#6CEJ5

Od kilku lat zajmuję się udzielaniem korepetycji z dwóch języków. Na początku podczas studiów były to lekcje „na lewo”, po uzyskaniu dyplomu zarejestrowałam działalność.

Chyba niczego bardziej nie żałuję. 
Jak sami pewnie wiecie, obecnie dzieci są, delikatnie mówiąc, rozpuszczone. Nagminnie zdarzało się odwoływanie zajęć na 5 min przed lekcją, kiedy rodzice wiedzieli, że stoję przed ich drzwiami. Nagminnym było również odwoływanie lekcji, bo „syn umówił się z kolegami, nie będzie go dzisiaj”, a na następny dzień od rana bombardowanie SMS-ami, czy dzisiaj może przyjść, bo on ma jednak sprawdzian. Oczywiście rozumiem sytuację, kiedy dziecko wraca ze szkoły i źle się czuje, wtedy nie ma problemu. Uwierzcie, że 99,9% kłamstw rodziców szybko wychodziło, bo przy najbliższej możliwej okazji dzieciaki i tak się wygadały.
Po konsultacji z innymi nauczycielami wprowadziłam aneksy do umowy – lekcję można było odwołać najpóźniej na 24 godziny przed naszym spotkaniem. Inaczej trzeba było zapłacić jak za normalną lekcję. I nagle dało się normalnie poprosić o przełożenie zajęć na inny dzień albo zamienić się z kimś terminem.

Kolejną kwestią jest wychowanie dzieciaków. Niektóre z nich bez krępacji potrafiły sobie przy mnie pierdnąć, dłubać w nosie i zjadać wygrzebane skarby. Wypytywać, ile zarabiam, ilu mam uczniów. Jeden był na tyle bezczelny, że potrafił sobie wyciągać z szafki ciastka, jak go na chwilkę zostawiłam samego w kuchni. Niektóre mówiły, że rodzicom nie podoba się to, że mieszkam z partnerem bez ślubu, choć nigdy nie poruszałam prywatnych kwestii na lekcjach.

Finanse to była chyba najgorsza kwestia mojej działalności. Rodzice wysyłali dzieciaki na lekcje bez pieniędzy, a mieli donieść na następny raz. Oczywiście potem był problem, bo oni na pewno zapłacili za lekcję i coś musiało mi się pomylić.

Zwieńczeniem mojej działalności była ostatnia sytuacja. Dziecko nie przyszło na umówioną godzinę bez jakiegokolwiek powiadomienia mnie o tym. Rodzice oczywiście zapadli się na ten moment pod ziemię i telefonu nie odbierali. Wysłałam zatem SMS-a z numerem konta i poprosiłam o przelanie pieniędzy, ponieważ lekcja się nie odbyła. Na następny dzień miałam kontrolę z US. Gwóźdź do trumny został przybity, więc postanowiłam – ciągnę to do czerwca, a potem uciekam gdzieś do firmy.
Szkoda mi tylko tych fajnych dzieciaczków, które są ze mną od samego początku. Moja cierpliwość się wyczerpała i dziękuję Bogu, że nie zdecydowałam się na pracę w szkole. Po roku skończyłabym w psychiatryku.
HansVanDanz Odpowiedz

Rodzice puszczali dzieci same do obecnej osoby i nie odbierali ich? Wtedy dokonuje się opłaty.
To, że dziecko pierdnie czy podłubie w nosie. Niby niekulturalne, ale to dzieci, a potrzeba to potrzeba.
Chyba sama nie potrafiłaś ustalić zasad, ale to świat jest zły.

Dodaj anonimowe wyznanie