Zdarzenie miało miejsce zimą. Wiatr, śnieg, zawierucha, a ja zmarznięta i w fatalnym humorze pędzę z pracy na autobus. Czas ucieka. Dotarłam do przejścia dla pieszych, przy którym dotykowo można sobie włączyć zielone światło. Dotknęłam więc przycisku, ale nie podświetlił się. Spróbowałam jeszcze raz, znowu nic, ciśnienie mi wzrosło. Pomyślałam, że to wina grubej rękawicy, poświęciłam się i zdjęłam ją, naciskając tym razem gołą dłonią. Dalej nic. Gul mi skoczył, prawie że z pianą na ustach zaczęłam wściekle okładać słupek z biednym przyciskiem, i nagle zrozumiałam.
Po prostu miałam zielone światło. Kierowcy stoją i się na mnie gapią, tak samo ludzie na pasach. Szybko naciągnęłam mocniej kaptur na głowę i uciekłam w nadziei, że nikt mnie nie rozpoznał.
Dodaj anonimowe wyznanie
Oj tam. Po prostu maksymalnie wykorzystałaś czas trwania zielonego światła :P Po co się tam od razu spieszyć ;)
Zmęczenie...
Mialam tak samo :D rozumiem cie.
Ja, już nauczona doświadczeniem, w takich sytuacjach sprawdzam jakie aktualnie jest światło :)
"Zieleńsze" już nie będzie ;P
xD