#3RkhE
Wyjechaliśmy z mężem 5 lat temu za granicę, niby na chwilę, niby żeby sobie dorobić. Czas zleciał nie wiadomo kiedy, a ja w międzyczasie urodziłam dwójkę dzieci. Rodziny tu nie mamy, najlepsi znajomi zostali w Polsce, a Ci tutaj są bo są, bo fajnie czasami móc do kogoś wyjść i mieć do kogo 'gębę otworzyć'. Niby jesteśmy szczęśliwi, niby niczego nam nie brakuje, ale jest coś co spędza mi sen z powiek i sprawia, że czasem nienawidzę samej siebie.
Zazdroszczę swoim własnym dzieciom. Zazdroszczę im tego, że urodziły się tutaj, że język angielski, który tu poznają będzie bardziej biegły niż język polski, którego próbują ich nauczyć rodzice. Boje się, że któregoś dnia ich nie zrozumiem. Ze przyjdą do mnie z zadaniem domowym, wypracowaniem, a ja nie będę umiała im pomóc, a już najbardziej przeraża mnie fakt, że mogą nie chcieć uczyć się polskiego i kiedyś przez to będziemy mieli problem by się z nimi dogadać. Już widzę, że mam czasami z nimi ten problem. Ja angielski mam komunikatywny, ale nie biegły. Mąż ma gorszy język niż ja. Ile dam rady się poduczyć to to robię, ale przy dwójce dzieci + praca jest po prostu ciężko. Jestem rozbita. Zostając tutaj zrezygnuje z rodziców, rodzeństwa i najbliższych znajomych, ale w zamian moje dzieci będą miały rodziców, rodzeństwo, znajomych plus wiele lepsza pracę niż my. Zastanawiam się więc czy chcę wrócić do Polski, bo jednak siedzę na obczyźnie i wcale nie jest mi tu tak dobrze, czy może jakaś po*ebana cząstka mnie chcę wrócić dlatego, bo nie może znieść myśli, że jej dzieci będą miały kilkukrotnie łatwiej kiedyś w życiu niż ja miałam.
Ucz się angielskiego razem z dziećmi, przecież ich podręczniki są właśnie na poziomie początkującym. Ba! pytaj dzieci jak coś powiedzieć, co znaczy jakieś słówko. Będą dumne, że będą mogły być tak przydatne.
Racja. Albo jakieś wspólne oglądanie bajek.
Zgadzam się, na dzieciaki dobrze wpływa taki model - rodzic nie wszechwiedzący pan i władca, który wszystko umie, tylko właśnie drugi człowiek, który lepiej orientuje się w jednych rzeczach a gorzej w drugich. Zresztą podobno najlepiej przyswaja się materiał tłumacząc go innym.
oczywiscie, sama sie na bajkach, grach i piosenkach nauczylam lepiej niz w szkole
Postaraj się o pracę, gdzie masz choć trochę kontaktu z językiem (praca i nauka w jednym). Obcuj z angielskim, oglądaj bajki z dziećmi, oglądaj filmy (nawet z polskimi napisami jeśli musisz, ale bez lektora). Znajdź znajomych, z którymi będziesz rozmawiała po angielsku. Widac, że masz chęci, dasz radę!
@innanitka bardzo dobrze mowisz. moja kuzynka wyjechala do Niemiec z dwójką dzieci. synowie mieli wtedy 8 i 11 lat. zaczęła z dziećmi odrabiać lekcje, bo oni również musieli nauczyc się języka. obecnie w DE są 5 lat. i cała trójka mowi i pisze biegle po niemiecku, a kuzynki mąż, który nigdy z nimi lekcji nie robil ledwo sklei porządnie zdanie w tym języku
dodam jeszcze, że np mój brat urodzil sie w niemczech. jego mama przyjechała tu jak miała 10 lat, a nasz ojciec 26 lat temu. moj brat mowi perfekcyjnie po niemiecku (ma 21 lat) i dobrze po polsku. ma problemy z pisaniem, bo pisze tak jak mysli, że powinien napisac, bo np tak mowi, ale da się go zrozumieć co chce przekazać. np zamiast "dzien dobry" napisze "dien dobli"
No jak dla mnie poważny problem. Sądzę, że to nie do końca zazdrość, tylko kompleks niższości wobec własnych dzieci. One nauczą się języka w naturalny sposób, a ty musisz wkuwać, a postępów nie widać. Dwujęzyczność to super sprawa. Skupiasz się na pierdołach, jak pomoc w zadaniu domowym, ale to tylko twoja wymówka. Dzieci będą odrabiały lekcje same lub jak już będzie naprawdę ciężko, zatrudnisz jakiegoś korepetytora. Pewnie będzie was stać, skoro jesteście aż tak zapracowani? Możesz też się zastanowić nad np. roczną przerwą od pracy, żeby nabić expa na jakimś kursie. Boisz się, że się z dziećmi nie dogadasz, ale nauka języka w żłobku i przedszkolu to nie mrugnięcie oka, tylko proces. Pomyśl, że i ty zyskasz, ucząc się z dziećmi i od dzieci. A twoja obawa, że się kiedyś nie dogadacie, to sprawa wychowawcza, nie językowa. Dziecko kochane i wychowane w dobrych wzorcach chce rozmawiać z rodzicami. A jak przerośnie mistrza, to po prostu bądź dumna 😊 Ale jak już zobaczysz że naprawdę nie dajesz rady, to nie siedź tam na siłę. Lepiej być szczęśliwym na polskim podwórku niż znerwicowanym w wielkim świecie.
