#H7PCJ

Poznałem sympatyczną dziewczynę. Niby ok, wymiana numerów. Na jednego odpisała, a drugiego, trzeciego też, po czym przestała się odzywać. Szybki rekonesans i rozkładanie wiadomości na części pierwsze nie wykazało żadnych nieprawidłowości w treści. Napisałem jeszcze następnego dnia, potem za dwa. Zero odpowiedzi.

Po kilku dniach, gdy ją spotkałem, zapytałem dlaczego nie odpisuje. Dostałem odpowiedź, że "to facet powinien się starać".

Ręce opadają.

#EU0gI

Rano leżymy w łóżku z chłopakiem w jego domu, pełen relaks, aż tu nagle otwierają się drzwi do jego pokoju. Byłam nago, więc przestraszona przykryłam się kołdrą, a chłopak jak oparzony wyskoczył z łóżka. 

Okazało się, że to mama jego przyjaciela, która szukała syna. Kobieta w ogóle nie skrępowana wypytywała, czy nie wie gdzie jest jej syn. On jąkając odpowiadał, że nie. Myślałam, że na tym się skończy, ale nieee. 

Kobieta doskoczyła do łóżka i zaczęła ściągać kołdrę krzycząc "Debilu spóźnisz się do kościoła. No wstawaj antychryście!". Sytuacja może i zabawna, na pewno krępująca. Tylko dlaczego kobieta widząc mojego chłopaka półnago od razu założyła, że jej syn jest w tym momencie w jego łóżku?

#IbN2w

To zdarzenie miało miejsce bodajże w 2 klasie podstawówki. Koło godziny 11, po lekcji, mieliśmy 20 minut na dotarcie do stołówki, zjedzenie obiadu i powrót. W tym dniu na obiad był kotlet schabowy z ziemniakami. Po szybkiej próbie wtłoczenia schaboszczaka do organizmu zostałam pogoniona przez koleżankę. Jako że byłam dzieckiem dość oszczędnym i nie lubiącym marnotrawstwa zanosząc talerz złapałam połowę kotleta w dłoń i wsadziłam go z boku w spodnie i w takim stanie poszłam na lekcję. 

Po jakiś 15 minutach od przybycia zostałam zawołana przez nauczycielkę do tablicy. W drodze ów kotlet wypadł mi przez nogawkę. Zapytana przez nauczycielkę o przyczyny wsadzenia kotleta w spodnie odpowiedziałam "To wolny kraj i mogę wsadzać sobie w spodnie, co tylko zechcę!". Miny nauczycielki nigdy nie zapomnę.

#YGjEQ

Pewnego późnego wieczoru, gdy stałam ze znajomymi przed domem byłam świadkiem wypadku. Mianowicie przejeżdżający samochód potrącił zwierzaka. Jak okazało się po późniejszym przerażającym miałku był to kot. Dostał swojego rodzaju padaczki i już po chwili nie dawał żadnych oznak życia. Biedne stworzenie trzeba było ściągnąć z ulicy, więc jeden ze znajomych podszedł do zwłok i już miał się po nie nachylać, gdy owe "zwłoki" zerwały się na równe nogi i dziarsko uciekły do pobliskiego rowu. Tyle kota widzieliśmy. Chyba sobie przypomniał, że zostało mu jeszcze 8 żyć i nie czas umierać.

#vthHC

Wczoraj wybrałam się na zakupy do jednego z supermarketów. Po zrobieniu owych zakupów wyszłam przed sklep i zorientowałam się, że nie ma tam mojego roweru. Wciekła jak diabli klnąc pod nosem zadzwoniłam na policję. Kiedy dotarł już na miejsce wysłany przez dyżurnego patrol, opowiedziałam im, co się stało. W momencie jak miałam już opisywać wygląd roweru to przypomniało mi się, że akurat tego dnia przyszłam tam na zakupy pieszo... Młody policjant skomentował to jednym słowem "blondynka", drugi tylko się roześmiał.

#t3opF

Kiedyś w wakacje byłam na kolonii nad polskim morzem. Któregoś dnia pojechaliśmy z grupą na basen. Ktoś wymyślił, żeby nauczyć chętnych nurkować. Pożyczyliśmy gogle od ratownika i tak płynęłam pod wodą. Coś rzuciło mi się w oczy. Myślałam, że koleżance rozpruł się strój kąpielowy. I mówię do niej "Beata, majtki ci się prują, bo nitki wiszą". Koleżanka spaliła buraka. Jak się okazało to nie były nitki, tylko jej łoniaki. Było mi było głupio bo chciałam dobrze,  a inni mieli z niej ubaw do końca kolonii.

#fO1hg

Byłam ostatnio z przyjaciółkami na małym wypadzie w Krakowie. Parę dni wcześniej byłam w górach w upalny dzień, więc co jakiś czas wtedy siadałyśmy na ziemi ze zmęczenia. Wracając do Krakowa... 

