#6IPzw
Jestem wojskowym strażakiem. Mamy na naszej jednostce lądowisko dla śmigłowców. Często lądują u nas helikoptery lotniczego pogotowia (LPR). Odbywa się to zazwyczaj sprawnie – jedzie cywilna karetka z poszkodowanym (ZRM z WSPR) na nasze lądowisko (na jednostce wojskowej), ląduje LPR, przekazanie pacjenta i startuje. My jako straż zabezpieczamy to. Dodam, że odpowiadamy za załogę karetki na naszym terenie (żeby nie poruszali się sami/ robili zdjęć itp.).
Tego pamiętnego dnia wjechała karetka, ale za nią radiowóz policji. No okej, jedziemy na lądowisko. Podchodzę do policjantów i pytam, co tu robią. Otrzymuję odpowiedź, że przyjechali „popatrzeć”. Zaraz, co? Telefon do mojego oficera dyżurnego, czy coś wie na temat policji. No nie wie... dobra, spisać ich! No dwa razy nie trzeba mi mówić. W końcu ja ich, a nie oni mnie.
No to idę do nich i mówię „Dowódca pogotowia ppoż, stopień nazwisko (przedstawiam się), poproszę od państwa stopnie, nazwiska, imiona, numer boczny radiowozu i numer rejestracyjny”. Tu się zaczynają głosy niezadowolenia ze strony pięciu policjantów i policjantki. „Jak? Nas spiszecie? Dlaczego?” – mówi policjantka. No to mówię: „Bo wjechaliście na teren zajęty przez siły zbrojne RP, który jest poza waszą jurysdykcją. Wasz oficer dyżurny nie powiadomił naszego i zgodnie z procedurami i przepisami wartownicy powinni otworzyć na bramie do was ogień z broni palnej” (ich potwornie zdziwione miny były bezcenne). Powtarzam swoje żądanie mocno podniesionym głosem: „Stopnie, nazwiska, imiona, blachy i numer boczny radiowozu!”. Dowódca patrolu (sierżant) wydusza, że numer boczny jest taki jak blachy radiowozu. Kolejny raz bardzo stanowczo i mocno podniesionym głosem mówię: „Nie interesuje mnie to. Ma pan obowiązek mi to podać na moje wezwanie”. Sierżant już mocno zaszokowany zaczął podawać dane radiowozu, każdego z policjantów i swoje na końcu. Mówię: „Dobra, raz jeszcze, co tu robicie? Dlaczego wjechaliście bezprawnie na teren sił zbrojnych Polski?”. I słyszę: „Bo pacjent był agresywny w stosunku do zespołu ratownictwa medycznego” (karetki). Mówię: „Super, pana policjanci okłamali mnie na początku, twierdząc cwaniackim tonem, że przyjechali sobie popatrzeć. Tak ma wyglądać współpraca pomiędzy służbami? To co, wzywamy żandarmerię wojskową i kręcimy wam aferę, rozumiem?”. Ale po chwili dodałem: „Dobra, następnym razem jak chcecie wjechać do nas, powiadomcie naszego oficera, numer macie w Google”.
Szczerze? Czułem trochę satysfakcję :))
W czasie naszej rozmowy wylądował helikopter, pacjent został przekazany i helikopter odleciał. Na koniec odeskortowaliśmy policję do bramy i wróciliśmy na strażnicę opisywać całą sytuację.
Nikt nie jest poza prawem, zwłaszcza policja.
Za komuny, gdy na teren jednostki dziadka weszli milicjanci (wpuścił ich młody poborowy - nawet nie pytając nikogo, czy mogą wejść i w jakiej sprawie - chcieli tylko obejrzeć nowy sprzęt, jednostka dziadka otrzymała nowe BWP), dziadek (będąc oficerem dyżurnym) kazał im wyp..ć, a jak tamci marudzili, to przeładował kałacha i zagroził im , że potraktuje jak dywersantów.
Oficer z kałachem?
Zaskakujące.
CzerwonaRurza
Nic nie chciałem mówić, ale dokładnie. Jeżeli oficer miał kałacha to wszedł w jego posiadanie na nielegalu. Nawet jak to było sporo lat temu.
Po prostu zabrał go wartownikowi.
Dobrze, jedziesz z pisowskimi kulsonami.