieliśmy, popiliśmy, po czym rzuciłem pomysł zajarania, bo akurat miałem przy sobie mały słoiczek trawy. Troszkę spaliśmy, a resztę tego co zostało kolega chciał odkupić (nie chciał przyjąć za darmo). Niestety nie mieliśmy czym tego zważyć. Piotrek rzucił pomysł, aby pójść do stokrotki, wziąć taki sam słoik i zważyć go (odejmując wagę netto koncentratu, bo akurat ten słoik był po Pudliszkach), a następnie ten postawić na wadze i porównać. Nie wiem dlaczego, ale stwierdziłem, że to genialny pomysł.

Poszliśmy, znaleźliśmy taki sam koncentrat i zważyliśmy go na dziale warzywnym, a następnie ten z trawą w środku. Po odjęciu wyniki okazały się takie same, prawdopodobnie waga nie uwzględniała gramów.

Wtedy zrozumiałem, że ważyliśmy trawę w sklepie, przy kamerach, przy innych ludziach. Totalni debile. Oddałem mu ten słoiczek za dychę, żeby tylko nie musieć z nim wracać do domu.

#DOnaT

Pracując w Obsłudze Klienta, napotykamy przeróżne przypadki - czasem miłe, czasem bardzo nieprzyjemne, a czasem po prostu dziwne. Dziś o jednym z niepokojących i dających do myślenia.

W okolicy południa podeszła do mnie kobieta, na oko w wieku około 30 lat. Twarz miała wykrzywioną gniewem i charakterystyczną dla osób z defektem genetycznym (myślę, że każdy z Was będzie wiedzieć, jak taka osoba wygląda). Jak zwykle obrałam podejście defensywne, spodziewając się skarg na obsługę, towar, pracowników. Sprawa dotyczyła jednak dziecka kobiety.

- Proszę mi oddać moje dziecko! - warknęła. Spąsowiałam i brakło mi słów. - Proszę mi znaleźć moje dziecko i mi je oddać, jak można kraść ludziom dzieci w takim sklepie? Jak mi ukradliście, to go oddajcie, ja tu czekam i wzywam policję, że mi obsługa porwała dziecko!

Potok słów był niemal nie do zatrzymania, a w jego trakcie udało mi się ustalić tyle, że pani nie przypilnowała dzieciaka, że jest ubrany w żółtą koszulkę i że jest uczniem podstawówki, skutecznie zniechęcając klientkę do wyciągania z torby książeczki zdrowia i aktu urodzenia chłopca czy zaświadczenia o stopniu niepełnosprawności. W akompaniamencie dalszych oskarżeń o porwanie i sianie terroru powiadomiłam agentów ochrony i monitoring o prośbie zlokalizowania dzieciaka, po czym sama wyruszyłam na jego poszukiwania; klientka pozostała na miejscu.
Chłopiec znalazł się po krótkich poszukiwaniach - rzeczywiście w koszulce, chociaż jaskrawozielonej, na oko 4-6 klasa, również niepełnosprawny. Zero kontaktu słownego czy wzrokowego, uciekający przed ludźmi, przestraszony, choć, o dziwo, nie zapłakany, jak to zwykle bywa. Obraną taktyką psa pasterskiego zagoniłam dzieciaka w stronę kas, zwyczajnie chodząc wokół niego, bo i tak uciekał, i doprowadziłam do matki, która w międzyczasie zdołała posiać własny terror wśród kasjerek i aktualnie atakowała jedną z młodszych. Chłopiec trafił do matki, po czym wśród dalszych oskarżeń i gróźb, pani odeszła.

Cóż, czasami tak bywa, że trzeba się natrudzić w pracy.

Osobiście nie mam nic do osób niepełnosprawnych umysłowo, irytują mnie o wiele bardziej ich opiekunowie bądź właśnie tych opiekunów brak. Jeszcze bardziej jednak niepokoi mnie fakt, że osoby już niepełnosprawne zabierają się za płodzenie dzieci, których szanse na pełne zdrowie psychiczne i fizyczne są żałośnie małe. Jestem w pełni "za" jeśli chodzi o zachowanie prawa do życia, zakładania rodziny, miłości itd. dla wszystkich, jednak mam mieszane uczucia w sprawie tych praw w odniesieniu do osób, które nie są i nie będą w stanie być w pełni samodzielne właśnie pod względem umysłowym. Może to okrutne lub nieludzkie, ale czuję niechęć do faktu braku kontroli urodzeń w przypadku osób właśnie takich, jak opisana pani.

I w sumie tyle. Ciągle mnie to po prostu gnębi.