Miałam cały dzień na zwiedzenie tego pięknego miasta. Zaczęłam typowo babsko od galerii krakowskiej, zakupy i te sprawy. Wybrałam parę perełek i poszłam do przymierzalni. Przymierzałam czarne spodnie, z racji tego, że jako niezwykle pechowa osoba rozerwałam sobie swoje w podróży. Wkładając spodnie, odczułam pewien dyskomfort na pośladku. Sięgnęłam ręką i poczułam lekkie wypuklenie. Po krótkiej analizie domyśliłam się, że to kleszcz. Dla pewności zawołałam swoją przyjaciółkę żeby zobaczyła co zamieszkało mój prawy poślad. Koleżanka nie tylko potwierdziła, że jest to kleszcz, ale jeszcze z przerażoną miną spojrzała na mnie i powiedziała że jest wokół czerwone. Przed oczami mignęło mi życie - BORELIOZA!

Zadzwoniłam do mamy. Kazała pójść do przychodni, z racji tego że w swoim mieście będę dopiero następnego dnia. Nie wytrzymałam i zaczęłam płakać, przyjaciółki wpadły na pomysł by pojechać na pogotowie. Wsiadłyśmy w taxi i pojechałyśmy. A tam oczywiście nas odesłali do przychodni, która miała dyżur od 18 (pominę to że babka z pogotowia to niemiłosierna czarownica). Wyszłam z pogotowia i znowu zaczęłam płakać, zaczęła boleć mnie głowa, pewnie to przez tą boreliozę - pomyślałam. A może zapalenie opon mózgowych?! 

Cóż, do śmiechu mi nie było. Była 15 więc skoczyłam z dziewczynami na rynek coś przekąsić, wybrałyśmy restaurację, niestety nie miałam ochoty na nic (choć należę do osób z siedmioma żołądkami). Powiedziałam przyjaciółkom, że nie będę karmić mojego mrocznego pasażera i dalej rozmyślałam jaki wstyd mnie czeka jak dotrę do przychodni i będą mi wyrywać kleszcza z pośladka. 

Pojechałyśmy jakimś tramwajem w stronę przychodni licząc że trafimy, udało się i to dużo przed czasem. A więc czekałyśmy i gdy w końcu zaczęli przyjmować weszłyśmy do przychodni. Koleżanki usiadły przed recepcją, a ja poszłam zgłosić swojego przyjaciela Stefana (tak go nazwałam). Czekałam aż lekarz przyjdzie, gdy nagle wychodzi do mnie całkiem przystojny młody lekarz i zaprasza do gabinetu. 

Już zapadłam się pod Wawel widząc moje przyjaciółki, które płakały ze śmiechu. Weszłam do gabinetu, a lekarz pyta się o miejsce pobytu Stefana. Wskazałam mu feralne miejsce, lekarz w skowronkach każe zdjąć mi spodnie i położyć się. Przygląda się Stefanowi i mówi że to nie kleszcz. Żeby było zabawniej zawołał inne osoby by mieć pewność. A więc leżę tam, obcy ludzie gapią mi się na tyłek i słyszę, że to nie kleszcz. A więc co to za potwór tkwi mi w ciele ?! To pryszcz ... 

Wyobraźcie sobie jak zażenowana byłam tą sytuacją. Nie chciałam się przyznawać koleżankom, ale one i tak już wiedziały, tak jak połowa przychodni, że to nie kleszcz, więc musiałam im wszystko opowiedzieć. Do końca życia będę męczona historiami o mrocznym Stefanie i o tym jak co chwilę płakałam z bólu oraz umierałam na boreliozę...

#e6GN7

Mieszkam z mężem i bratem. W kuchni mamy kuchenkę elektryczną. Mój brat pracował wtedy na dwie zmiany i czasami wracał przed północą z pracy. Na obiad zrobiłam mięsko i ziemniaczki, które trzeba było usmażyć na głębokim oleju jak frytki. Zostawiłam porcję dla brata wraz z instrukcją na kartce co, gdzie, z czym.

Dochodziła północ. Leżałam już w łóżku, a mąż od dawna spał. Słyszałam jak brat wrócił z pracy. Poszedł do kuchni, odpalił kuchenkę pod patelnią z olejem i poszedł do pokoju. Ja czytałam coś na telefonie i zasnęłam jakoś 20 minut później.

Budzę się w nocy. Czuję w pokoju zapach gorącego oleju. Pomyślałam, że już nigdy nie pozwolę bratu nic smażyć po nocach, bo smród strasznie długo się unosi i czuć go w całym mieszkaniu. Ale to był inny zapaszek. Gęsty i intensywny. Jakbym miała tę patelnię pod łóżkiem. Zerwałam się na równe nogi przerażona myślą, że mógł zapomnieć wyłączyć palnika. Nie wiedziałam, która jest godzina i jak długo spałam. Pobiegłam do kuchni. Niestety miałam rację.

