Kiedyś umówiłam się na pierwszą randkę z kolesiem z mojego miasta. Wydawał mi się dziwny, ale chciałam dać mu szansę. Na wszelki wypadek na spotkanie do torebki wsadziłam nóż.
Już na spotkaniu zadzwonił do mnie telefon, a w tym czasie zapytał, czy mam może pożyczyć chusteczkę. Kazałam otworzyć sobie torebkę i wyjąć. Otwierając ją, zauważył na wierzchu nóż. Potem zapytał mnie, po co noszę nóż w torebce.
Dobrze, że była jesień, powiedziałam, że z rodzicami na grzybach byłam i zapomniałam wyjąć.
Sceneria: ciemne czeluści sypialni grubo po 22.00.
Sytuacja: Ja po obejrzeniu thrillera, jeszcze nieco roztrzęsiona rozglądam się naokoło próbując zobaczyć zbliżających się na paluszkach morderców, ale tylko czerwona piłka z kąta cicho sunie w moim kierunku (normalka, pokój jest nieco pochyły). Zaczynam nasłuchiwać, czegokolwiek, leżę opatulona po same uszy, bojąc się poruszyć by odłożyć telefon. I nagle, dostaję wiadomość od kolegi. "Czy ktoś za tobą stoi?".
Skamieniałam, adrenalina mi skoczyła, ciśnienie w końcu miałam normalne, serce tłukło w piersi. Chyba dziesięć minut leżałam, rozważając czy się odwrócić.
Ostatkiem zdrowego rozsądku napisałam "Czemu pytasz?"
Po kilku sekundach odpisał, a właściwie wysłał mi art z całującymi się, gołymi kobietami.
Konkluzji nie będzie, art został zachowany, ale bliżej zawału to chyba nigdy nie byłam w całym moim siedemnastoletnim życiu.
Stałam w kolejce do jednej z budek wrocławskiego jarmarku bożonarodzeniowego. Tuż przede mną stała kobieta w podeszłym wieku. Poprosiła o oscypka z żurawiną. Zapłaciła i uśmiechając się smutno szepnęła pod nosem: "Dziś są moje urodziny, to sobie pozwolę, a co! Nie mam nikogo, kto ma mi sprawiać prezenty, kto jeśli nie ja sama?".
Smutne, że w tym kraju urodzinowym szaleństwem dla starszej pani jest wydanie 3 złotych...
Na wstępie: mam ponad 20 lat, dużo młodszego brata, który wkracza w wiek nastoletni i rodziców. Ojciec rzadko bywa w domu, bo większość czasu spędza w delegacjach, a matka ma ciężki charakter.
Po skończeniu szkoły ponadgimnazjalnej zapisałam się na studia w dużym mieście wraz z chłopakiem, z którym też zamieszkałam. Moje studia okazały się niewypałem, więc żeby nie psuć sobie życia czymś, co Cię męczy, rzuciłam je i znalazłam pracę. Postanowiłam, że myśl o studiach przełożę na kolejny rok, a w między czasie zastanowię się jaką uczelnię wybrać.
Sytuacja właściwa: wybór odpowiednich studiów wiązał się z powrotem do domu. Czego chyba żałuję... W domu są wieczne awantury, spowodowane tym, że ja i mama nie potrafimy się dogadać. Ona potrafi mnie i dużo młodszego brata zwyzywać od sk*******ów. Najgorsze jest to, że ona mimo mojego dorosłego wieku dalej traktuje mnie jak dziecko, które nie ma nic do gadania. Gdy staję w obronie brata, choć w środku zalewam się łzami, mówi mi, że mam się zamknąć.
Gdy w weekendy widujemy się z chłopakiem, bo w tygodniu dzieli nas ponad 350 km, ustala mi czas, jakim możemy się spotkać albo pyta "jeden dzień w tygodniu Wam nie wystarczy?!" - oczywiście złośliwie. Tata? Usprawiedliwia jej zachowanie ciężkim dzieciństwem. A ja? Nie wiem co zrobić. Niedługo kończy się rok akademicki i zastanawiam się czy nie przenieść się na studia zaoczne i wyjechać do chłopaka, by tam mieć święty spokój...
Ale z drugiej strony, jeśli tak postąpię to wyjdzie na jej i będę poniżana, że nie umiem o sobie zadecydować tylko "mój chłopak mną manipuluje" i "znowu uciekam", a po drugie szkoda mi mojego brata, bo wtedy on zostanie sam z tą paskudną sytuacją.
