#MTbNk

Mam nietypową fobię, a mianowicie panicznie boję się ciem.

Kiedyś w wakacje czytałam książkę do późnych godzin nocnych i jak to latem, miałam otwarte okno. Wleciały mi dwie włochate, wielkie, obrzydliwe ćmy. Latają jak popierniczone po pokoju, odbijając się od ściany do ściany. Próbowałam nie wpaść w histerię, żeby nie obudzić matuli, która musiała za kilka godzin wstać do pracy. Postanowiłam z braku innej alternatywy spać w łazience, w wannie. Wzięłam ze sobą nawet poduszkę i kołdrę. W końcu czułam się bezpieczna.

Po kilku godzinach obudziła mnie mama ze zdziwionym wyrazem twarzy.
Hmmm, co fobia robi z człowiekiem...

#DpCxL

Historia ta miała miejsce kilka lat temu, kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki. Robiłam z moją mamą ciasto. Ważnym w tym historii faktem jest to, że miałam długie włosy, które tego nieszczęsnego dnia miałam rozpuszczone. 

Krzątałam się wraz z mamą po kuchni i obserwowałam jak mama dodaje do miski z ciastem olejek cytrynowy. Nagle mama uruchomiła automatyczny mikser i odeszła na bok zająć się zmywaniem. Byłam bardzo ciekawa jak pachnie teraz ciasto po dodaniu tego olejku, więc nachyliłam się nad miską aby powąchać. Usłyszałam tylko głos mamy "Uważaj bo wciągnie ci włosy", ale niestety było za późno! Świat zaczął wirować, a ja poczułam jak włosy wplątują mi się w świdry miksera. 

Minęło kilka sekund zanim mama zdążyła wyłączyć tę okropną maszynę. Zaprowadziła mnie do łazienki aby rozplątać mi włosy nad wanną i powyciągać z nich kawałki ciasta. Okazało się, że wcale nie trzeba ich rozplątywać, gdyż mikser po prostu mi je wyrwał! Kiedy spojrzałam w lustro zobaczyłam, że prawie cały prawy bok głowy mam ŁYSY. Byłam zaskoczona, bo nawet nie czułam bólu, lecz to pewnie dlatego, że byłam w szoku. 

Mama zadzwoniła po naszą sąsiadkę, która była fryzjerką i ta obcięła moje długie włosy tak aby lewą częścią włosów zakryć ten łysy "placek". Pojechałyśmy do szpitala i tam powiedzieli mi, że cebulki włosów są całe, więc pozostało mi czekać aż odrosną. 

Apeluję do wszystkich posiadaczek długich włosów, spinajcie je w koczek kiedy robicie ciasto bo miksery to podstępne typy!

#4O1lj

Od jakiegoś czasu podoba mi się pewien chłopak. Często pisaliśmy, kilka razy się spotkaliśmy. Pewnego razu miałam sen z nim w roli głównej. Bardzo sprośny, erotyczny sen. Rzadko kiedy zapamiętuje sny, jednak ten zapamiętałam. Zaraz jak się przebudziłam z tego fantazyjnego snu postanowiłam opisać go mojej przyjaciółce na facebooku. Pisałam szybko, abym nie zapomniała żadnego szczegółu. Wysłane! Pomyślałam sobie, że pewnie będzie miała ze mnie niezły ubaw.

Kilka godzin później weszłam na facebooka, aby sprawdzić czy już odpisała. Nie. Zdziwiłam się, ponieważ była dostępna. Klikam na nią, aby wyświetliło mi się jej okienko czatu. Patrzę, a ja jej nic nie wysłałam. Więc jak nie jej to komu? Stwierdziłam, że pewnie zapomniałam zatwierdzić, a nie chce mi się tego pisać po raz kolejny, więc opowiem jej przy najbliższej okazji.

Wspomniany na początku chłopak nie pisał do mnie już 3 dzień. Coś nie tak. Postanowiłam spytać czy wszystko ok. Klikam na niego. A tam co? MÓJ EROTYCZNY SEN Z NIM W ROLI GŁÓWNEJ. Jak to zobaczyłam to aż mi się słabo zrobiło. Pewnie rano źle nacisnęłam i zamiast do przyjaciólki, wysłałam wiadomość do niego. Myślałam, że się spalę ze wstydu, zwłaszcza że na koniec wiadomości dodałam, że to na szczęście tylko sen, bo nie wyobrażam sobie jakbym mogła z nim coś robić, bo owszem jest fajny, ale mało przystojny.

