#55gy7

Moja mama ma duże problemy ze słuchem. Odkąd pamiętam, zawsze zdarzało jej się czegoś nie dosłyszeć, ale w ostatnich 3-4 latach problem bardzo się nasilił. Nieraz wynikają z tego zabawne sytuacje, bo potrafi w naprawdę zadziwiający sposób przekręcić czyjeś słowa, ale niestety coraz częściej bywa to irytujące – zwłaszcza dla pozostałych domowników, czyli mnie, mojego taty i siostry. Reszta rodziny czy współpracownicy mamy zdają sobie sprawę z sytuacji i w jej obecności starają się głośniej mówić, ale w przypadku obcych osób zdarzają się niezręczne momenty – kiedy np. mama czegoś nie dosłyszy i zamiast poprosić o powtórzenie, po prostu się uśmiecha i przytakuje, a ktoś czeka na odpowiedź na pytanie, to zapada taka dziwna cisza.

Około rok temu zdecydowała się na zabieg jednego ucha, tego gorzej słyszącego. Lekarz nie obiecywał jakiejś wielkiej poprawy, ale uznała, że warto spróbować i gdyby rzeczywiście było lepiej, po kilku miesiącach miałoby zostać zoperowane drugie ucho. Po zabiegu wyniki badań wskazywały lekką poprawę, ona jednak jej w żadnym stopniu nie odczuła i zrezygnowała z drugiego zabiegu. W tej sytuacji pozostała albo bardziej inwazyjna operacja albo aparaty słuchowe. Do operacji mama na pewno nie da się przekonać (w sumie się nie dziwię, też chyba bym nie dała sobie pokroić uszu), ale o aparatach też nie chce słyszeć. Twierdzi, że jeszcze na to przyjdzie czas, że nie jest jeszcze tak źle, a my chcemy z niej zrobić jakąś kalekę. Na nic się zdają tłumaczenia, że to by jej bardzo poprawiło jakość życia, że przecież obecne aparaty słuchowe są tak zaawansowane technicznie i malutkie, że praktycznie ich nie widać. Dajemy jej przykład wujka, który od kilku lat takie aparaty nosi i jest bardzo zadowolony. Ona zapiera się rękami i nogami.

Tymczasem zdarzają się sytuacje, kiedy idziemy razem na spacer i ona prosi, żebym szła po jej prawej stronie, bo gdy idę po lewej, to nie słyszy, co mówię. Telewizor w salonie na parterze gra nieraz tak głośno, że ja – będąc w pokoju na piętrze, przy zamkniętych drzwiach – mam wrażenie, że stoi on tuż obok mnie. Z kuchni do salonu trzeba czasem naprawdę głośno krzyknąć, żeby usłyszała, a to raptem odległość 3-4 metrów. Ostatnio przyznała, że nie usłyszała, co jej powiedział lekarz, a już nie chciała specjalnie dopytywać. Naprawdę nie jest jeszcze tak źle?

Wiem, że taki aparat to spore koszty itp., ale z drugiej strony rodzice nie zarabiają źle, nie mają żadnych kredytów, wiem, że co miesiąc udaje im się coś zaoszczędzić. O utrzymanie moje i siostry też nie muszą się martwić, bo obie pracujemy, potrafimy zaspokoić swoje potrzeby i dokładamy się do domowego budżetu. Dlaczego więc mama nie miałaby zadbać wreszcie o swoje zdrowie, skoro do tej pory zawsze dbała o kogoś innego? Próbujemy ją przekonać, a ona wciąż jest na nie.

#FZyxX

Miałem 13 lat. Jak każdy dzieciak w tym wieku, uwielbiałem grać w piłkę nożną z kolegami po szkole. Pewnego dnia strzelałem karne z kumplem z klasy. Nagle podeszła do nas dziewczyna, na oko 16-17 lat. Była... OSTRO nawalona. Chwilę nam się przyglądała, a potem powiedziała do mnie: „Ty taki wysoki, silny chłop. Pewnie niejedną zaliczyłeś. Mógłbyś zgwałcić moją koleżankę? Wku*wia mnie. Dam ci 50 zł”.
Stałem oszołomiony. Wtedy Paweł szepnął do mnie: „Wiejemy!”. Uciekliśmy.

Ku*wa, co z tą dziewczyną było nie tak? Czy jej zachowanie było normalne?

