Jestem osobą, która lubi pomagać ludziom, zawsze staram się to robić, oczywiście często z marnym skutkiem. Głośno jest teraz o pierwszej pomocy, o reagowaniu, gdy widzimy kogoś nieprzytomnego na ulicy. Bardzo wzięłam to sobie do serca.
Było gorąco, koszmarny upał, ledwo można oddychać. Szłam chodnikiem, gdy nagle dojrzałam starszego mężczyznę, siedzącego na ławeczce z zamkniętymi oczami i przechyloną głową. Był cały purpurowy, ślina ciekła mu z ust, wyglądał jakby miał jakiś atak.
Przejęłam się okropnie. Chwyciłam go za ramię, potrząsnęłam głośno mówiąc "Halo, słyszy mnie pan!?". Żadnej reakcji. Moje serce zabiło jak młotem. Z jego ust kapnęła kolejna strużka śliny. "Proszę pana, proszę się odezwać!" Powtarzałam to kilkakrotnie bez skutku. Już wyciągałam rękę, żeby zmierzyć ju puls i zbliżyłam się, żeby wyczuć oddech, gdy nagle poczułam jego wielką łapę na mojej talii i usłyszałam chrapliwy głos: "Foczko, foczko, jak gorąco! ". To staruszek ocknął się i bez ceregieli zaczął mnie wyrywać.
Moje dłonie chyba leczą, bo pan pod ich wpływem nie tylko ożył, ale również zyskał wigor jak u nastolatka. Gdy widząc, że tylko się zdrzemnął, nieco zdegustowana odeszłam to jeszcze wołał za mną "Choć foczko, moja foczko nie uciekaj, będziemy się bawić" i zachęcająco machał rękami i nogami. Tak oto zwykle kończy się mój altruizm.
Wśród rodziny i znajomych mam opinię speca komputerowego. Zawsze jak ktoś ma problem z komputerem to uderza do mnie. Ta sytuacja miała miejsce ponad rok temu, ale do dzisiaj często o tym myślę.
Zadzwonił do mnie jeden znajomy, którego znam wiele lat, od czasów liceum. Pytał czy mógłbym popatrzeć na jego laptopa, bo ostatnio bardzo wolno chodzi, wiesza się i co chwilę wyskakują dziwne reklamy. Akurat miałem czas więc się zgodziłem. Przyszedł do mnie ze sprzętem, wziąłem się za niego i jednocześnie pogadaliśmy co tam nowego. Komputer był mocno zachwaszczony, powiedziałem mu żeby lepiej mi go zostawił i przyszedł wieczorem, bo trochę zejdzie. Tak też zrobił.
W trakcie skanowania dysku zwróciłem uwagę, że mnóstwo zdjęć i filmów miał “poukrywanych” w rozbudowanych ciągach folderów w folderach. Zaśmiałem się i pomyślałem, że pewnie jakieś pornuski tam ukrywa. Byłem ciekaw w czym to gustuje, więc zajrzałem. Szczerze przyznam, że sam wiele rzeczy w sieci widziałem i lubię szperać po różnych zakątkach internetu. Ale to co tam było dosłownie zwaliło mnie z nóg. Jakbym dostał cegłą w głowę. Okazało się, że mój kumpel jest pedofilem. Było tego mnóstwo i były to poważnie chore rzeczy.
Wieczorem gdy przyszedł po laptopa oddałem mu go i zaraz się pożegnałem, tłumacząc się że właśnie wychodzę i nie mam czasu gadać. Przez kolejne dni chodziłem jak struty, nie wiedziałem co powinienem zrobić w tej sytuacji. Nie mogłem spać, nie miałem apetytu.
Jakoś tydzień później wychodząc z klatki zobaczyłem zapłakaną córkę sąsiada jak wracała do domu (miała rozwalone kolano) i normalnie coś we mnie pękło, uznałem że nie mogę tego tak zostawić. Zgłosiłem sprawę na policję i w efekcie koleś został aresztowany. Wychodzi, że jestem kapusiem, ale chyba dobrze, że jednego chwasta mniej.
Moja mama szukała czegoś w moim laptopie za pomocą Google. Kiedy wyświetliły jej się automatyczne podpowiedzi pomyślała, że to historia wyszukiwania. Z ciekawości wpisała "moja mama..". Nie chce mi teraz uwierzyć, że nie wpisałem nigdy frazy "MOJA MAMA MNIE PODNIECA".
W serwisie internetowym zauważyłam fantastyczną ofertę pracy w firmie, w której zawsze marzyłam aby pracować. Wysłałam CV i listy motywacyjny. Po paru dniach napisała do mnie rekruterka od nich że są zainteresowani moją kandydaturą i zapraszają na rozmowę kwalifikacyjną.
Niby super, szkoda tylko, że moja skrzynka pocztowa zakwalifikowała tę wiadomość jako spam i natrafiłam na nią wczoraj wieczorem, czyli trzy miesiące później.