Puenty brak. Po prostu trzymajcie kciuki, bym nie zwariowała do reszty, bo wizyty u psychiatry są już za mną :).
Wiecie co jest smutne i zabawne?
Jestem początkującą artystką, nie piosenkarką, nie aktorką, po prostu zajmuję się pewną dziedziną podchodzącą pod sztukę.
I pracuję pod pseudonimem, a moje prace zaczynają być popularne w pewnych kręgach, coraz więcej osób kojarzy moje fałszywe imię.
I to mi daje ogromną radość, to jest spełnianie moich marzeń, które moje rodzina niszczyła mówiąc "z tego nie ma chleba" lub "tylko nieudacznicy to robią".
Moja rodzina przez lata wyśmiewała to co kocham i gdyby nie jakiś impuls z góry, to pewnie wierzyłabym w ich słowa.
Jeden jedyny raz zaryzykowałam, wysłałam swoją pracę do miejsca, w którym mogła zyskać rozgłos, miejsca za granicą.
Kilka miesięcy później dostałam pozytywną odpowiedź, moja praca okazała się sukcesem, może nie na skalę światową, ale kilkaset tysięcy osób się zainteresowało, zaczynam powoli na tym zarabiać.
I teraz mam jakiś zalążek szczęścia w życiu, jestem spełnionym człowiekiem.
Pytacie, co w tym anonimowego?
Moja rodzina, która wyszydzała moją pasję, nie interesowała się, zabraniała mi tego robić, teraz ma pretensje. O co?
Że nie podpisuję tego ich nazwiskiem, że moje prace nie są opatrzone imieniem i nazwiskiem jakie mam w dokumentach, bo mój sukces to ICH DUMA i oni chcą się mną chwalić i och, oni tyle mnie wspierali...
Tu się zdziwią, bo po 18 urodzinach nazwisko zmieniłam, a oni? Oni niczym nie zasłużyli na to, by dzielić mój sukces.
Możecie nazwać mnie wyrodnym dzieckiem, ale w moim domu nie było łatwo, a mój sukces? To MOJE wiele zarwanych nocy, to MOJE ciężkie godziny i dni pracy, to MOJA pasja i to MÓJ sukces w czymś, co negowali.
Jest mi przykro za ich zachowanie, ale wiem, że dobrze robię. Całe życie mnie wyśmiewali mówiąc, że moja pasja to ścierwo, zajęcie dla głupców i artysta to osoba przegrana na starcie.
Osiągnęłam wiele, idę na szczyt, ale pod własnym nazwiskiem, moje nazwisko to moja marka, marka, na którą ciężko pracowałam, latami chowając moje prace tak by nie skończyły jako podpałka do ognia.
Sama się tworzyłam i sama tworzyłam moje prace i nie pozwolę, by moja rodzina zbierała za to laury.
Właśnie przeczytałam wyznanie #gGJG8 i przypomniała mi się moja historia.
Około miesiąc temu, gdy wchodziłam do księgarni przy Szewskiej w Krakowie, zaczepiła mnie młoda, niska, pulchna kobieta o ciemniejszej karnacji.
Z początku nie wiedziałam o co chodzi, bo podsuwała mi pod nos jakąś kartkę nic nie mówiąc. Rzuciłam okiem na papier - była na nim flaga Unii Europejskiej, coś o Stowarzyszeniu Głuchoniemych i częściowo wypełniona tabelka z danymi różnych osób. Ponieważ patrzyłam pobieżnie, pomyślałam, że zbierają podpisy w jakiejś słusznej sprawie i stwierdziłam, że nic nie szkodzi podpisać.
Zaczęłam wypełniać komórki, gdy dotarłam do ostatniej, nagle zauważyłam, że powyżej są wpisane kwoty 100 czy 50 złotych. Zrobiło mi się głupio, sama nie mam wielu pieniędzy, ale wygrzebałam 10 zł z portfela i podałam dziewczynie, przepraszając, że tylko tyle. Ona i tak była bardzo wdzięczna, nawet mnie przytuliła. Ku mojemu zdziwieniu, schowała pieniądze do stanika i wyszła.