#gv5nK

Wszytko zaczęło się jakieś 4 lata temu. Pierwsze piwko z kumplami, pierwszy kieliszek wódki. Było super, piliśmy co weekend. Właściwie nie było nic innego, czym moglibyśmy się zająć. Ja po alkoholu czułem się świetnie wyluzowany, rozgadany. Przez długi okres było to tylko picie w weekendy, a w dodatku nie w każdy. Jakieś dwa lata temu piłem coraz częściej, aż wyczekiwałem momentu, kiedy się napiję. Spotykałem się z kumplami nie dla towarzystwa tylko po to, by się napić. Kiedy nikt nie wychodził z domu piłem sam. Początkowo nie widziałem w tym nic złego do momentu, kiedy przestało mi zależeć na szkole, na moich pasjach. Czułem, że coś jest nie tak, ale brakowało mi odwagi, żeby coś z tym zrobić. Piłem coraz więcej i do tego sam w domu. Moje picie towarzyskie przerodziło się w kilkudniowe ciągi, kiedy nie trzeźwiałem prawie w ogóle.

Kilka miesięcy temu moja mama, która obserwowała całą sytuację, zawiozła mnie do terapeuty uzależnień. Stwierdzono że jestem alkoholikiem. Zacząłem terapię, początkowo wszystko było fajnie. W sumie to wcale nie chciało mi się wierzyć w diagnozę, bo mam tylko 18 lat. Tak mam 18 lat.

Po około trzech tygodniach sytuacja wróciła do dawnego stanu. Znów piłem i to jeszcze więcej. Miesiąc temu zostałem skierowany na terapię stacjonarną do zamkniętego ośrodka. Początkowo było okropnie nie chciałem się pogodzić z tym. Po około tygodniu dotarło do mnie, co zrobiłem ze swoim życiem. O mało nie wyrzucili mnie ze szkoły. Mogłem stracić prawo jazdy. Namieszałem w swoim życiu towarzyskim, bo sytuacja z moimi kolegami nie wygląda już tak różowo jak kiedyś.

Obecnie nie piję, czuję się dobrze, choć łatwo nie jest. Ale piszę to wszystko, aby ostrzec moich rówieśników, którzy zaczynają przygodę z alkoholem. Można być uzależnionym w młodym wieku, a jeżeli widzimy, że coś się dzieje nie dobrego z nami, to nie bójmy się coś z tym zrobić. Ja bardzo długo zwlekałem. Jeżeli widzisz, że pijesz za dużo, że nie masz nad tym kontroli to działaj.

#zVsBa

Jak miałem 7 lat to stwierdziłem - zostanę kucharzem! A jako iż chciałem zacząć od czegoś nie tak banalnego, jak gotowanie wody, to postanowiłem, że będę pomagał mamie robić śniadanie, obiady i kolacje.

Pewien dzień.. mama robi kotlety. Słyszałem jak je tłucze. Biegnę energicznie. Moja mama mówi że boli ją ręka.. to ja będę je tłuc! Biorę od niej ten młotek na kotlety i.. jak je tłukłem to walnąłem się w czoło.

Po tym stwierdziłem, że będę gotował wszystko, ale nie cholerne kotlety!

Minęło 10 lat, ale czoło nie boli już od tego XD

#iEIYj

Mam bardzo dobre relacje z tatą. Oboje jesteśmy raczej typami śmieszków. Kiedy mój tata szedł do swojej twierdzy - kuchni, ja podbiegłam do niego aby się przytulić i podogadywać mu trochę. Nagle mój tata wspiął się na palce, podniósł ręce do góry i zaczął krzyczeć: "Szszszsz!!".

Ja tak przystanęłam lekko zdziwiona, patrzę na niego i wybucham śmiechem. Zapytałam się co to miało być, a tata opowiedział mi że niedawno oglądał program o hienach. Podobno kiedy atakują trzeba stanąć na palcach i podnieść wysoko ręce, pokazując, że jest się wyższym od niej. Hiena podobno tylko obwącha i ucieknie.
Tak więc mój tata stwierdził, że wypróbuje ten sposób na własnej córce...