#wl1Xk

Niedawno byłem świadkiem wypadku samochodowego, reanimowałem tego człowieka Ale nie przeżył. Zmarł na moich rękach. Zdarza się, pomyślicie, cóż więc w tym anonimowego?

Otóż podczas seksu z moją dziewczyną przypominam sobie tę właśnie scenę, ażeby przedłużyć stosunek. Nikt nigdy się tego nie dowie, moi anonimowi przyjaciele.

PS Działa.

#qVxQQ

W wydziale kryminalnym mieliśmy do czynienia z różnymi sprawami. Jednymi łatwiejszymi, innymi trudniejszymi, jak również takimi, o których człowiek chciałby jak najszybciej zapomnieć. Ale jedna szczególnie utkwiła mi w pamięci.

Kilka lat temu, mając akurat przerwę w pracy, zaczęliśmy dyskutować nt. coraz częstych kradzieży w mieszkaniach. O tyle dziwnych, że nie było żadnych śladów włamania. Kompletnie żadnych. Ktoś jakby wchodził do siebie. Zaczęliśmy przeglądać akta spraw i szukać ewentualnych cech wspólnych. Jedyne, co się pokrywało, to fakt, że mieszkania były na parterze z oknami od podwórza i okradziono je pod nieobecność właścicieli. Tyle.

Ale nasz policyjny nos podpowiadał nam, że te sprawy muszą się jakoś ze sobą jeszcze łączyć, poprosiliśmy o zgodę komendanta na głębsze przyjrzenie się temu. Przesłuchanie 10 ofiar trochę zeszło, niemniej jednak wyszedł na jaw jeden fakt, który został wcześniej kompletnie pominięty. Nie było o nim nawet wzmianki w aktach. Ofiary jakiś czas przed kradzieżą wymieniały zamki w drzwiach. Sprawdziliśmy więc ten trop i okazało się, że zajmowała się tym jedna i ta sama osoba. Znaleźliśmy punkt zaczepienia.

Komendant niechętnie, bo niechętnie, ale zgodził się na prowokację. Do podstawionego mieszkania, które spełniało wymagania do potencjalnej kradzieży, wezwaliśmy naszego delikwenta pod pozorem zwykłej wymiany zamków. Teren obstawiony, kamery w całym mieszkaniu i na klatce. I tak oto nasz podejrzany, w czasie normalnej pracy, zdążył zapytać się o łazienkę, przy okazji dyskretnie rozglądając się po mieszkaniu, zamontował kamerę w rogu korytarza, pod samym sufitem i, co najważniejsze, zrobił woskowy odlew kluczy. Oczywiście nie spodziewał się, że ktoś go nagrywa.

Obserwacja trwała dobry tydzień. W końcu, w piątkową noc, nasz delikwent postanowił uderzyć. Wykorzystał fakt, że nasi podstawieni właściciele postanowili wyjść na imprezę. Przyjechał z, jak się później okazało, dwoma synami, furgonetką, zaparkował na podwórzu, po czym, jak gdyby nigdy nic, wszedł do mieszkania i zaczął wynosić przez okno co ciekawsze rzeczy.

Zgarnięcie go w tamtym momencie miałoby podstawy, ale woleliśmy go jeszcze śledzić, by zorientować się, gdzie trzyma fanty z kradzieży. Dorwaliśmy go na innym osiedlu, gdzie w garażu wszystko przechowywał. Ładnie posegregowane, poukładane, opisane.
Bez problemu powiązaliśmy go z innymi kradzieżami właśnie dzięki jego skrupulatności.

Facet, jak i jego synowie, dostali po 8 lat więzienia. Trochę mało, biorąc pod uwagę ilu kradzieży się dopuścili. Ale taki był wyrok sądu, takie są kary przewidziane, więc my, mundurowi, nie mamy w tej kwestii nic do powiedzenia.

Swoją drogą, kreatywność złodziei naprawdę nie ma chyba granic.

#lEUGW

Mam 22 lata i jestem prostytutką.

W moim otoczeniu uchodzę za normalną dziewczynę. Mam dobre kontakty z rodzicami, przyjaciół, robię ambitne studia i w trakcie nich już zdobywam doświadczenie w zawodzie. Jestem tym chwalonym 'dzieckiem' rodziców.

Nikt jednak nie wie, co robię od wielu miesięcy. Zaczęło się niewinnie. Były facet mnie zdradził, rozstaliśmy się, ja byłam samotna, miałam też swoje potrzeby. Pod wpływem podniecenia założyłam konto na seks kamerkach. Ot tak, dla zabawy, chciałam z kimś pogadać i miałam fantazję, żeby ktoś patrzył jak robię sobie dobrze. Odkryłam w ten sposób, że serio można na tym zarobić. Spędziłam tam tydzień, 2h na dzień, łącznie zarobiłam tam przez ten czas prawie 2000 zł bez pokazywania twarzy. Nie robiłam też jakiś dziwnych rzeczy, masturbowałam się, pokazywałam nago, takie raczej standardy.

