Parę tygodni temu gdy wsiadałam do tramwaju złodziej próbował wyrwać mi torebkę. Udało mi się obronić, bo akurat miałam w ręce książkę "Makroekonomia" i przywaliłam mu nią w twarz... Nie lubiłam tej książki, bo to wielkie, przytłaczające tomisko, ale teraz to chyba będzie moja ulubiona książka.
Zdarzyło się to kiedy miałam 5 lat. Byłam wtedy bardzo pomysłową dziewczynką. Wracaliśmy z rodziną z wakacji znad morza. Gdzieś w pomorskim rodzice postanowili zajechać na zwiedzanie i obiad do jakiegoś zamku. Po obejściu całego obiektu i zjedzeniu głównego posiłku czekaliśmy na deser.
Z racji, że zamek był otoczony fosą i było wokół niego pełno żab, które uwielbiałam łapać i przytulać (teraz wiem, że to podchodzi pod znęcanie) powiedziałam rodzicom, że wychodzę na chwilę przed budynek i zaraz wrócę. Po kilku minutach żabki mi się znudziły i postanowiłam pobawić się w coś innego. Do budynku prowadziły wielkie, ciężkie drzwi z witrażem, które były stale otwarte na oścież. Postanowiłam więc, że pobawię się z rodziną w chowanego.
Po 70 minutach akcji poszukiwaczej, w którą został włączony nie tylko personel zamku, ale również policja (szukali mnie w fosie), postanowiłam łaskawie objawić się tacie i z miną aniołka powiedziałam "I co? Dobrze się schowałam?". Rodzice byli tak osłupiali, że nie mieli nawet siły na mnie nakrzyczeć. Dalsza droga przebiegła w całkowitej ciszy.
Któregoś wieczoru przyszła do mnie dziewczyna. Przywitała się z rodzicami i poszliśmy do mojego pokoju. Zamknąłem drzwi, puściłem muzykę i po chwili już zaczęliśmy się całować. A później wiadomo, trochę nas poniosło. Nawet nie zauważyłem kiedy muzyka przestała grać, ale nie było to wtedy dla mnie ważne.
Następnego dnia schodzę rano na śniadanie, a że była to niedziela, to cała rodzinka siedziała razem. I wtedy właśnie moja 13-letnia siostra zapytała: "Czy wy musicie wieczorem tak głośno dyszeć?". Odpowiedzi na pytanie nie uzyskała, a wszyscy starali się unikać mojego wzroku. Od tej pory zawsze pilnuję, by muzyka grała cały czas.
Jak miałam 15 lat chodziłam na dodatkowy angielski. Bylam w bogatej grupie i czułam się bardzo niepewnie. Raz byłam przeziębiona, a akurat nie miałam przy sobie chusteczek, więc poszłam do ubikacji. Gdy tam weszłam poczułam niesamowity odór, wszędzie walał sie zużyty papier, ściany ubrudzone były brązową mazią, a cały ten obraz dopełniała niespłukana kupa. Urwałam kawałek papieru i zniesmaczona wyszłam. Zaraz za drzwiami stał chłopak, który mi sie podobał. Zamykając za sobą drzwi toalety uśmiechnęłam sie do niego i powiedzialam "Nie radze tam wchodzić" i spokojnie odeszłam zadowolona z siebie, że go ostrzegłam. Kątem oka widziałam że mimo mojej rady wszedł do kabiny i szybko sie wycofał. Dopiero w domu uświadomiłam sobie, jak on to zrozumiał. To była moja pierwsza rozmowa z nim, do końca roku dziwnie na mnie patrzył.
Niedawno skończyłam kurs prawa jazdy. Pewnego pięknego, słonecznego dnia wybrałam się na rowerze korzystając z ładnej pogody do Ośrodka Szkolenia Kierowców by dokupić dodatkowe godziny przed egzaminem. Wskoczyłam w wygodne leginsy i pojechałam, ale wychodząc z klatki zahaczyłam biodrem o drzwi wejściowe. Nabiłam sobie porządnego siniaka i niestety każdy miał okazję go zobaczyć...
Dojechałam na miejsce, zapięłam rower i poszłam dokupić godziny. Mój instruktor prowadził wykłady ze sporą grupą młodzieży. Kiedy stanęłam tyłem do nich, a twarzą do wykładowcy, umawiając się na lekcje, wszyscy wybuchnęli śmiechem. Nie rozumiałam o co chodzi. W pierwszym momencie myślałam, że żartowali pomiędzy sobą, jeden z chłopaków powiedział "Na tego siniaka radzę przyłożyć coś zimnego". Nie zrozumiałam o co chodzi.
Wyszłam z budynku, wsiadłam na rower i wróciłam do domu. Zorientowałam się co jest grane, kiedy wieczorem zdejmowałam leginsy do prania. Okazało się, że wyrwałam sobie ogromną dziurę na tyłku, a tego dnia byłam w tych leginsach jeszcze w sklepie i z bratem w parku na spacerze...