#qWsYh

Czy ktoś mi może racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego dla większości terapeutów opcja „co 2 tygodnie” jest nagle totalnie nie do przyjęcia? Serio, albo co tydzień, albo wcale? Naprawdę lepiej, żebym nie chodził na terapię w ogóle, niż miał pojawiać się rzadziej? Bo według nich spotkania co dwa tygodnie są „nie terapeutyczne”. Czyżby? Czy może po prostu za rzadko, żeby wyciągnąć od człowieka kolejną stówkę (albo pięć)?
Wielu ludzi najzwyczajniej w świecie nie stać na cotygodniowe wizyty. Ale to przecież pacjent ma się dostosować, prawda? Nie masz kasy? Przykro mi, radź sobie sam. Zamiast szukać rozwiązania dostosowanego do potrzeb i możliwości pacjenta, część „specjalistów” wybiera krótką piłkę: „Co tydzień albo spadaj”.
Bo przecież „częstszy kontakt to lepsze efekty”, a kasa będzie płynąć szerokim strumieniem. A pacjent? Nieważne, niech kredyt weźmie, żeby zapłacić za te mityczne sesje „w jedynej słusznej częstotliwości”.
Mam wrażenie, że w tym całym szlachetnym „pomaganiu” coraz częściej chodzi o jedno: o pieniądze. Diagnozują szybko, terminy są zapchane, a gdy pytasz o spotkania co dwa tygodnie, to słyszysz, że to bez sensu. No jasne, bo po co pomagać mniej intensywnie, skoro można zapakować pacjenta w kosztowny cykl cotygodniowych wizyt?
Może znalazłby się ktoś, kto wytłumaczy, dlaczego niektórzy tak uparcie ignorują realne życie i problemy finansowe? Bo zaczynam podejrzewać, że właśnie to „terapeutyzowanie” co tydzień może być bardziej „kasoterapią” niż faktyczną terapią.

#Rw7v2

Od kiedy pamiętam nienawidzę dzieci. Zawsze mówiłam o tym głośno, oczywiście tylko mężowi, rodzinie i osobom, które uważałam za przyjaciół. Mąż rzekomo przyjął to całkiem spokojnie, rodzina zawsze powtarzała "kiedyś ci się odwidzi", a przyjaciele przy każdej możliwej okazji zaczynali anegdoty o dzieciach, byleby mnie przekonać, że te są słodkie i urocze. Po latach związku okazało się, że mąż to jednak chce dzieci i to na tyle, że dla zdobycia ich zaczął przebijać prezerwatywy, a w końcu nawet i z tym się nie męczył i po prostu robił swoje, by potem więzić mnie w domu i wmawiać, że to ze mną są problemy, moje myślenie jest tym złym i nie ma czegoś takiego, jak gwałt w małżeństwie, oczywiście do tego wszystkiego doszły groźby.

Rodzina nie wiedziała o tym, ale popierała męża, że to ja jestem ta zła i praktycznie wydzierali się na mnie, gdy wspominałam o tym, że chętnie dokonałabym aborcji. W końcu minęło dziewięć miesięcy, a ja urodziłam bliźniaki i oczywiście zostałam zmuszona do całkowitego porzucenia pracy, mąż groźbami zamknął mnie w domu, a rodzina uznała, że tak jest w porządku, bo jak to się mawia "miejsce kobiety jest albo w kuchni, albo tam, gdzie dzieci". Poza tym "kochani" rodzice zaczęli obdarowywać dzieci prezentami, a mnie karcili ilekroć smarkacze wspomniały, że ośmieliłam się nie uśmiechnąć na ich rysunek, głupie zachowania albo idiotyczne "mamusiu". Mąż wyzywał ilekroć odmówiłam czegoś dzieciom, gdy zamiast pichcić im ciasta gotowałam normalne obiady, gdy dostawały zasłużoną jedynkę w szkole itd. Przyjaciele za to ciągle udzielali "wspaniałych" porad. Oczywiście wciąż robił co chciał z myślą o trzecim dziecku albo dla jego zabawy.

W końcu dzieci skończyły piętnaście lat i coś we mnie pękło, gdy "syn" został oskarżony o molestowanie koleżanki z klasy, a mąż zwyzywał mnie, jakbym to ja uczyniła jego dziecko obrzydliwym zboczeńcem. Wyszłam z domu i udałam się do koleżanki z dawnej pracy. Przyjęła mnie normalnie, spokojnie, a po wszystkim pomogła i tak oto po tylu latach mąż trafił do więzienia, a dzieci wylądowały w domu dziecka. Potem jeszcze dowiedziałam się, że jestem w ciąży i trzecie dziecko dołączyło do pozostałych.