Do przedszkola w którym pracuję zostało zapisane nowe dziecko - trzylatek. Widziałam już różne dzieci, ale ten chłopiec był skrajnie nieznośny. Nie był w stanie usiedzieć nawet minuty w jednym miejscu, bił dzieci i robił im na złość, nikogo nie słuchał.
Po paru dniach gdy jego mama przyszła go odebrać delikatnie zagaiłam, że jej syn jest bardzo ruchliwy i ciężko nad nim zapanować. Ona odpowiedziała "Gdyby był cichy i spokojny, to bym go trzymała w domu".
Gdy miałam 7 lat i pierwszy raz oglądałam film o Harrym Potterze, coś w moim małym mózgu przestawiło się i dostałam manii wykonywania wszędzie podobizny blizny, którą Harry miał na czole. W pokoju mojego starszego brata zawsze było bardzo dużo kaktusów, większych i mniejszych. Ja, uosobienie szatana, porobiłam im właśnie takie piękne blizny nożem. Każdy kaktus był naznaczony i byłam niesamowicie z siebie dumna.
Pewnego dnia moja mama zorientowała się, że coś jest nie tak. Zaczęła we wszystkich możliwych kwiatkowych poradnikach szukać sposobu na pozbycie się tej "choroby". Przeszukała cały Internet, kupiła mnóstwo nawozów, leczniczych otoczek, specjalnych gleb. Nic nie pomagało, a kaktusy w końcu uschnęły.
Oczywiście wina spadła na mojego brata , który nie krył się z tym, że owych kaktusów nienawidzi i najchętniej by je wywalił. Dostał opieprz stulecia, zawiesili mu kieszonkowe i zabrali komputer do mojego pokoju. Mama naliczyla, że "brat uśmiercił" 30 kaktusów, a ja byłam dumna z siebie, że miały do końca "życia" takie superowe blizny i jeszcze zyskałam w pokoju komputer.
Niedawno mój chłopak spytał mnie, czy mam jakieś zabawki dla dorosłych. Mam tylko stary wibrator, który dostałam jeszcze w liceum na urodziny od koleżanek w ramach żartu. Poprosił, żeby go przyniosła następnym razem.
Zapomniałam o tym, ale kilka dni później wychodząc na uczelnię przypomniałam sobie. Wygrzebałam go gdzieś z dna szafy i wrzuciłam do torby. Chciałam go zostawić w samochodzie, ale wyleciało mi to z głowy i zupełnie o nim zapomniałam.
Na wykład przyszłam nieco spóźniona, torbę rzuciłam na krzesło obok i zaczęłam słuchać wykładowcy. Nieco mi jednak przeszkadzało dziwne brzęczenie. Najpierw pomyślałam, że to projektor, potem że może wentylacja. Dopiero po paru chwilach skojarzyłam, że dźwięk dobiega z mojej torby! KUR*A! Ten wibrator był bardzo hałaśliwy, a jeszcze tam była garść drobniaków i klucze od samochodu, które potęgowały jazgot. W popłochu zaczęłam przeszukiwać torbę, chcąc cholerstwo wyłączyć, zanim ktoś zwróci uwagę, ale oczywiście było już za późno. Sporo twarzy było skierowanych w moją stronę, w niektórych spojrzeniach widziałam, że wiedzą co to jest ale jeszcze patrzą aby się upewnić… Panika, z którą przetrząsałam torbę i czerwona jak burak twarz na pewno niestety nie pozostawiły im wątpliwości.
Gdy byłam mała poszłam z mamą do kiosku po podpaski. Była długa kolejka. Kiedy nastała nasza kolej, mama poprosiła podpaski, a ja wyjaśniłam "Mama kupuje podpaski bo jej krew z pupy leci".
Pewnego pieknego, bodajże wtorkowego poranka jak zwykle jechałam do szkoły. Moja podróż zawiera jedną przesiadkę z autobusu do metra. Jak to w Warszawie bywa o poranku metro pękało w szwach od spieszących się ludzi. Ja również do nich należałam jako, iż byłam prawie spóźniona.
Gdy dotarłam do barierek, wyjęłam w pośpiechu kartę miejską i usilnie przykładałam ją do czytnika. Raz, drugi, trzeci... Nie działał. Wycofałam się i przeszłam do kolejnej bramki. Również nie działała. Ludzie za mną byli wkurzeni, że tamuję przejście, no ale przecież nie moja wina, że bramki zepsute. Spojrzałam jednak na swoją kartę i zrobiło mi się aż gorąco - to nie była karta miejska, tylko karta mBanku. Pozdrawiam wszystkich ludzi, którzy się wtedy przeze mnie spóźnili.
Jakiś czas temu byłam w szpitalu. Przygotowywano mnie do operacji. W pewnym momencie przyszedł chirurg, który miał mnie operować. Powiedziałam mu, że bardzo się boję, że mimo narkozy się obudzę podczas operacji. Odpowiedział "Nie martw się, kiedy my tu kogoś usypiamy, to nigdy się nie budzi".
Jakoś mnie to nie pocieszyło.
Dodaj anonimowe wyznanie