#6ox2o
Zrobiłam kilka pierwszych „kroków” i już wiedziałam, że łatwo nie będzie, bo lód na chodniku wcale nie pomagał mi w poruszaniu się. Bezsilność i frustracja przerodziły się w złość, którą przemieniłam na słowa, które brzmiały mniej więcej tak: „Ku*wa, ten je*any ch*j przyjechał, ku*wa, zamykają dla niego, ku*wa, wszystkie ulice i ku*wa nie można się do domu dostać. Chodzić nie umiem na tych je*anych kulach jeszcze, a wszystko jest oblodzone. Ku*wa je*bany ch*j”.
Po wypowiedzeniu tej wiązanki zobaczyłam, że z boku stał policjant, wielki jak szafa, trzymający karabin w ręce. Patrzę i widzę, że jego twarz jest biała jak ściana, dostrzegam przerażenie w jego oczach i słyszę cichutkie: „Dobrze, ja zawołam komendanta, on panią przeprowadzi i będzie mogła pani przejść”. Myślę sobie: „Przynajmniej tyle”.
Idę. Zostało mi jeszcze jakieś niecałe 100 m drogi, w którą wliczało się przejście koło sceny, na której dokładnie w tym momencie przemawiał nasz cudowny gość, zebrało się też sporo ludzi, którzy przyszli wysłuchać co miał do powiedzenia. Idę i już nie mogę. Ręce bolą niemiłosiernie. Kule cały czas się ślizgają. Miałam się poddać i usiąść na ziemi, gdy podeszli do mnie strażacy, którzy stali i podpierali z nudów ściany ratusza. „Pani, widzimy, w potrzebie, może jakoś pomożemy?” – zapytali. Oczywiście pomoc przyjęłam. Panowie wzięli mnie pod ręce i przenieśli pod same drzwi do kamienicy. Wszystko w trakcie przemowy prezydenta. Panowie strażacy jeszcze śmiali się, spekulując, jakie nagłówki pokażą się w czołówkach jutrzejszych gazet.
Chyba nigdy nie zapomnę tego dnia, pozdrawiam panów serdecznie. Szczególnie policjanta, którego przeraziły moje słowa. :D
Brat nie wpadł na to, że trudno ci będzie dotrzeć do mieszkania i zostawił cię tak po prostu?
Nieźle.
Na pewno nie miał gdzie zaparkować w centrum, jeszcze jak było takie wydarzenie. I uznali, że lepiej ją wysadzić możliwie blisko domu, zamiast zaparkować i iść razem, ale za to kilometr dalej.
Parę lat temu mieszkałam chwilowo w budynku w centrum małego miasteczka, którego okna wychodziły na placyk koło rynku i pomnik. Miasteczko nawiedził prezydent. Z tej okazji musieliśmy opuścić lokal rano i wrócić wieczorem a mieszkanie było sprawdzane przez ochronę i zapieczętowane, żeby nikt tam nie wchodził. Brzmi. Tylko że poprzedniego dnia rano zabrali sprzed domu kosze na śmieci żeby przypadkiem oczu dostojnego gościa nie uraziły, tylko zapomnieli nas wcześniej o tym uprzedzić. Tak więc w domu został kosz że śmieciami. I dziwnym trafem jak wróciliśmy w mieszkaniu było pełno much. Jak wychodziliśmy nie było żadnej. A podobno do mieszkania podczas naszej nieobecności nikt nie wchodził...
Do dziś nie wiem co tak naprawdę się tam działo (do tłumu słuchającego przemówienia dostojnego gościa nie planowałam dołączyć, nie mam więc pojęcia czy okna mieszkania były zamknięte czy nie)