Pokręciłam się chwilę po sklepie, ale cały nastrój mi siadł i straciłam ochotę na kupowanie książek, więc zaraz wyszłam. Nieopodal księgarni zobaczyłam tę dziewczynę w towarzystwie jakiejś koleżanki, która, jak mi się zdało, coś do niej powiedziała. Nie wiedziałam, czy mi się przywidziało, ruszyłam więc za nimi. Kawałek dalej przystanęły przy sklepie z antykami i pokazywały na jakąś biżuterię. Gdy odeszły od wystawy, w końcu potwierdziłam swoje przypuszczenia - obie rozmawiały ze sobą nie patrząc nawet na siebie, żadna więc nie była ani głucha, ani niema.
W tym momencie zrobiłam coś, co zaskoczyło mnie samą, bo należę raczej do osób nieśmiałych - podeszłam do dziewczyny i powiedziałam: "Chyba jednak nie jesteś głucha. Oddaj mi moje pieniądze". Skrzywiła się i z niechęcią wyjęła ze stanika cieplutkie 10 zł i mi je wręczyła.
Niestety nie starczyło mi odwagi i nie wezwałam policji, a powinnam była, bo nie wiadomo ile osób te oszustki jeszcze naciągną.
Mieszkam w Holandii już 9 lat. Przyjechałam tu chwilę po śmierci mojego ojca, który zginął w wypadku, a ciało widziały tylko jego siostrzyczki, ponieważ niby było w bardzo tragicznym stanie. Nie dopuściły mojej mamy (a nawet mojego rodzeństwa) do prosektorium, by mogli zobaczyć ojca. Moja mama była wtedy w bardzo kiepskim stanie psychicznym, więc odpuściła. Po pogrzebie i całej szopce, którą odstawiła prawie cała rodzina mojego ojca, usłyszałam, że ta cała tragedia to moja i mojej mamy wina, ponieważ gdybym nie wzięła tego dnia drugiego samochodu, on byłby tu teraz z nami (dodam, że pożyczyłam wtedy starego grata, który ledwo chodził, a zostawiłam na podwórku prawie nowe auto)
Poczułam się wtedy jakby ktoś strzelił mi kilka razy z liścia. Nigdy ich nie lubiłam, ale tego dnia miałam ochotę je wszystkie udusić.
Pół rodziny od strony mojego ojca mieszka w Holandii już kilkanaście lat, lecz nikt nie ma bladego pojęcia, że tu jestem, ponieważ nie utrzymuję z nimi kontaktu. Nawet się nie domyślają, że tu jestem, ponieważ wiedzą, że nigdy nie lubiłam tego kraju i nie chciałam tu przyjechać (znalazłam się tu przypadkiem, dla €€€, miało być tylko na 3 miesiące).
Pracuję w dość dużym i bardzo dobrym hotelu w Holandii już jakieś 7 lat. Około tydzień temu, przed moim urlopem w Polsce, rano ok. godziny 10 schodząc z 2 piętra na parter o mało nie zemdlałam, gdy w kafejce, która znajduje się przy wejściu do hotelu zobaczyłam faceta, który wyglądał identycznie jak mój ojciec.
Tak... to był on, nic się nie zmienił, tylko postarzał i ubrany tak trochę inaczej, bo w garniaku i z teczką. Stałam tak z 5 minut ze łzami w oczach i strachem w środku. Po upływie tych paru minut podeszłam od tylu, żeby upewnić się, czy to na pewno on, bo powstał w mojej głowie ogromny mętlik.
Miałam mnóstwo pytań. Przecież to niemożliwe, nierealne, może to sobowtór?!?! Mówił po holendersku nawet dość dobrze, tylko bez akcentu, głos ten sam. Tak, to on!
Pewnie zastanawiacie się, co zrobiłam? Podeszłam, tak, oczywiście, że podeszłam, również usiadłam naprzeciwko niego. Wyobraźcie sobie jego minę, gdy zobaczył i usłyszał ode mnie: No witam witam pana prezesa!
Był w takim szoku, że zdołał powiedzieć tylko „ale jak to?”.
Wygarnęłam mu wszystko, dosłownie wszystko. I wiecie dlaczego jestem zdenerwowana? Ponieważ dzisiaj pojechałam do trzech sióstr mojego tatusia i każdą z nich spoliczkowałam. Jedna nie chciała mi otworzyć drzwi, bo zostały poinformowane o tym, że cała tajemnica wyszła na jaw.