Od tego zdarzenia minęło pięć lat.
Mój obecny mąż i jego rodzina wiedzą o tym i razem z koleżanką oraz psychologiem dalej pomagają mi wrócić do normalności. Jedynie moja rodzina wciąż ma pretensje do mnie i gdyby mogli, to pewnie by mnie zabili.

Piszę o tym, bo dzisiaj moja "córka" mnie odwiedziła. Nie, nie dla spotkania. Dla pieniędzy na drugie dziecko i pewnie na alkohol. Wyrzuciłam ją, ale koszmar w jednej chwili powrócił.

#ksyqa

W wieku 2 lat mama zapisała mnie do przedszkola, żeby móc wrócić do pracy.

Panie przedszkolanki miały dość nietypowe metody wychowawcze. Za nawet najmniejszy wybryk szarpały i zamykały nas w ciemnej komórce. Do dziś pamiętam, a mam już 21 lat, płacz, strach, drzwi, w które uderzałam ze wszystkich sił, żeby tylko mnie wypuściły. Mamie przyznałam się dopiero po jakimś czasie, kiedy sama widziała różnice w moim zachowaniu i płacz, gdy tylko gasiła mi światło w pokoju. Nigdy w życiu nie widziałam jej tak wściekłej.

Panie oczywiście pracę straciły i wszystko byłoby w miarę zrozumiałe, jak na te czasy, gdyby nie to, że była to ochronka, a paniami przedszkolankami były zakonnice :)

#IiRTl

Gdy kończy się sezon zimowy, wkładam do kieszeni grubiej kurtki jakieś drobne pieniądze, a ubranie wynoszę w worku na strych. Kiedy mija cały rok i czas znowu wyjąc cieplejszą odzież, mam małą niespodziankę, bo w ciągu tego czasu zapominam o tym co zrobiłam.
Takie małe przyzwyczajenie :)

#9Sldq

Któregoś razu musiałam stawić się w sądzie w roli świadka pewnego zdarzenia. To była moja pierwsza wizyta w sądzie, nie wiedziałam o co dokładnie będą pytać i jak się dokładnie odbywa rozprawa, więc stresowałam się niemiłosiernie. Denerwowałam się do tego stopnia, że... dostałam biegunki.

W domu, jak na złość, żadnego stoperanu, czy innego środka o podobnym działaniu. Na szczęście do sądu miałam niedaleko, więc ścisnęłam poślady i ruszyłam w drogę z zamiarem skorzystania z toalety już w środku, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Siedziałam na korytarzu, czekając na swoją kolej w zeznaniach, kiedy poczułam bulgotanie w brzuchu. Z każdą chwilą co raz większe, więc czym prędzej udałam się do toalety. Byłam ostatnia na liście świadków wiszącej przy drzwiach, więc wiedziałam, że mam dużo czasu, zanim zostanę wezwana. Jako, że nie jestem zwolenniczką siadania na obcym sedesie, uderzyłam na Małysza... I to był błąd.

Jak się domyślacie - zasrałam sedes. Cały. Nie tylko w środku, ale i deskę, a nawet klapę i kawałek ściany. Nie wiedziałam, że to możliwe, zawsze myślałam, że osoby dzielące się tego typu wyznaniami zwyczajnie historię podkoloryzowały, że niemożliwe jest zrobienie czegoś takiego! Pierwsza myśl - ucieknę. Nie przyznam się. Przypomniałam sobie jednak o kamerach, które w sądzie nie były raczej atrapami. Przestraszyłam się, że jeśli ktoś zobaczy moje dzieło, to obejrzy film z kamer i dojdzie do wniosku, że to ja jestem winna tej zbrodni. Więc, w odróżnieniu od wielu anonimowiczów, chwyciłam za papier i posprzątałam po sobie, choć było ciężko, a moje dzieło z początku tylko beznadziejnie się rozmazywało...

Ręce mi się trzęsły z rozpaczy, nie wiem jak długo wycierałam własne gówno i ile razy o mało nie zwymiotowałam, ale udało się... Po wszystkim chciałam szybko umyć ręce, ale oczywiście nie było mydła. Musiałam więc opłukać je jedynie wodą, a potem (siedząc w korytarzu, potem zeznając) cały czas wydawało mi się, że niemiłosiernie wali ode mnie gównem.
Przynajmniej posprzątałam, szkoda tylko, że nie z własnej woli, a ze strachu przed aresztowaniem z powodu zasrania toalety sądowej.
Dodaj anonimowe wyznanie