O takiej akcji to jeszcze nie słyszałam. Znam wielu rodziców, którzy biegle posługują się językiem obcym i dzieci nie nauczyli ojczystego ale cóż dogadują się perfekt. Ale, żeby rodzice bali się, że dzieci nie będą mogli zrozumieć? W domu tylko i wyłącznie komunikacja w języku polskim i gwarantuje, że się zawsze dogadacie.
A ja znam jeszcze "śmieszniejszą" rzecz. Dziecko ma rodziców Polaków, urodziło w Polsce, chwilę potem przenieśli się do Anglii. Nie uczyli dziecka nigdy polskiego. Rodzina zjechała w końcu do kraju, dziecko poszło do anglojęzycznej szkoły podstawowej. Mieszka od lat w Polsce i dalej nie zna języka ojczystego, jedynie angielski ;)
@PrzezSamoH żenada
Miałam kiedys kolegę który w ząb nie mówił po polsku ale wszystko rozumiał. Bardzo dziwnie wyglądała jego rozmowa z rodzicami bo rodzice normalnie do niego mówili po polsku a on odpowiadał po angielsku...Także dogadać się dogadają ale przecież dwujęzyczność jest całkowicie normalna wiec obawy autorki mogą być trochę wyolbrzymione. Ja do 6 roku zycia nie znałam praktycznie polskiego bo w domu się go nie używało. Teraz nie mam z polskim większych problemów. Dzieci chłoną języki jak gąbki.
Gruby - no ich sprawa :) Za to koleżanka ma córkę z murzynem, mieszkają za granicą. Młoda odziedziczyła wygląd po ojcu i w ogóle nie widać, że ma polskie geny. Podobno ludzie zawsze są chwilę w szoku, jak odzywa się nagle perfekcyjnym polskim, zwłaszcza rodacy za granicą ;)
Siedzieć 5 lat za granicą i język komunikatywny, a mąż jeszcze gorzej. Dramat.
Przy 5 latach nauki języka (nie mówiąc o rozpoczęciu nauki przed wyjazdem do innego kraju, który chyba nie zdarzył się z dnia na dzień), nie trzeba żadnych zdolności. Jak masz motywację, to wkuwasz i tyle. Jak nie, rozmawiasz z dzieckiem w domu wyłącznie po polsku. A jak to nie pomoże, zawsze są obrazki. Ja tu widzę potrzebę narzekania i lenistwo. Przecież tu chodzi o własne dziecko, nie pójście do sklepu! Trochę inicjatywy!
Dokladnie. Zeby cokowkiek zalatwic musza polegac na pomocy innych.
Naprawde jak juz ktos sie decyduje na wyjazd za granice, powinien wlozyc to minimum wysilku w nauke jezyka. zawsze potem latwiej o prace na przyklad
@SokoliWzrok Obie wspomniane przez Ciebie umiejętności doskonali się ucząc się języka, nikt nie karze nikomu być na poziomie native, a jedynie na komunikacyjnym - i to dla własnego dziecka, w obcym kraju. Jeżeli ma ktoś problem ze wspomnianymi przez Ciebie umiejętnościami - doskonali je poprzez powtarzanie dopóki się nie nauczy (korepetycje obecnie są online w przyzwoitych cenach, ale systematyczność gwarantuje efekt już po 18 miesiącach u dorosłych), albo w domu posługuje się tylko j. polskim.
Ja mieszkam od 6 lat w Niemczech, niemieckiego nienawidziłam, całą edukacje miałam ledwo naciągane 2, za to angielski perfekt. Tak się życie potoczyło, że mieszkam tu gdzie mieszkam i musiałam język opanowac do perfekcji, chociazby dla własnego komfortu, albo żeby dziecku wstydu nie narobić jak inne matki co się rękami dogaduja. Wystarczy chcieć.