O tej całej sytuacji wie tylko mój chłopak i brat, który powiedział, że nie zostawi tak tego. Nikomu więcej nie powiedziałam i nie wiem, czy reszcie rodzeństwa oraz mamie o tym kiedykolwiek powiem.
Ostatnio dowiedziałam się, że mam za dużo pary w łapach. Mianowicie:
1. Stłukłam szklankę wkładając do niej lód.
2. Stłukłam talerz krojąc kotleta (niczym pan Iniemamocny w "Iniemamocnych").
3. Otworzyłam drzwi tak gwałtownie, że prawie je wyrwałam.
4. Uderzyłam w mój biedny laptop ręką. Zepsułam, bywa. Serwisant pytał się, z jakiej odległości zrzuciłam laptop na ziemię.
5. Mam w zwyczaju klepać udo gdy się śmieję. Uśmiałam się dość mocno, toteż mocno klepnęłam udo. Mam od tego siniaka.
6. Sprzątając salę gimnastyczną, potrafię ławki przenieść sama do składzika.
7. Potrafię podnieść mojego ojca.
Konkluzja: Chyba muszę się nauczyć jak to, cholera, kontrolować.
Ps. Nie zmyślam. Szczerze, to chciałabym zmyślać.
Tak się złożyło, że akurat dziś, w Mikołajki, przyszło mi załatwić kilka spraw "przy okienku". Różnie to bywa w tego typu miejscach, zwłaszcza jak pokazuje się tam młoda osoba. Postanowiłam wykorzystać tę "świąteczną magię w powietrzu", kupić Kinder Niespodzianki i obdarować nimi każdą osobę, która pomoże mi załatwić jakąś sprawę. I tak:
1. Szpital. Czekam cierpliwie przy okienku do rejestracji, aż pani przejrzy wszystkie dokumenty, które akurat miała w ręce. Nie wyrywam się, bo wiem, że czasem można zostać zabitym wzrokiem. Wychodzi ze swojego stanowiska, O.K. Wraca i dalej porządkuje dokumenty. Czekam cierpliwie. W końcu postanawia mnie zauważyć i spytać o co chodzi. Cała rejestracja trwa jakieś 10 minut, pani ze zdenerwowaniem powtarza mi rzeczy, których nie dosłyszałam przez zgiełk. W końcu się udało i pytam, czy to już wszystko. Słyszę długie westchnienie zza szyby i dostrzegam spojrzenie spode łba, żebym już sobie poszła. Na odchodne wręczam pani Kinderka i mówię, że to od Świętego Mikołaja.
2. Przychodnia. Scenariusz ten sam, młody pan przegląda zapewne jakieś tabelki w komputerze. Nie będę przeszkadzać, bo po co odrywać go od pracy, w końcu musi mnie zauważyć. Pan podnosi głowę i świdruje mnie wzrokiem zdegustowany moim brakiem kultury, bo przecież przyszłam i nawet żadnego "dzień dobry". Po kilku rutynowych pytaniach wypowiedzianych od niechcenia, udało się ustalić termin wizyty. Wyciągam czekoladkę "od Świętego Mikołaja" i odchodzę.
3. Sklep. Wykładam zakupy na taśmę. Pani oznajmia mi, że muszę przysunąć sama zakupy (mimo, że przed chwilą taśma była sprawna). Przysuwam, płacę, dziękuję i wręczam Kinderka.
4. Kurier (już nie przy okienku, ale sytuacja dalej w temacie). Dzwoni do domofonu i chce, żebym zeszła z IV piętra po przesyłkę. Mówię, że robię obiad i nie mogę wszystkiego zdjąć z kuchenki. Pan z wielką łaską wchodzi na górę i wpycha mi paczkę w ręce. Też dostaje czekoladkę.
Zdaję sobie sprawę z tego, że każdej z tych osób było na końcu zwyczajnie głupio. I w sumie mnie to cieszy. Gdyby nie mały gest z mojej strony, nawet przez chwilę nie zastanowiliby się nad swoją opryskliwością do Bogu ducha winnych ludzi. Momentalnie stawali się zmieszani, ale ostatecznie miło było zobaczyć uśmiechy na ich twarzach i usłyszeć serdeczne dziękuję :)
Lubię i śpię zawsze na golaska.
Lubię ten luz, jak nic mnie nie krępuje.
Dodaj anonimowe wyznanie