Kupiłam coś w serwisie ogłoszeniowym i poprosiłam tatę, aby mnie podwiózł pod wskazany adres. Ciężko się jeździło po tym osiedlu, bo uliczki wąskie i jeszcze wszędzie gdzie się dało stały auta zaparkowane. Kluczyliśmy nie mogąc znaleźć właściwego bloku. W końcu utknęliśmy na jednej z uliczek za kobietą, która próbowała wcisnąć swój samochód tyłem w bardzo wąskie miejsce. Stoimy tak minutę, dwie, pięć, a jej wciąż nie wychodzi i wciąż próbuje ponownie.
W końcu tata stracił cierpliwość i wysiadł. Podszedł do jej samochodu i zapukał w szybę. Kobieta otworzyła, on się nachylił i mówi do niej "Droga pani, pani da, to go pani raz dwa wcisnę". Na co kobieta wydarła się "Spieprz*aj zboczeńcu!" i machnęła dłonią chcąc mu przylać w twarz (uchylił się na szczęście).
Tata wrócił do samochodu czerwony ze złości, a mi aż łzy pociekły ze śmiechu.
Od zawsze zajmowałem się branżą IT, sieciami komórkowymi, obsługą klienta itd. Pracując jako konsultant w salonie dużej sieci komórkowej zdarzyło mi się wiele mniej lub bardziej ciekawych, żenujących, śmiesznych wpadek czy sytuacji. Jednej jednak nie zapomnę do końca życia.
Sprzedaż umów zawsze szła mi dobrze, rzadko kiedy nie udawało mi się wyrobić planów. Miałem wielu "swoich" klientów, którzy podsyłali kolejne kontakty, często odradzałem podpisanie danej umowy mówiąc, że niedługo będzie lepiej. Taki klient wolał wrócić do mnie wiedząc, że nie będę mu wciskał cudów na kiju, niż iść gdzieś, gdzie usłyszy książkowe badanie potrzeb i wytłuczone regułki. Przez dobre wyniki sprzedażowe kierownik regionalna często przymykała oczy na moją obsługę klienta.
Pewnego dnia w salonie pojawiła się para, młodzi ludzie w wieku około 27 lat. Od wejścia tryskali dobrym humorem, podśmiechujki i żarty przy ekspozycji z telefonami. Zaprosiłem ich do biurka, pełen uśmiech, gadka się klei, ona trzyma go za kolano, porzyg tęczą itd. W trakcie rozmowy sprzedażowej wymienialiśmy zdania na różne mało ważne tematy. W pewnym momencie laska nie wytrzymała i zaczęła sypać do ziomka tekstami "mój przyszły mężu", "mężczyzna, niedługo mąż a zapewne i ojciec" etc. W między czasie cały czas usilnie próbowała wsadzić mi przed oczy dłoń z pierścionkiem zaręczynowym. W końcu dałem jej tą radość i zapytałem, czy świeże narzeczeństwo. Cała w fiołkach odpowiedziała, że tak, że w końcu się doczekała i jest mega szczęśliwa chociaż nie zawsze było tak kolorowo. Zmierzyła go wtedy wzrokiem i klepnęła po udzie. Chłopek nie zareagował, widocznie miał coś na sumieniu.
Rozmowa trwa, spisujemy dwie umowy, śmiejemy, żartujemy. Pytam babeczkę o hasło do infolini, że to prywatne i tylko ona powinna je znać, że tyle i tyle znaków, podała mi, drukuję dokumenty, podpis. Elegancko. Rozluźniony ja zaczynam działać z gostkiem (jakkolwiek to nie brzmi), ta sama procedura i tu zaczyna się horror...
