Mam trzy małe córki, dwie 4-latki i jedna 6-letnia. W walentynki poszedłem do kwiaciarni kupić różę dla żony i jeszcze po jednej dla każdej dziewczynki. Jako kandydat na Tatę Roku wiedziałem, że każda róża musi wyjątkowa i inna od pozostałych. Poprosiłem o cztery róże w różnych kolorach, bez przybrania. Powstały zestaw prezentował się żałośnie. Zupełnie jakby ktoś na siłę starał się być kreatywny. Oczywiście kwiaty miały być wręczane osobno, ale jako człowiek wrażliwy na estetykę musiałem mieć nieszczególną minę patrząc na uzyskany “bukiet”.
Stojąca obok mnie miła staruszka chyba zwróciła uwagę na mój wyraz twarzy, bo powiedziała do mnie “Są bardzo piękne, ona na pewno będzie zachwycona”. Nie chciałem być posądzony o zły gust, a lubię się chwalić moimi córkami, więc uznałem za koniecznie wyjaśnić “Każda róża jest dla innej dziewczyny”.
Spodziewałem się usłyszeć coś w rodzaju “O jak miło”, ale jedyną odpowiedzią były zdegustowane spojrzenia staruszki i kwiaciarki. Nieco zmieszany zapłaciłem i wyszedłem. Dopiero w drodze do samochodu się zorientowałem, że przecież nie wspomniałem, że mówiłem o moich córkach.
Zajęcia w pracowni komputerowej. Jak zwykle szybko zrobiłem co trzeba więc wziąłem telefon i zacząłem grzebać po FB. Trafiłem na to wyznanie gościa co szynszylę chciał smażyć, rozbawiło mnie więc pokazałem kumplowi. On to jeszcze skomentował tak, że po chwili obydwaj dusiliśmy się próbując powstrzymać śmiech (bo zajęcia).
Wpadłem na inteligentny pomysł, że jak zobaczymy coś smutnego to nam przejdzie, więc szybko wklepałem w wyszukiwarkę “głodujące dzieci w Afryce” i otworzyłem pierwsze z brzegu zdjęcie. Niestety manewr nie zadziałał, co więcej byliśmy już cali czerwoni i łzy nam ciekły po twarzy.
W tym momencie od tyłu zaszedł nas prowadzący zajęcia, żeby zobaczyć, z czego tak się śmiejemy. Popatrzył na mój ekran z afrykańskimi dziećmi i zmierzył nas wzrokiem pełnym absolutnego obrzydzenia. Odszedł zanim zdążyliśmy cokolwiek wyjaśnić, teraz pewnie ma nas za jakichś psycholi.
W każdy poniedziałek rano mamy w firmie zebranie, na którym podsumowujemy poprzedni tydzień i ustalamy rzeczy do zrobienia w aktualnym. Przyszedłem do sali konferencyjnej 10 minut wcześniej, usiadłem z boku i udawałem, że czytam coś ważnego na latopie. Tak naprawdę czytałem coś na facebooku.
Siedziało tam już kilka innych osób, a szef żywo opowiadał jakąś historię ze swoich licznych podróży. Pochłonięty swoimi sprawami nie słuchałem go i nie wiedziałem o co chodzi, ale nagle dotarło do mnie zdanie “… I WTEDY PORWAŁA JELAWINA”. To zdanie niezwykle mnie zaintrygowało, od razu wystawiłem głowę nad laptopa, niczym krecik z dziury. Co to do cholery jest jelawin? Czemu został porwany? Musiałem to wiedzieć i to od razu. Natychmiast przerwałem szefowi i spytałem “Ale co to jest JELAWIN?!”.
Wszyscy się obejrzeli, popatrzyli na mnie jak na kosmitę i zaraz zaczęli pokładać się ze śmiechu. Okazało się, że szef opowiadał o wyprawie w góry i powiedział “...i wtedy porwała je lawina”.
Wraz z siostrą wyjechałyśmy na studia do miasta, więc sprawiłyśmy mamie małego pieska, aby nie było jej smutno. Oczywiście szybko skradł jej serce, nasze zresztą też :)
Kiedy wracamy na weekendy maluch niesamowicie się cieszy, cały dzień spędza z nami, a w nocy gramoli się na łóżku. Istna pociecha! Tym razem też tak było, bawiliśmy się, były spacery i wielka uciecha z wizyty. Tylko, że z dodatkową niespodzianką... Kiedy wszyscy kładliśmy się spać, mały zaczął się dziwnie zachowywać, kulił ogon, skomlał i nie ruszał się z miejsca. Pierwszy raz mu to się zdarzyło. Szybki rzut okiem, przerażenie mamy, decyzja: szukamy weterynarza 24 h i jedziemy. Pies ciągle skomle, sytuacja coraz bardziej nerwowa, strach i obawa, że coś poważnego się stało. Kiedy dojechaliśmy weterynarz oglądnął pieska, coś pomruczał pod nosem i kątem oka widzę, że się lekko uśmiecha. Poinformował nas że nocne wizyty są droższe i trzeba się z tym liczyć. Nie było wyboru, więc się zgoda.