Potem nastał taki czas, że nie miałam wolnej chaty, nie mogłam siedzieć na kamerkach. A ja już zdążyłam się od tej kasy uzależnić. To pchnęło mnie do prostytucji. Z klientami umawiałam się przez pewien portal. U nich w domu, w aucie, w hotelu. Wybierałam sobie klientów, z facetem musiało mi 'zaiskrzyć', z każdym się nie spotykałam. Zachowywałam też pewne środki ostrożności, choć póki co żaden nie chciał mi zrobić krzywdy czy zrobić czegoś wbrew mojej woli.

Spodobało mi się to. Ja lubię seks, na związek nie jestem gotowa po poprzednim. Serio, z tymi facetami często jest mi przyjemnie. Ja się do niczego nie zmuszam, stawiam warunki, a oni mi płacą.

Co robię z pieniędzmi? Mam manię gromadzenia kasy na koncie oszczędnościowym. Zostawiam te pieniądze na przyszłość. Na razie nie wydałam z mojego 'biznesu' ani złotówki, czekam na odpowiedni powód, aby te pieniądze wydać.

Dzielę się tym wyznaniem, bo jest to anonimowe i to dosyć mocno. I mam do was pytanie. Dlaczego widzicie w tym coś złego, brak szacunku do siebie? Ja też tak kiedyś myślałam póki w to nie weszłam. Uważam, że brak szacunku do siebie jest wtedy jakbym robiła coś wbrew mnie, zmuszała się do czegoś, a mi potrafi być przyjemnie i jeszcze mam z tego pieniądze. Poza tym w tych naszych czasach ONS czy FWB jest już w pełni akceptowalne, czyli za darmo to jest ok, a za pieniądze to kobieta się puszcza? Nie rozumiem tego.

Zastanawia mnie punkt widzenia innych ludzi.

#sweDV

W wieku lat 6 najbardziej na świecie bałam się zastrzyków, wszelkich igieł oraz owadów z żądłami - szczególnie os (kiedy tylko widziałam jakąś panikowałam tak bardzo, że cała się trzęsłam i natychmiast uciekałam w jakimkolwiek kierunku). 

Nadszedł czas szczepienia. Ja, cała w nerwach, czekam przed drzwiami do mojego mieszkania na mamę. Chodziłam nerwowo w kółko rozmyślając o czekających mnie torturach, kiedy nagle potknęłam się o kawałek drewna i przewróciłam się na stojącą tam szafę. W pełnym szoku popatrzyłam na moją dłoń i uznałam, że coś jest nie tak - kciuk odwrócił się o 180 stopni, tak że paznokieć znajdował się niemal po wewnętrznej stronie. Oczywiście pełna syrena, ryczę wniebogłosy, mama przybiega - wiadomo, jedziemy do szpitala. W taksówce uznałam, że w sumie dobrze się stało, bo przynajmniej nie muszę iść na igiełkę! 

Po chwili leżałam w sali szpitalnej na łóżku, nade mną lekarz, kilka pielęgniarek, gotowych na zabieg. Podeszła pani ze strzykawką i mówi miłym głosem, że teraz zrobi mi zastrzyk znieczulający. Ja, pewna, że ominę takie doświadczenie tego dnia, wpadłam w taki szał jak nigdy. Walałam się po łóżku jak jakiś uwięziony zwierz. Miła pani nagle wpadła na świetny pomysł jak mnie uspokoić i powiedziała: "Kochanie, nie bój się, to będzie bolało tylko tak, jak użądlenie osy!". To był duuuży błąd. 

Zleciało się chyba pół szpitala, ja musiałam wyglądać jakbym dostała wścieklizny. W końcu ktoś przywiózł maszynę do narkozy, parę osób mnie przytrzymało i założyło maskę. Po kilku wdechach już spałam. Obudziłam się szczęśliwa, jak to po narkozie - trochę jak zjarana. Mama siedzi koło mnie i opowiada przez telefon tacie, jak to jego mała córeczka wpadła w taki szał, że podbiła oko pielęgniarce i kopnęła porządnie w krocze innego pracownika szpitala, pomagającego przy zabiegu. 

Kiedy byłam tam kilka lat później z urazem, od razu przywieźli mi maszynę do narkozy...
Dodaj anonimowe wyznanie