Pytam gościa o to zakichane hasło do infolinii, że prywatne ble ble ble... a on mówi, że jak prywatne to on weźmie sobie karteczkę i mi zapisze. Jak powiedział tak zrobił, zasłonił jedną ręką kartkę przed swoją narzeczoną i nasmarował hasło cały czas się z niej śmiejąc. Chwilę się podroczyli i ona w końcu zapytała go "no to jakie to hasło masz kochanie?" chyba w ogóle nie oczekując odpowiedzi. Wziąłem tą karteczkę, już nawet nie pamiętam co było na niej napisane, jakieś całkiem normalne hasło, bez wydziwiania. Dobrze nam się rozmawiało więc w ogóle się nie zastanawiając rzuciłem żartem "Na pewno nie mają państwo przed sobą tajemnic, niech się pan przyzna, że hasło to Marta123". Babka humor o 180 stopni, oczy naszły łzami, rzuciła mu torebkę na kolana i wybiegła. Ja w szoku. Gość zamurowany. Powiedział tylko złamanym głosem "no to pan trafił" i wybiegł za nią. Nie wrócili.
Od tamtej pory ograniczałem żarty z klientami.
Jestem człowiekiem, który bardzo lubi podróżować na stopa. Wszelkie wypady w jakieś dalsze rejony zawsze starałem się jechać w taki oto sposób. Rok temu uznałem, że pora na coś nowego i wymyśliłem sobie, że tym razem pojadę do Barcelony. Szybko znalazłem towarzyszkę podróży i ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy mnóstwo przygód w czasie trasy, ale ja tylko opiszę tą jedną wyjątkową.
Jakoś tak wyszło, że jak już dojechaliśmy do tej Barcelony to rozdzieliliśmy się z moją kompanką i ja dalej eksplorowałem miasto. Oczywiście oznaczało to jeszcze, że w drogę powrotną byłem zmuszony jechać sam. Szlajałem się z 2 dni po mieście i uznałem, że czas wracać. Wyszedłem na obwodnicę i złapałem stopa, udało mi się wtedy dojechać na jakąś stacje w środku Francji. Była godzina 22, ciemno i całkiem słaby ruch. Próbowałem kogoś złapać, ale jakoś mi nie wychodziło, ludzie bali się mnie wziąć (w sumie się nie dziwię). Ale gdy już byłem na maxa zrozpaczony nagle podjechał samochód z przyczepą kempingową! Szybko podchodzę i zaczynam rozmowę z nadzieją w sercu, że może mnie weźmie i podwiezie przynajmniej gdzieś w okolice Niemiec. Po chwili okazuję się, że to Polak i chętnie zawiezie mnie pod Warszawę! Moja radość była ogromna, już nie musiałem martwić się o transport. Po chwili ruszyliśmy w drogę, ale ja przeczuwałem, że coś jest nie tak.
Gdy jechaliśmy nagle pokazała się bramka na autostradzie i stała tam policja (3 wozy). Mój wybawca zaczął się dziwnie denerwować, a ja nie wiedziałem, o co chodzi. Policja kazała nam zjechać na bok w celu rutynowej kontroli. Wyszliśmy z samochodu, a ja odpaliłem papierosa, bo udzielił mi się nerwowy nastrój. Zaczęli przeszukiwać samochód razem z przyczepą, gdy wtem jeden z nich coś krzyknął i nagle jeb mnie na maskę samochodu, w kajdanki i do lodówy.
Byłem tak zesrany, że masakra. Nic nam nie powiedzieli, tylko przewieźli nas na komisariat (przeszukali mi cały plecak, itp., itd.). Po jakimś czasie zaczęli mnie przesłuchiwać, pytali o wszystko, poprostu wszystko. Na koniec oznajmili, że zostało postawione mi 8 zarzutów w tym m.in.: przewóz narkotyków, rozprowadzanie narkotyków, handel narkotykami, itd.
Okazało się, że koleś był dilerem i na pace miał 50kg zioła, 2 kg amfy i jakieś piksy. Wypuścili mnie po 48h, bo miałem zbyt dużo dowodów, że nie mam z tym nic wspólnego (zdjęcia na telefonie, bilety z jakiegoś metra, itd). Dzisiaj to dla mnie tylko zabawna historia, ale od tamtego czasu nie jechałem na stopa.
Było to już bardzo długi czas temu, chodziłem wtedy do liceum. Miałem straszną nauczycielkę od języka niemieckiego. Straszną pod względem wyglądu, bo tak naprawdę to brakowało jej tylko miotły, ale i straszną pod względem swojego zachowania. Nauczyciel powinien być wymagający, ale to co wydarzyło się wtedy u mnie na lekcji...