Skasował nas na 170 zl za lód i ścierkę, bo pies zbyt bardzo się podniecił i nie mógł dojść...
To zdarzyło się kilka lat temu. Jako, że mieszkam w małej miejscowości i na religię chodzę, mój katecheta wszelkimi możliwymi sposobami wprowadzał nas w życie Kościoła. No i stało się, na jakiejś mszy miałam wygłosić czytanie. Nie robiłam tego pierwszy raz więc na pewniaka poszłam i chciałam mieć to z głowy. Niestety, to chyba nie był mój dzień, bo zamiast przeczytać wyraz ORGANIZM, przeczytałam ORGAZM. Nie chcecie widzieć miny ministrantów, moich czerwonych policzków i niezręcznej ciszy, która zapanowała w kościele.
Parę lat temu byłam na pierwszej randce z gościem, którego poznałam w pewnym serwisie internetowym. Poszliśmy do galerii handlowej, żeby coś zjeść przed kinem. Nagle z poziomu wyżej jakaś dziewczyna zaczęła głośno wołać jego imię. Popatrzył na nią, zrobił dziwną minę, chwycił mnie za rękę i zaczął uciekać jakby nas diabeł gonił.
Byłam bardzo zaskoczona i zmieszana, spytałam co się dzieje. Nie przerywając biegu odpowiedział "To ta laska którą przeleciałem tydzień temu".
Niedawno do mieszkania pode mną wprowadziła się bardzo atrakcyjna młoda kobieta. Parę dni temu gdy siedziałem późnym wieczorem przy komputerze usłyszałem jej zmysłowe jęki i krzyki. Najpierw pomyślałem, że mogła by nieco ciszej uprawiać miłosne igraszki, ale po chwili wyobraźnia zaczęła działać i bardzo mnie te odgłosy podnieciły…
Następnego dnia od sąsiada dowiedziałem się, że to staruszka mieszkająca nade mną przewróciła się i wzywała na pomoc swojego męża, który spał w pokoju obok.
Z moją dziewczyną postanowiliśmy przeżyć ten pierwszy raz. Trochę przed tym popiliśmy, aby zminimalizować stres. Po zdjęciu prezerwatywy byłem wstawiony i pomylił mi się kosz na śmieci z koszem na ziemniaki. W związku z tym któregoś dnia, matka mojej dziewczyny chcąc wyjąć kartofla z wiadra pokazała jej zużytego kondoma.
Ostatnio doznałam urazu szyi i muszę chodzić w kołnierzu. Jechałam tramwajem na uczelnię, to były raptem 4 przystanki. W ten dzień zdawałam egzamin i w myślach powtarzałam sobie całą wiedzę z biologii człowieka. Nagle zorientowałam się, że tramwaj stoi na przystanku, na którym miałam wysiąść, więc zerwałam się do wyjścia.
Drzwi były jeszcze otworzone, więc powoli schodziłam w lewej ręce trzymając plecak i wtedy drzwi mnie przytrzasnęły. Musiałam się cofnąć do środka i niestety pojechałam przystanek dalej. Nagle zorientowałam się, że w środku tramwaju mam tylko jedno ramię od plecaka, cała reszta plecaka jest na zewnątrz. A ja stoję jak idiotka jedną ręką trzymając się metalowej rurki, a drugą kawałek ramienia od plecaka. Do teraz mam przed oczami śmiech ludzi w całym przedziale i reakcję ludzi z przystanku, na którym wysiadałam...
Zdarzyło mi się to 7 lat temu, gdy byłem w szpitalu na operacji nosa (w wieku 18 lat). Wszystko odbywało się w Krakowie, a że nie pochodzę z tych rejonów to przywieźli mnie rodzice. Oczywiście byli przejęci całą sytuacją bardziej niż ja sam.
W pierwszy dzień po przyjeździe, wieczorem, gdy już leżałem na łóżku przyszła pielęgniarka i rzuciła do mnie pytaniem "Stolec był?". Zdębiałem, przestałem jeść danonka i zapytałem "Kto był?". "CZY STOLEC BYŁ?" - powtórzyła głośno i wyraźnie dalej patrząc w kartę pacjenta. Nie miałem pojęcia o kogo jej chodzi, lekarza o takim nazwisku nie poznałem, ale to był dopiero pierwszy dzień, więc opowiedziałem tylko "Nie, nikogo nie było".
Pielęgniarka popatrzyła na mnie i gdy zrozumiała, że mówię poważnie zaczęła się śmiać, współlokator z pokoju też i dopiero wtedy padło zrozumiałe dla mnie pytanie "Kupa czy była?!".
Teraz mam 25 lat i do dzisiaj czuję się zażenowany, jak o tym pomyślę.
Dodaj anonimowe wyznanie