Szybko napisałam mu wiadomość, w której milion razy przeprosiłam i starałam się wyjaśnić całą beznadziejną sytuację. Napisał, że ok. Chyba jednak nie ok, skoro nie utrzymujemy już kontaktu.

#GaYYc

Spotykałam się z facetem, który był wielkim zwolennikiem płacenia pół na pół. Nie miałam z tym problemu, bo nigdy nie oczekiwałam, aby facet za mnie płacił na randkach, zwłaszcza na początku relacji. Nie uznałam zatem tego za red flag.

Relacja się rozwijała, spotykaliśmy się przez 3 miesiące i kiedyś temat zszedł na zarobki. Wyszło na jaw, że zarabiam dużo więcej od niego. I co się okazało? Nagle to ja musiałam fundować randki, bo on „zapomniał” portfela. Kilka razy dałam się tak naciągnąć, bo pomyślałam, że może mieć chwilowo problemy finansowe, przecież każdemu się zdarza. Jednak na czwartej randce fundowanej przeze mnie zapytałam, co z tym pół na pół. Co się okazało? Facet stwierdził, że skoro ja tyle zarabiam, to ja powinnam częściej fundować nam wyjścia. Finał był taki, że nasze wyjścia się skończyły.

Po różnych historiach moich koleżanek stwierdzam, że im facet mniej zaradny, tym bardziej ciśnie o składanie się na wszystko na pół. Smutne.

#fpo40

Często słyszy się o kobietach oszukanych w internecie a to przez marynarza, a to przez jakiegoś generała czy lekarza.
Ja aktualnie mam „na tapecie” takiego właśnie amerykańskiego żołnierza, który rzekomo pojechał na misję w Ukrainie. Szczerze mówiąc, bawię się z nim już od kilku tygodni i czekam, kiedy pęknie. Kilka razy mi pisał, że prawie zginął na polu walki, że leczy się z bardzo poważnych ran i że u niego jest bardzo niebezpiecznie. Często pyta, gdzie pracuję, ile zarabiam i jak mi idzie w tej pracy. Póki co cały czas piszę mu, jak to w moim kraju jest ciężko i że ledwo wiążę koniec z końcem, mimo że pracuję bardzo dużo. On mi oczywiście obiecuje, że już niedługo będziemy razem i że rozwiąże wszystkie moje problemy, bo przecież kocha mnie nad życie i dla mnie zrobi wszystko.

W związku z tym przyjmuję zakłady: jak myślicie, ile czasu minie, zanim poprosi o pierwszy przelew?

PS Raz mi nagrał głosówkę i jak na Amerykanina ma dziwnie arabski akcent :D

#YJjGx

Tej historii nie zna nikt. Ani moja rodzina, ani nawet przyjaciele, z którymi dzieliłam chude lata studenckiej egzystencji.

Na studia wyjechałam daleko od domu, a co! Zawsze lubiłam podróżować! Jako że w domu się nie przelewało, wiedziałam, że będę musiała złapać się jakiegoś zajęcia. Było to już dosyć dawno temu i o pracę nigdzie nie było łatwo, zwłaszcza dla studenta dziennego. Po kilku nietrafionych próbach załapałam się w markecie, blisko mojego akademika. Dogodne godziny, płaca – no cóż, lepsza niż żadna, a do tego nie traciłam czasu ani pieniędzy na dojazdy. Większość współmieszkańców akademika zaopatrywała się u nas. Wraz z przyjaciółmi prowadziliśmy radosne i kreatywne życie na granicy ubóstwa, ale nie zmienia to faktu, że były to bardzo szczęśliwe lata.
W którymś momencie sklep wprowadził książeczki punktowe – za wydanie określonej sumy klienci dostawali punkty, takie naklejki do kolekcjonowania. Po uzbieraniu danej liczby stawały się one środkiem płatniczym. Proste. Kasjerzy byli rozliczani z punktów, tak samo jak z gotówki w kasie. Również proste i oczywiste.
Klienci często nie byli zainteresowani klaserem i naklejkami. Cóż, jak nietrudno się domyślić, niedożywiony student nie przepuszczał takich okazji. Wielokrotnie umawialiśmy się z przyjaciółmi, że przyjdą pod koniec mojej zmiany i zamiast np. pięciu należnych im punktów wydam im nadwyżkę tych nieodebranych przez klientów. Wielokrotnie tak właśnie było i szczęśliwie mogliśmy kupić więcej pasztetu, herbaty, a czasem nawet żółty ser! Kiedy nie miał kto przyjść i odebrać punktów albo np. nieoczekiwanie trafił się klient wydający sporą gotówkę, wtedy, z duszą na ramieniu, przemycałam zdobycz sama. Parokrotnie, bez większych problemów. My nie mogliśmy w czasie pracy mieć „swoich” klaserów, a jeżeli już, to musiały być oznaczone przez ochronę. Kontrolowanie nas było czysto losowe i jak się  przechodziło przez bramki bezpieczeństwa, system wybierał co n-tą osobę, która musiała poddać się kontroli osobistej. Przez prawie 4 lata taka kontrola zdarzyła mi się chyba tylko 3-4 razy. Najczęściej było to rutynowe: „Pokaż plecak”, ewentualnie obmacanie kieszeni.
Niestety, na ochronie od jakiegoś czasu pracowała bardzo niesympatyczna kobieta, która z nikim nie potrafiła się porozumieć i była bardzo gorliwa w swoich obowiązkach. Pamiętam, że tego dnia na prośbę mojego brygadzisty pracowałam podwójną zmianę, aż do zamknięcia sklepu. Schodziłam z hali po 16 godzinach, było nas może z 6 osób obsługi. Zostałam wylosowana. W skarpetce miałam kilka niechcianych punkcików, a na ochronie była wyżej wspomniana pani. Po raz pierwszy i jedyny miałam kontrolę z rozbieraniem się do bielizny... I znalazła zdobycz. Straciłam pracę na kilka miesięcy przed końcem studiów. 
Wstyd mi było i nikomu się nie przyznałam, a znajomym powiedziałam, że brakowało mi czasu na naukę...