Pani od niemieckiego pytała na każdych zajęciach. Największy problem był w tym, że odpowiedzi ustne u niej były bardzo stresujące, więc nieważne jak dobrze umiałeś i tak wyżej niż na 3 nie wyciągnąłeś. Zresztą byle jaka rozmowa z tą panią strasznie stresowała.
Pewnego dnia poprosiła do tablicy moją koleżankę i kazała napisać jej jakieś zdania. Koleżanka nieźle stremowana zaczęła się zastanawiać, więc już na wstępie dostała opieprz, że nic nie pisze. "Zmotywowana" dziewczyna zaczęła pisać powoli słowo po słowie. Oczywiście pani od niemieckiego musiała ciągle coś komentować, że ta literka nie wygląda jak powinna i takie inne głupoty nie pozwalając dziewczynie na zastanowienie. Mówiła też (zresztą powtarzała to na każdej lekcji), że jesteśmy żałośni, że nie wie, co my tutaj robimy.
Zaczęła wydzierać się na biedną, przestraszoną dziewczynę i kazała jej kontynuować pisanie. Uczennica wykonała polecenie nauczycielki, ale nagle usłyszałem odgłos, jak coś spada na podłogę. Spojrzałem w stronę tablicy i zauważyłem, jak moja koleżanka upada, a gdzieś obok leży kreda. Po prostu zemdlała. Kolega z pierwszej ławki podbiegł do niej i złapał ją pierwszy ogarniając, co się dzieje.
Co na to nasza wspaniała nauczycielka? Burknęła niezadowolona pod nosem (z taką nutką pretensji), kazała koledze odciągnąć dziewczynę na bok, zostawić ją pod ścianą i wezwała kolejnego ucznia by dokończył za nią zdania...
Totalna znieczulica, żadnych ludzkich uczuć. Dla ciekawskich. Ta wiedźma dalej uczy w tej samej szkole i dalej "terroryzuje" uczniów.
Tydzień temu wraz z moją siostrą postanowiłyśmy upiec nasze ulubione ciasto - a ponieważ staramy się zdrowo odżywiać, to mniej więcej od roku nie piekłyśmy go ani razu. Teraz również przez kilka dni jakoś nie mogłyśmy się do tego zabrać - kupiłyśmy produkty, ale że cały czas było coś ważniejszego do zrobienia, to do pieczenia zabrałyśmy się któregoś dnia około godziny 22:30.
Wszystko było dobrze do momentu, kiedy nie przyszło do ubijania śmietany-kremówki na gotowe już i ostudzone ciasto. Czasu zeszło nam tyle, że była już 1:30, ale niezrażone późną porą wlałyśmy zawartość jednego z zakupionych wcześniej opakowań śmietanki do misy od miksera, i zabrałyśmy się za ubijanie, w nadziei, że pójdzie nam to szybko. Niestety, 10 minut później śmietana była nadal płynna, więc uznawszy, że nie ma opcji by nam się to udało zanim ktoś się obudzi i przyjdzie nas ścigać z siekierą, schowałyśmy nieszczęsną śmietanę do lodówki i położyłyśmy się spać.
Następnego dnia rano po prysznicu ponownie włączyłam mikser, ale po kolejnych 20 minutach śmietana wciąż była płynna. Wściekła, wylałam ją do zlewu, i po tym jak w kuchni pojawiła się moja siostra, otworzyłyśmy nowe opakowanie i przystąpiłyśmy do dzieła. Na początku śmietany wyraźnie przybyło, byłam naprawdę dobrej myśli, niestety kiedy tylko spuściłyśmy ją na chwilę z oka, znów opadła na dno i - zgadnijcie! - nadal była płynna. Tym razem już naprawdę, naprawdę zła, podniosłam stojące obok opakowanie, i spróbowałam trochę, będąc przekonana, że śmietana jest zwyczajnie zepsuta. Tymczasem... "dlaczego ta cholerna śmietana smakuje jak mleko...?!".
