Gdy byłam mała, nie miał się mną opiekować. Mama chodziła do szkoły (miała niespełna 18 lat, gdy mnie urodziła), babcia i dziadek pracowali, a tata ze mną nigdy nie mieszkał. Błogosławieństwem okazała się sąsiadka z góry, starsza pani, na którą, jak już nauczyłam się mówić, mówiłam niania.
Opiekowała się mną, odprowadzała i przyprowadzała ze szkoły... Była dla mnie taką drugą babcią.
6 marca 2008 jako siedmioletnia dziewczynka grzecznie położyłam się spać już przed 21. Tamtego dnia nie mogłam zasnąć, a niania wędrowała z przedpokoju (skąd miała na mnie dobry widok) do salonu, gdzie leciał jej serial. Nagle straciłam nianię z oczu, chociaż nie poszła do salonu, a towarzyszył temu huk. Myślałam, że spadło coś w kuchni, wołałam nianię, ale się nie odzywała. Wstałam z łóżka i zobaczyłam ją leżącą z zamkniętymi oczami. Próbowałam ją podnieść, potem chciałam zadzwonić na pogotowie (od małego uczono mnie co robić w takiej sytuacji), ale stwierdziłam, że nikt mi nie uwierzy... Wybiegłam z mieszkania, do sąsiadki, której o wszystkim opowiedziałam. Dystrybutorka pytała się o różne głupie rzeczy, których normalny sąsiad nie wie (czy przyjmuje leki, jak tak, to dokładnie jakie - ja wiedziałam i zawsze pilnowałam niani, czy wzięła tabletki). Karetka przyjechała po kilkunastu minutach, niestety niani nie udało się uratować. Stwierdzono zawał.
Gdy zbliża się rocznica śmierci niani, coraz częściej przychodzi mi na myśl, że może gdybym to ja zadzwoniła na pogotowie... Przecież dziecka by się nie pytali...
W trakcie zakupów poprawiam towary na półkach, jeśli stoją nierówno.
W sklepie zawsze układam rzeczy tak, żeby były dokładnie napisami do klienta. Najczęściej wpadam w półki z puszkami i kręcę, i obracam, i ustawiam.
Wszystko musi być idealnie ustawione. Nie umiem tego powstrzymać.
Gdy miałam kilka lat, uważałam, że wystarczy pomyśleć o ciąży, by mieć w brzuchu maluszka. Wyobraźcie sobie czterolatkę, która chodziła i powtarzała: "nie myśl o ciąży, nie myśl o ciąży!". Raz byłam bardzo zmartwiona, bo jednego dnia pomyślałam o tym dwa razy. Co ja bym zrobiła z bliźniakami?
Podrywałem bardzo fajną dziewczynę i całkiem fajnie nam się rozmawiało, ale nagle nastała ta niezręczna cisza, więc żeby nie było głupio tak siedzieć cicho, to spytałem "kiedy ostatnio kichałaś?". Nie mam pojęcia co miałem na celu.
Jako mała dziewczynka w podstawówce rozpoczynająca przygodę z matematyką postanowiłam, że nie będę spisywać zadania domowego od innych uczniów.
Pani matematyczka zadała nam 2 strony zadania domowego, które następnego dnia miała sprawdzić. Ja oczywiście odrobiłam swoje ćwiczenia sama, a reszta klasy przepisała na przerwie przed lekcją zadanie od osoby, która zrobiła dodatkowo jeszcze dwie kolejne strony (w sumie 4). Ja niczego nieświadoma udałam się na zakupy do bufetu i pozostałam z tymi dwiema właściwymi.
Niestety przy sprawdzaniu zadania domowego to ja dostałam jedynkę, ponieważ "skoro wszyscy mają, to znaczy, że było zadane".
Tak niesprawiedliwie można się poczuć tylko w szkole.
Od tego czasu ZAWSZE przepisywałam zadania domowe.
Poznałam chłopaka na pewnym czacie, spotkanie jedno, drugie, szybko zostaliśmy parą... Po miesiącu postanowił mnie zabrać na zamek, ot, fajny wypad. Pech chciał, że tego dnia rzucało żabami, a wiało tak, że majtki chciało porwać. No nic, jak randka, to randka - jedziemy!
