#6qC9R
Pewnego wieczoru - koło 18 - zaczął płakać z bólu, zwijać się i ogólnie było z nim źle. Dodam teraz, iż nie posiadamy auta. Mama zadzwoniła po karetkę. Przyjechali (pomijając czas oczekiwania). Obejrzeli go, tam nacisnęli, tam pomacali i też stwierdzili, że zapalenie pęcherza. Powiedzieli mojej mamie, że mój brat musi jechać do szpitala, aczkolwiek oni karetką do nie wezmą. Mama wiadomo, przejęta, bo brat nadal się z bólu zwija, ale nie zrobiła żadnej awantury. Powiedziała tylko, że nie ma go jak zawieźć, bo nie mamy samochodu. Szanowni ratownicy skwitowali to słowem ''trudno'' i wyszli. Mama transport zorganizowała i w ciągu 15 minut mój brat był już w szpitalu.
W poczekalni zwijał się z bólu, ale mimo to czekał do 22. Kiedy w końcu zobaczył go lekarz, zrobił jak najszybciej USG i wyszło. Rozlany wyrostek robaczkowy i zapalenie otrzewnej. Uśpili go i zrobili mu operację.
Po wszystkim lekarz z wyrzutami spojrzał na mamę jak na jakąś najgorszą matkę i powiedział, że przewożą dziecko do pokoju, ale jeszcze 30 minut i przewozili by go do chłodni.
Tyle w temacie KOCHANEJ POLSKIEJ SŁUŻBY ZDROWIA..
Ale ja bym sie wlasnie na miejscu mamy klocila, zeby go wzieli.
A poza tym w emocjach czasami się o pewnych rzeczach nie myśli tylko przyjmuje jakie są i już.
Czas straciła nie walcząc o swoje.
Miesiąc temu mialam podobną sytuację. Stan mojego dziadka sie pogorszył. Bylo bardzo źle. Najblizszy szpital 20km od nas, auta brak. 3 nad ranem. Najpierw nie chciwli przyslac karetki, gdy laskawie sie pojawila, podali leki i nie chcieli dziadka zabrac, to zaczelam im mowić i sie wyklocac, ze to ich obowiązek. Z wielką niechęcią wzieli dziadka. Jak sie okazalo mial powazne komplikacje pooperacijne, jeszcze chwila a mogloby sie skonczyc gorzej.
Poki ktos jest dla mnie czlowiwkiem to i ja jestem grzeczna, ale są granice kiedy nerwy puszczają.
Szczerze mówiąc, to nic by to nie dało. Ja już byłam w miarę świadoma, jak ze mną były jazdy i szpitale. Dziecko (no od 10 do 15 roku życia, karetka w domu raz na 2 miesiące) z astmą, z wodą w płucach, tracące świadmość, słaniające się na nogach, najbliższy szpital godzinę drogi od miejsca w którym mieszkam... Mojej mamie ani razu nie udało się zmusić ratowników do tego by mnie zawieźli. Zawsze następnego dnia w przechodni, gdzie szłam (miałam dosłownie 5 metrów od domu, więc chodziłam tam, zamiast mieć sprzęt własny) na kolejny zastrzyk i inhalacje, dostawałam skierowanie do szpitala i była istna awantura między lekarzem, a panią z pogotowia, że mają przysłać karetkę, bo jazda autobusem, czy pociągiem mnie wykończy. I nigdy się nie udało. Pierwszy raz karetką jechałam z podejrzeniem wstrząsu mózgu podczas kolonii.
Ja na miejscu Twojej mamy bym walczyła, z ratownikami i pociągnęła ich do odpowiedzialności, za narażenie życia... Brak słów... :/
Rozumiem, ale to Polska, wątpię żebyś coś zrobiła..
Skoro stwierdzili zapalenie i widzieli stan syna mieli OBOWIAZEK przewiezc go karetka do szpitala!
Ja domagalabym sie chociaz odszkodowania za spowodowanie sytuacji narazajacej zycie !
Od razu pomyślałabym o złożeniu skargi.
Przynajmniej tak śmiem twierdzić, więc nie minusujcie.
To nie tylko w Polsce. Mojemu ex chłopakowi (w Szwecji) wmawiali grypę żołądkową przy ataku wyrostka.
Nie krytykuje Twoich rodziców, ale na przyszłość wszyscy powinni wiedzieć, że w takiej sytuacji trzeba żądać żeby ratownicy go zabrali, taki mają obowiązek nawet jeśli mieli byście samochód. Pacjent z karetki ma pierwszeństwo
Powiem tak. Złapał mnie okropny ból przeszywający cały tułów. Mama wezwała karetkę, ponieważ położyłam się na ziemi i ledwo wykrztusiłam z siebie, że chyba umieram (myślałam, że mam zawał). Nie mogłam oddychać, a ból porodowy w porównaniu z tym to pikuś. Przyjechali, puknęli mnie po plecach i stwierdzili, że cóż oni nic nie zrobią, samo przejdzie... Ja z bólem i łzami w oczach ledwo mówiąc jakoś wyprosiłam, żeby mnie zabrali. Gdyby nie kobieta w "eskorcie" ratowników, pewnie bym się brzydko mówiąc zesrała w domu (faceci nie chcieli mnie wziąć). Zawieźli mnie, kazali położyć się na łóżku dali chyba po trzydziestu minutach trzy kroplówki, nie pomogło - wysłali mnie do domu. Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie (ale już nie jechałam na SOR bo nic tam nie pomogli). Dopiero kiedy poszłam prywatnie do kilku lekarzy wyszło co mi jest. W szpitalu nawet żadnych badań nie zrobili. Pozdrawiam polską służbę zdrowia. :)
Dlaczego sprawa nie zakończyła się pozwem o potężne odszkodowanie? Za narażenie życia trzeba po prostu zawodowo wykastrować i zerżnąć taką kasę, żeby był przykład dla innych.
Miałam dokładnie to samo. I też ledwo co przeżyłam. Tylko że ja byłam w szpitalu leczona na ten pęcherz. 3 dni siedziałam zanim się zorientowali ze jednak coś nie gra.
Ach ta Polska służba zdrowia...ja bym się kłócił żeby wzieli
Oczywiście wyznanie napisane, ale nie zgłosiliście do prokuratory ani nic, poza gadaniem :P Właśnie dlatego nic się nie zmienia, między innymi.
Polska służba zdrowia już serio mnie przeraża. Nie dość, że przyjechali po dłuższym czasie, to jeszcze go nie wzięli ze sobą. Ręce opadają