Tak, tu doznałam olśnienia. Po spojrzeniu na opakowanie, zauważyłam ku swojej rozpaczy, że od dwóch dni próbujemy z siostrą ubić mleko i nie wiemy, dlaczego nam to nie wychodzi.
Pracuję jako modelka i akurat się złożyło, że niedawno dostałam zlecenie na jeden z pokazów mody, który był organizowany przez młodych projektantów. No cóż, młodzi, świeżutcy - nie można się spodziewać nic innego, jak mega wymyślnych kreacji, stylizacji i szalonych konceptów. :)
Po dość długich przymiarkach i przygotowaniach każda z modelek siedziała już w swoich strojach do pierwszego wyjścia. Tutaj akurat każda z dziewczyn miała na głowie coś, co wyglądało jak metalowe poroże, na nogach były buty z kolcami, a sukienki bądź koszulki, spódniczki wykonane były z odstających drutów, więc całość była dość "ostra". Miałyśmy może jeszcze jakieś 10 minut, więc modelka, która szła przede mną spokojnie kończyła jeść swoją kanapkę (stałyśmy już przed drzwiami do wyjścia, na schodach).
Na moje nieszczęście dziewczyna nie dojadła jej i położyła ją na schodach w papierze, żeby pewnie później ją dokończyć. Nagle słyszymy głos prowadzącej. Ostatnie dociągnięcia, robi się harmider, wszędzie dookoła nas latają ludzie, poprawiają swoje stroje, każą się nam równiej ustawiać, poprawiają makijaż. W tym momencie nie zauważyłam jeden rzeczy - swoim ostrym kolczastym butem wdepnęłam w ową kanapeczkę koleżanki, przez co przyczepiła się ona do mojego buta. Ani ja, ani nikt inny tego nie zauważył, nawet tego nie poczułam, bo buty były naprawdę niewygodne!
Niczego nieświadoma, jakby nigdy nic wyszłam na wybieg z kanapką przy bucie, z której wesoło dyndała sobie szyneczka, a długi liść sałaty niewinnie ciągnął się prosto za mną. Żeby tego było mało, dziewczyna która stała za mną wdepnęła w papier, w którym ta kanapka była. Więc ja poszłam z prowiantem na wybiegu, a ona z przyczepionym papierem do szpilki, który z daleka wyglądał jak toaletowy.
Projektanci płakali, na pół ze śmiechu, a na pół z żalu :D
Jak byłam małą i niewinną dziewczynką, to w naszym przedszkolu wpadli na pomysł aby wprowadzić naukę języka angielskiego. Jako że było to dłuższy czas temu i taka nauka w wieku 6 lat była rarytasem, na początku miało odbyć się kilka zajęć próbnych.
Po paru tygodniach odbyło się spotkanie z rodzicami w celu zaprezentowania naszych umiejętności i przekonania rodziców do stałego wprowadzenia języka angielskiego w nasze życie. Wszystko super, pięknie. Śpiewamy "ej, bi, si, di...", liczymy "łan, tu, fri...", rodzice przeszczęśliwi, nauczyciele czują już zapach gotówki w kieszeni... Następuje pogadanka pt. "Dzięki moim zajęciom wasze dzieci będą miały szansę na wspaniałą przyszłość", a na koniec standardowe "Jakieś pytania?".
Oczywiście pytanie było skierowane do rodziców. Ale ja podniosłam rękę jako jedyna. Wzrok wszystkich utkwiony we mnie, a mój w mamę.
- Mamoooo, wypiszesz mnie już z tego głupiego angielskiego?
Jednak teraz dziękuję jej, że tego nie zrobiła.
Jako że jestem najstarsza, organizowałam różne dziwne zakłady i moje rodzeństwo wchodziło w to. Raz założyłam się z siostrą, że kto będzie dłużej jadł jedną kostkę czekolady, ten wygra. Oczywiście moja młodsza siostra jadła jedną kostkę przez cały czas, podczas gdy ja zdążyłam zjeść całą tabliczkę :-) Siostra była zadowolona, że wygrała, a ja byłam zadowolona, że zjadłam prawie całą tabliczkę czekolady.