Okazało się, że od powrotu z pracy brat nie pojawił się już w kuchni i olej grzał się tak Bóg jeden wie ile czasu. Chciałam ściągnąć patelnie z palnika, gdy nagle stanęła w ogniu. Wielki płomień i dym, który w kilkanaście sekund znacznie ograniczył przejrzystość powietrza w kuchni. 

To był koszmar. Nigdy wcześniej nie byłam tak przerażona jak wtedy. Odłączyłam kuchenkę od prądu. Zaczęłam krzyczeć, wołając chłopaków do pomocy. Chciałam zadusić ogień pokrywką, ale nie miałam w domu odpowiednio dużej. Wrzuciłam największą jaka była - szklana - wpadła do środka i ogień ją pochłonął. Brat chciał patelnię wrzucić do wanny i ugasić ogień wodą. Coś w środku mówiło mi "nie rób tego! ". Kusiło mnie, ale posłucham cichego głosu rozsądku i nie zrobiliśmy tego.

Olśniło mnie: w aucie jest gaśnica! Wysłałam męża do samochodu. Biedak wyrwany ze snu moimi krzykami stał w przedpokoju nieprzytomnie wpatrując się w akcję ratunkową. W końcu zbiegł na dół uspokajając po drodze sąsiadów, którzy stali na klatce schodowej, słowami "Nic się nie dzieje, wszystko pod kontrolą".

W międzyczasie brat próbując powstrzymać duszące kłęby gęstego, ciemnego dymu otworzył okno, chwycił patelnio-pochodnie i wystawił ją za okno.
- Wyrzucę ją na trawnik - krzyczy do mnie.
- Nie rób tego! Nie zapanujemy nad pożarem, jeśli trawa się podpali.
Był styczeń ale jak na złość nie było śniegu. 

I tak oto pozbawiony pomysłów brat stał z tą buchającą na metr ogniem pochodnią. We wszystkich pobliskich oknach stali ludzie z niedowierzaniem patrząc na nasz gorący pokaz. Po najstraszniejszych kilku minutach spędzonych w oknie, patelnia nagle zgasła, a do kuchni wpadł mąż z gasnicą: "Wybacz, nie mogłem jej znaleźć " krzyknął szukając mnie w dymie. 

- Już nie trzeba - odparł mój brat z dużym uśmiechem na buzi. 
Wyrzucił patelnię przez okno. 
- Idę ją trochę ostudzić - i z gaśnicą w ręce wybiegł z mieszkania. 

Byłam cała roztrzęsiona. Otworzyliśmy wszystkie okna by wywietrzyć mieszkanie. Dopiero wtedy spojrzałam na zegar, który pokazywał parę minut po 3:00. Koło 4:00 położyłam się do łóżka. W mieszkaniu było zimno jak w kostnicy. Włosy, ubrania, pościel, skóra, meble...wszystko śmierdziało palonym tłuszczem. Następnego dnia oceniliśmy straty. Osmolone ściany, kafelki i sufit wokół osmolonej kuchenki i wypalony okrągły ślad po gorącej patelni na trawniku przed oknem. 

Najbardziej ucierpiała moja psychika. Minęły dwa lata od tej sytuacji, a ja co wieczór sprawdzam czy kuchenka jest wyłączona, a budząc się w nocy do tej pory czuje smród płonącego oleju :-(

Gdy znajdziecie się kiedyś w takiej sytuacji wyjście jest tylko jedno (prócz gaśnicy).
Należy zamoczyć w wodzie jakiś ręcznik, mocno wykręcić i zarzucić na patelnię zasuszając ogień. Nawet jeśli wpadnie do oleju to ostudzi go na tyle że zgaśnie. Gorący olej + strumień wody = eksplozja ognia. Dziękuję Bogu, że nie zalałam patelni wodą!

#B2fTw

To był piękny, wakacyjny dzień. Wraz z chłopakami zaproponowaliśmy
spotkanym nad rzeką koleżankom kąpiel na waleta. Ku naszej radości zgodziły się.
Czas mijał świetnie do momentu, kiedy spostrzegliśmy się, że nie ma już z nami dziewczyn oraz... naszych ciuchów. Pięć km na golasa do domu sprintem...

#YpZXe

Trzy lata temu zacząłem na ścianie w pokoju malować graffiti, a dokładniej moje imię. Po 4 dniach skończyłem to co sobie zaplanowałem, ale było trochę pusto więc zacząłem kolorować napis. Niby wszystko ładnie pięknie ale na drugi dzień kompletnie straciłem chęci i poprzestałem na jednej literce, a sam napis pozostał w takim stanie aż do dziś. 

Jakiś czas później do pokoju wszedł mój ojciec, popatrzył na moje dzieło i zapytał dlaczego tego nie kończę. Na to ja odpowiadam: "Aaa bo nie mam weny". Z pełnym przejęciem się sprawą odpowiedział: "Czego nie masz? Powiedz, to ja ci to kupię...".
Dodaj anonimowe wyznanie