Typowa polska imigrantka. 5 lat na obczyźnie i ani języka, ani podniesionych kwalifikacji, tylko marudzenie, że beznadziejna praca, że tu wszyscy mówią po angielsku, że mają łatwiej i to nie fair. Znajomi też nie fajni- pewnie, że nie fajni skoro zapewne trzymasz się z nimi tylko dlatego, że są polakami a Ty w żadnym innym języku się nie dogadasz. Coś czuję, że pracy w której unikasz konieczności mówienia po angielsku wracasz do domu i odpalasz Netflixa po polsku, na zakupy tylko do polskiego sklepu, jak trzeba coś załatwić to szybki post na fejsbuku: „Czy ma ktoś kontakt do polskiego lekarza/prawnika/bankiera? Czy przetłumaczy mi ktoś dokument? Niech ktoś powie jak napisać wniosek o zasiłek!”. Tak to wygląda? Miałaś wystarczająco dużo czasu by wyjść do ludzi, dokształcić się, rozmawiać, znaleźć pracę w której będziesz musiała mówić po angielsku dużo i sprawnie, nawet przy słabych predyspozycjach. Twoje zamknięcie na świat i brak umiejętności to wypadkowa Twoich wyborów. Dzieci przeszkodziły? Sama je sobie zrobiłaś i teraz zamiast się cieszyć, że adaptują się lepiej niż Ty i jakoś się odnajdują to źle, też powinny siedzieć w głębokiej dupie stagnacji. Smutne, bo sama sobie to zrobiłaś, chociaż przecież nie chciałaś źle. Ile ja już takich przypadków widziałam...mówię to jako polska imigrantka.
Dobrze prawisz
Dziwie Ci się. Pękam z dumy, gdy moje dziecko mówi pięknie po polsku i biegle w drugim języku. Czytam książki raz w jednym, raz w drugim języku, żeby umiało się w równym stopniu posługiwać obydwoma z nich. A Ty nie zazdrość, tylko weź się do nauki, dzieci mają rewelacyjny akcent i pomogą Ci z poprawną wymową.
Ludzie czemu wy jesteście tak cholernie leniwi. Naprawde wszystko trzeba podawać na tacy bo mamusia i tatuś nie mogą posadzić dupy i zacząć się uczyć języka???? Mnóstwo szkół językowych, mnóstwo lekcji online, książki można praktycznie za darmo dostać, do wyboru do koloru. No ale nie, bo nie podane na tacy, bo pani nie kazała się uczyć tak jak w szkole. Sama jesteś sobie winna. A jaką telewizje w domu masz??? lokalną czy Nkę albo Canal+???? To jest własnie problem wielu Polaków za granicą, zamykają się w polaczkowym getcie. nie asymilują się, dobierają znajomych takich samych jak oni. Zero chęci poznania nowego kraju, historii, kultury.....no bo to jest po angielsku a przecież nie można się zmuszać do nauki angielskiego, polski filozof wie że wszyscy muszą po polsku mówić.
Sama prawda. A potem masowa depresja imigracji, bo małe możliwości, samotność, izolacja, ograniczona pula znajomych, praca tylko na zmywaku lub latanie na mopie, brak rozrywek we własnym języku. Zły kraj, ale przynajmniej wysokie zasiłki dają... klasyk.
Prawda. Tak często jest
No fakt, myślenie masz dziwne. Przecież jak będziesz mówiła do nich po polsku, to będą umiały się w tym języku dogadać. Teraz dają 500+ wiec możecie śmiało wracać i na pewno jakos to będzie, a dzieci sobie mogą za chlebem wyjechać jak będą dorosłe dokąd będą chciały ;)
Planowanie poważnych, życiowych decyzji w oparciu o przekonanie "na pewno jakoś to będzie" i zasiłek socjalny (pardąsik, teraz się to poprawnie nazywa świadczeniem) nie wydaje mi się zbytnio odpowiedzialnym podejściem. Chyba, że to był ironiczny żart, to zwracam honor.
No za 500+ to chyba rodziny nie utrzymasz.
hahahahaha no super porada:))) rzucić wszystko po 5 latach i wracać bo 500+:))) Niech dzieci nie mają szans na lepszą przyszłość, nie uczą się języka:)))) bo mamusia i tatuś dostaną 500+ i ich będzie stać na makaron z serem od PiSdzielców. Jest jednak prawda w tym powiedzeniu, że w piekle kotła z polaczkami ni pilnuje żaden diabeł bo jak któryś polaczek chce z tego kotła wyjść to inni i tak go pociągnął na dno.
o cholera, chyba, że to była ironia:)))
No przecież widać ze sarkazm xd
Proponuję poszukać pracy, w której będziesz zmuszona mówić po Angielsku, dodatkowo oglądanie filmów, czytanie książek też po angielsku ;)
Nie wiem skąd to powszechne przekonanie, że bycie za granicą daje zawsze lepsze perspektywy. Czasem tak, owszem, ale nie jest to regułą. Twoje dzieci mogą mieć lepszą przyszłość w Polsce niż za granicą. Znam kilka takich przypadków. Wyjazd za granicę, bo dzieciom będzie łatwiej, a dzieci imigrantów to nadal obywatele drugiej kategorii, nigdy do końca nie traktowane jak native.