Jakieś 5 lat temu pojechaliśmy z mężem i małą córką nad morze. Akurat przed wyjazdem coś tam się podziało z samochodem, więc podróżowaliśmy PKP, a na miejscu PKS-ami.
Pewnego dnia, spacerując po miejscowości gdzie nocowaliśmy, przystanęliśmy przy dużej tablicy z mapą okolicy, na której były piktogramy obrazujące różne atrakcje. Moją uwagę przykuł obrazek czegoś co wyglądało jak skocznia narciarska. Nie mam pojęcia dlaczego po prostu nie sprawdziłam na legendzie co on oznacza, tylko spytałam męża.
Mąż z całą powagą i nawet lekkim oburzeniem w głosie, że tak oczywistej rzeczy nie wiedziałam, potwierdził mi że to jest sztuczna skocznia na której trenują w lecie. Strasznie mnie to zaciekawiło i w duchu sobie pomyślałam, że fajnie by było spotkać skoczków, więc jak mąż zaproponował wycieczkę do tej miejscowości byłam jak najbardziej "za". Męża zaciekawił pałacyk który się tam znajdował. Z mapy, wielkości miejscowości, ogólnie jakoś tam całokształtu, wydedukował że to będzie miejscowość z jakimś ryneczkiem, kamieniczkami, wiecie o co chodzi, małe miasteczko.
Pojechaliśmy tam PKS-em. Po zakończeniu podróży wysiedliśmy na pustym placu, dookoła płoty i zagrody, jakaś restauracyjka w tle, żadnej "wyższej cywilizacji", nic co by wskazywało na miejski charakter miejscowości. Trochę nas to zaskoczyło, ale cóż, uznaliśmy że widocznie PKS jest usytuowany na obrzeżach, zaś trzeba tylko rozpytać jak do tego "centrum miasta" oraz pałacyku dotrzeć. Jedyne co było czynne to kwiaciarnia przy PKS-ie. Ja oczywiście miałam w głowie wciąż tą skocznię, i nie zamierzałam odpuścić takiej okazji.
Wchodzimy, i mąż zaczyna:
- Dzień dobry, jak dojść do centrum miasta?
- Yyyy....no a czego Państwo szukają bo tutaj poza pks i knajpą to nic nie ma dalej, tylko pałacyk o tam - odpowiedziała pani.
- A na skocznię narciarską to którędy? - spytałam z entuzjazmem w głosie.
Tutaj wyobraźcie sobie minę pani z nadmorskiej miejscowości, zapytanej o drogę do skoczni narciarskiej. Myślę, że długo jeszcze dwójkę nienormalnych z dzieckiem wspominała. Zaś mój mąż do dzisiaj nie może wyjść z podziwu że uwierzyłam w skocznię nad morzem.
W II klasie liceum zostałem zaproszony do znajomego z klasy na 18-ste urodziny. Pech chciał, że były one wyprawiane dzień przed moją imprezą z okazji wkroczenia w dorosłość (impreza stricte rodzinna). Pojechałem do znajomego i niestety przesadziłem z alkoholem.
Obudziłem się rano, sucho w gardle, głowa pęka. Zerknąłem na zegarek, 7:30. Poszedłem do łazienki w celu obmycia twarzy i spojrzałem w lustro. Mój widok wprawił mnie w osłupienie - w lustrzanym odbiciu miałem strasznie małe oczy - pomyślałem więc: "Co ja takiego piłem zeszłej nocy, że mam takie małe oczy...?". Niestety na rozwiązanie zagadki musiałem poczekać, aż trafię z powrotem do swojego domu (15 km autobusem).
Pasażerowie autobusu wytrzeszczali na mnie oczy i patrzyli się w dziwny sposób - całą winę zrzuciłem na to, iż śmierdzę alkoholem i wyglądam mało atrakcyjnie. Gdy dojechałem już do domu i wszedłem do windy, w lustrzanym odbiciu znalazłem rozwiązanie moich "małych oczu".
Otóż w nocy, jakiś żartowniś zgolił mi brwi. Najgorsze było tłumaczenie tego całej rodzinie, która przyszła za parę godzin świętować moje urodziny...
Dodaj anonimowe wyznanie