Raz jak mieliśmy na uczelni studentów z wymiany dostaliśmy z kolegami do zrobienia projekt z czwórką z nich - Chińczyk, Amerykanin, Brazylijczyk i Senegalczyk. Jednego popołudnia siedzieliśmy wszyscy u mnie w domu gdy wszedł dziadek. Rozejrzał się i powiedział "Ojej nie wiedziałem, że mamy w domu zebranie Organizacji Narodów Zjednoczonych".
Byłem na siłowni i ćwiczyłem na bieżni obok gorących lasek. Nie chciałem wyglądać jak jakiś mięczak więc podkręciłem prędkość sporo powyżej tego, co normalnie. Okazało się, że było to za szybko i popisy skończyły się tak, że się potknąłem i przewróciłem z hukiem. Chwilę mi zabrało żeby się pozbierać i ochłonąć, dziewczyna obok przerwała trening, podeszła i pytała czy wszystko ze mną w porządku. Zaraz przyszedł też instruktor żeby sprawdzić co się stało. Wyszło dokładnie na odwrót niż planowałem, czułem się jak jakiś przygłup. Aby jakoś wybrnąć strzeliłem “Uśmiechnijcie się do kamery, ale was nabrałem”.
Miałem nadzieję, że na tym się skończy, ale ta laska zaczęła się dopytywać gdzie jest kamera. Machnąłem ręką w nieokreślonym kierunku i powiedziałem, że mój kumpel filmuje. Instruktor wyglądał na wkurzonego i dopytywał, kto dokładnie. Nie myślałem wtedy jasno, rozejrzałem się szukając kogoś kto by pasował. Jakiś grubas dość daleko od nas ćwiczył bicepsy, a obok niego na takiej półce stał bidon. Powiedziałem, że to on, a w bidonie jest kamera i że zaraz wyłączymy i skasujemy nagranie. Niestety to nie wystarczyło, instruktor od razu ruszył do tego gościa, a ja czując że zanosi się na jeszcze większą żenadę zmyłem się czym prędzej do szatni. Więcej tam nie poszedłem, teraz jeżdżę autobusem na siłownię osiedle obok.
Pracuję w klinice chirurgii plastycznej. Dwa lata temu pewnego dnia przyszła młoda ładna kobieta ze zdjęciem innej kobiety i mówi, że chciałaby tak wyglądać i ile to będzie kosztowało. Zaskoczona pytam ją, co to za kobieta na zdjęciu. Odpowiedziała, że to nowa dziewczyna jej ex partnera, że wciąż go kocha i chce wyglądać tak jak ona, aby do niej wrócił. Powiedziałam, że najpierw trzeba ustalić niezbędne szczegóły, aby nie było żadnej pomyłki i skierowałam ją na wizytę do mojego kolegi. Kolega ten jest psychiatrą.
Kiedy byłam mała, moja mama nie pracowała, ja nie chodziłam do przedszkola, więc całe dnie spędzałyśmy razem, zazwyczaj w kuchni. Mama coś gotowała, a ja oddawałam się dziecięcym pasjom. Zawsze towarzyszył nam dźwięk radia. Pamiętam, że często słyszałam w radiu adresy, podawane łącznie z kodami pocztowymi.
Pewnego dnia wyszłyśmy z mamą na miasto, w celu dokonania drobnych zakupów i załatwienia kilku spraw. Był to okres przedświąteczny, więc w planach było też wysłanie kartek do rodziny mieszkającej w odległych zakątkach naszego kraju. Udałyśmy się na pocztę. Przed wejściem, na schodkach siedział czarny, lśniący kot i wygrzewając się na słońcu spoglądał na przechodniów. Skojarzyłam fakty i zapytałam mamy: "To jest ten KOT POCZTOWY?".
Kiedyś w przedszkolu, chciałam bardzo wygrać w pewną grę. Nie pamiętam jak się nazywała, ale miałam tam zostać księżniczką i wygrać jakiś pierścionek. Niestety szczęście mi nie sprzyjało i ciągle przegrywałam. Wpadłam więc na pomysł! Zaczęłam płakać i histeryzowac. Koleżanki pytały co się stało, ja na to, że wczoraj zmarła moja mama na raka. Pomysł poskutkował, zostałam księżniczką i wygrałam pierścionek.
Jako dziecko nie przypuszczałam, że sprawa pójdzie dalej. Na religii dzieciaki zaczęły gadać, że moja mama umarła, że mamy się pomodlić za nią itd. Katechetka pytała nawet na jakim cmentarzu ja pochowano. Sprawa trafiła do mojej wychowawczyni. Kiedy tata przyszedł do przedszkola, pani spytała go "Jak się pan czuje po śmierci żony? Daje pan radę z dwójką dzieci?". Tata wielkie oczy, nie wiedział o co chodzi. Myślałam, że spalę się ze wstydu.
Dodaj anonimowe wyznanie