#rEzCE

Jestem dorosłą, ale młodą kobietą. Mam męża, swoją rodzinę (rodziców, rodzeństwo, dziadków), z którą jestem dość blisko. Na pozór wszystko wydaje się naprawdę w porządku, ale w rzeczywistości mam dość. Czuję, że nic w moim życiu nie poszło tak, jak bym chciała, z niczego nie jestem zadowolona. Moi rodzice są w trakcie rozwodu. Jedno jest alkoholikiem, a drugie ma już kolejną osobę na boku. Jestem zła, bo zniszczyli mi rodzinę, widzę, jak cierpi na tym moje rodzeństwo i to też mnie wpienia. Z moim mężem jest niby okej, ale też coraz częściej czuję, że to nie to, czego bym chciała (nie mówię tego, bo się znudziłam czy dla kaprysu, jesteśmy ze sobą już kilka ładnych lat i niejedno z nim przeszłam). Czuję, jak z każdym dniem gasnę, popadam w totalną agonię, ale nie mam siły, żeby się za to wziąć i boję się zrobić krok w jakąś stronę, bo póki co jest „chujowo, ale stabilnie”. Aczkolwiek to, na co mam ochotę, to spakować manatki i wyjechać gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie :))

#IHCT9

Kiedy byłem w wieku przedszkolnym, na podwórku krążyły poprzerabiane wersje popularnych dziecięcych piosenek. Mi najbardziej spodobała się taka:
„Na zielonej łączce
RAZ, DWA, TRZY
Są ch..je w rzeżączce
RAZ, DWA, TRZY”.
Po tym drugim RAZ DWA TRZY pokazywało się palcem na trzech kolegów i szybko uciekało.
W przedszkolu pani od rytmiki uczyła nas oczywiście prawidłowego tekstu:
„Na zielonej łące
RAZ, DWA, TRZY
Pasą się zające” itd.
Ja, niczym niezrażony, w przedszkolu zaśpiewałem na cały głos wersję z podwórka... Wybuchł ogromny skandal, aż dziwne, że mnie wtedy nie wywali z przedszkola.
Wujek, jak mu powiedziałem o co chodzi i zilustrowałem na przykładzie, ze śmiechu aż się ochlapał wódką i musiał zmienić spodnie :)

#HayVv

Przesrane...
Wracałem z żoną z zakupów i wstąpiliśmy do złotych łuków na kawkę i coś słodkiego, a wiadomo, jak kawa, to i dwójeczka... No to usiadłem na tronie, żeby zrobić, co trzeba, ale, no właśnie... tyle razy się powtarza – jak siadasz, to sprawdź papier. Ja akurat nie sprawdziłem, a była resztka... Jakoś trzeba sobie radzić, zatem użyłem tej resztki, ale nie wystarczyła. Wziąłem więc ten kartonowy rulon i podtarłem się tym, ale to jest za grube i się nie spłucze, więc postanowiłem wyrzucić to do kosza w łazience i przykryć papierowymi ręcznikami. Dobrze, że to było w trasie i już nigdy do tego fast foodu nie wstąpię.
Dodaj anonimowe wyznanie