Zwiedzanie przebiegło fajnie, mimo pogody (miłość nas rozgrzewała). Czas wracać do domu. Mój luby po drodze wyskoczył, że zabierze mnie jeszcze w jedno miejsce. Na jakieś skałki, polankę, no okey, niech będzie. Zatrzymaliśmy się na jakimś wygwizdowie, skałki owszem, są, ale wokół żywej duszy nie ma. Wysiadamy, idziemy, wspinamy się, deszcz pada, wiatr piździ, a my brniemy. Wyprowadził mnie w jakąś polanę, wokół drzewa i z tekstem do mnie, że to chyba nie tu i że mam poczekać, on pójdzie w inne miejsce i zobaczy, czy to tam... No kręcił jak skurczybyk, ale niech mu będzie, poczekam. Nagle w tył zwrot i biegiem przed siebie! Myślę sobie: No dziad mnie chce tu zostawić! Jak nic! Ale ja się tak łatwo nie dam i tuptam za nim, a co! Wylazłam na najwyższą skałkę i wodzę ślepiami za wyżej wymienionym. Deszcz zacinał, a że noszę okulary, to widziałam jak widziałam. Licho, bo licho, ale zawsze coś. I widzę, że na dole jakiś oszołom popierdziela z jakimś drzewkiem, sosenką czy innym czymś w samej koszuli. Czym wyżej jest, tym bardziej mi kogoś przypomina, ale taktycznie zwiałam, coby mnie nie zobaczył. Wyszedł i widzę mego Kociaka, z ogromnym bukietem kwiatów (białe goździki) i trzęsącymi się rękoma wyjmuje pudełeczko, klęka i pyta, czy wyjdę za niego.
Najbardziej szczere TAK, jakie kiedykolwiek w życiu wypowiedziałam, mimo że znaliśmy się tylko miesiąc.
Obecnie jesteśmy razem od ponad dwóch lat, a w grudniu ślub. ;)
Mój chłopak przyniósł mi dzisiaj w prezencie śliczną torebkę od Korsa. Jakieś drobniutkie ślady używania, ale ogólnie w idealnym stanie, mówił, że znalazł w lumpeksie za bezcen i uznał, że się ucieszę. Na krawędzi jest jakaś malutka naklejka z kotkiem, mam sobie ją sama urwać jak chcę, bo on nie był pewny, czy nie naruszy powłoki.
Ucieszyłabym się, gdyby nie to, że…
Godzinę wcześniej moja przyjaciółka żaliła mi się, że jakiś dupek ukradł jej w parku torebkę. Z charakterystyczną naklejką z kotkiem.
Chłopak zaciągnął mnie na niedzielny obiad do jego dziadków. Miałam na sobie koszulkę z napisem "Team satan". Gdy weszliśmy i powiedziałam dzień dobry, pierwsze co usłyszałam "To córka Gośki!". Jego babcia była wychowawcą mojej matki, gdy ta siedziała w poprawczaku.
Grunt to pierwsze wrażenie, nie?
Na wycieczce klasowej przewodnik w muzeum poprosił wszystkich o spokój, żeby można było się wsłuchać w absolutną ciszę tam panującą. Pierdnąłem.
Ostatnio przeczytałam tutaj kilka wyznań o psychologu/pedagogu szkolnym. Postanowiłam opisać również swoje wspomnienia związane z tą osobą.
Jakiś czas temu (w poprzednim roku szkolnym) miałam kilka problemów (w sumie nadal mam, ale to nie o to chodzi) i się samookaleczałam. Koleżanka uznała, że dobrym pomysłem będzie powiedzenie o tym naszemu nauczycielowi, więc to zrobiła. W końcu dowiedziała się szkolna p. pedagog/psycholog i zaprosiła mnie na rozmowę. Właściwie nie miałam wyjścia, więc na którejś mało ważnej lekcji nauczyciel mnie zwolnił i do niej poszłam.
Właściwie całą rozmowę rozpoczęłyśmy takim dialogiem:
P: Masz jakieś problemy w domu?
Ja: Nie.
P: A w szkole?
Ja: Nie.
P: To dobrze.
No dobrze. Bardzo ku*wa dobrze. Później inteligentnie zapytała jeszcze, czy się tnę. Nie, tak dla zabawy przyszłam ;)
Oczywiście o przebiegu całej rozmowy poinformowała moich rodziców, nie pytając mnie wcześniej o zdanie.
No i tutaj dochodzimy do największego absurdu tej sytuacji. Ta pani stwierdziła, że najlepszym i wystarczającym sposobem, żeby mi pomóc będzie podpisanie "umowy". Dała mi kartkę, gdzie chwilę wcześniej napisała "*moje imię i nazwisko* obiecuję, że nigdy nie będę się już ciąć..." czy coś w tym stylu... Dobry pomysł, nie ma co.
Rozmowa z nią w żaden sposób mi nie pomogła, ewentualnie trochę pogorszyła sytuację, bo dowiedzieli się moi rodzice i zaczęli mi robić wyrzuty z tego powodu.
Jedna z moich znajomych z innej klasy, która wcześniej nie wiedziała o moich "przygodach" z p. pedagog/psycholog, też się samookaleczała i sama zdecydowała się pójść i z nią porozmawiać. Dokładnie nie wiem, jak ta rozmowa wyglądała, ale skończyła się tym, że znajoma była tak dobita, że napisała list pożegnalny. Finalnie samobójstwa nie popełniła, ale była bliska tego kroku.
Nie wiem, skąd się biorą tacy ludzie jak ta pani. Nie wiem, dlaczego po wielu tego typu akcjach nadal pracują w szkole i "służą pomocą" nastolatkom.
Dodaj anonimowe wyznanie