Kiedy byłam mała moi rodzice się rozstali. Mieszkałam z mamą i siostrą. Po tej sytuacji bardzo się bałam, że mama też od nas odejdzie, dlatego zawsze chciałam być przy niej niezależnie od sytuacji. Chodziłam za nią nawet do łazienki. Aż do początku liceum nie spałam poza domem, bo zawsze się bałam, że jak wrócę to jej nie będzie. Rodzina zawsze się ze mnie śmiała i nazywała mnie 'cycolem'. Do tej pory, na rodzinnych spotkaniach często jest mi to wypomniane, a rodzina nie potrafi zrozumieć, że to sprawia mi przykrość. Nigdy z nikim nie miałam odwagi o tym porozmawiać.
Na szczęście w liceum zrozumiałam, że mama nas nie zostawi i wszystko wróciło do normy. Dziś mam 22 lata i tylko moja mama poznała tą tajemnicę.
Impreza rodzinna, goście się rozeszli, a my po sprzątaniu do swoich łóżek. Prawie zasnęłam, gdy nagle słyszę z pokoju rodziców: "Sławek daj mi spokój". Za chwilę znowu: "Weź ode mnie te ręce!". I tak kilka razy, aż w końcu mama ryknęła: "Jak Ci się ku**a nudzi, to idź do kuchni i ziemniaki obierz na jutro!". I nastała cisza ;)
Ta historia zdarzyła się w sierpniu ubiegłego roku, gdy wraz z moim 19 letnim bratem i jego dziewczyną wracaliśmy od wujka ze wsi.
Był piękny letni wieczór, wokół nas same pola, żadnych domów, nic. Ja siedziałam z tyłu i na zmianę rozmawiałam z bratową, która siedziała przede mną (niestety z rozpiętymi pasami) lub robiłam coś w telefonie.
Ostatnie co pamiętam to słowa mojego brata "Cholera jak ten ciągnik mnie oślepia" i nagle bach! Przez szarpnięcie pasów przez chwilę nie mogłam złapać powietrza i czułam okropny ból mostka. Kiedy otworzyłam oczy i wyszłam z auta otworzyłam przednie drzwi i zobaczyłam Kingę. Była przytomna i kontaktowała, ale na jej czole było mnóstwo krwi (podczas zderzenia wybiła głową przednią szybę) lecz w szoku nie czuła żadnego bólu. Pomogłam jej wysiąść. Na zmianę z Tomkiem zaczęliśmy krzyczeć do kierowcy drugiego pojazdu, żeby nam pomógł. Facet machnął tylko rękami i... uciekł.
Sytuacja później się wyjaśniła, wezwaliśmy pogotowie, policję i zadzwoniliśmy po rodziców, ale nie potrafię zrozumieć jak można zostawić poszkodowanych ludzi wołających o pomoc...
Czasami widać jeszcze wśród autobusów Ikarusy, takie które mają 3-4 wysokie stopnie za drzwiami, które trzeba pokonać by zająć miejsce. Na moje nieszczęście, ostatnio trafiłam na taką limuzynę.
Było bardzo ciepło. Śpieszyłam się, więc chaotycznie biegałam po mieszkaniu szykując się do wyjścia. Jak wspomniałam, był upał, wyleciawszy więc spod prysznica wrzuciłam na siebie dość minimalistyczną sukienkę, związałam włosy w luźny koczek, lekkie pociągnięcie tuszem i jestem gotowa do wylotu.
Z oddali widzę mój powóz stojący na światłach, blisko przystanku. Trucht przerodził się w sprint, do tego ze slalomem między ludźmi, w rozbiegu nawet wyprzedziłam kilku wsiadających do busa - dwa susy po dwa stopnie i nareszcie można odsapnąć.
Kątem oka zauważyłam, że dwóch chłopaków wsiadających zaraz po mnie coś sobie szepcze z tajemniczymi uśmieszkami. Jeden z nich nawet delikatnie wskazał na mnie. Wtedy do mnie dotarło, że w pośpiechu zapomniałam ubrać bielizny. Dokładnie jej dolnej części. Wskakując po 2 stopnie w podwiniętej od biegu sukience, prawdopodobnie na kilka sekund ukazałam wsiadającym za mną swoje podwozie!
Całą podróż spędziłam z nosem w telefonie i czerwonym rumieńcem na twarzy, przeklinając swoją nieostrożność.
W pierwszej klasie liceum jak zwykle jadąc do szkoły miałam założone na uszy słuchawki, w których muzyka dudniła na "full". Zajęłam swoje standardowe miejsce - po prawej stronie, od okna. Na siedzeniu obok położyłam torbę, jako że nie miałam towarzysza podróży, a w autobusie były pustki.
Jako że była godzina bardzo wczesna, coś po 6 rano, oparta o szybę sobie przysypiałam. Nagle poczułam na ramieniu dotyk czyjejś ręki. Odwróciłam się w tym kierunku i nie wyjmując słuchawek z uszu spojrzałam na stojącego przede mną mężczyznę w średnim wieku. Myślałam, że chce usiąść, więc zdjęłam torbę z siedzenia obok i położyłam na kolanach. Po czym odwróciłam się z powrotem do okna i zamknęłam oczy.
Po chwili znów poczułam dotyk na ramieniu. Odwracam się, patrzę... a ten facet nadal tam stoi i wyraźnie wkurzony patrzy na mnie! Zaczynałam się powoli bać, no bo co ten facet możne ode mnie chcieć. Ale myślę sobie: "No nic niech się patrzy, jak go zignoruję to się odczepi". Tłumiąc strach ponownie odwróciłam się do okna.
Gościu znowu mnie złapał za ramię, lecz tym razem gwałtowniej! Ja już lekko wkurzona wyciągam z uszu słuchawki i podnosząc głos buntowniczym tonem pytam "Mogę w czymś pomoc?". Nie muszę chyba mówić jaka cisza nastąpiła w autobusie, a zaraz po niej wszechobecny śmiech gdy mężczyzna odparł "Poproszę bilet do kontroli ".
Poznałam w liceum super przystojnego chłopaka. Ale moi drodzy, nie myślcie że jestem powierzchowna! Chłopak był i super inteligentny i zabawny, a do tego dusza towarzystwa. Jeśli miałabym ocenić siebie, w dodatku sprawiedliwie, to trzeba powiedzieć, że też jestem bardzo wygadana, towarzyska, charakterna i temperamentna. Ale żeby nie było tak słodko to niestety, ale w liceum byłam przy kości, albo po prostu gruba, jak zwał, tak zwał. Ogarniałam się też średnio - zero makijażu, brak jakiegoś szczególnego zainteresowania modą. Nie przeszkadzało mi to nigdy bo wiedziałam że jeśli coś osiągnę to nie dzięki trzepaniu rzęsami czy urodzie, a dzięki swojemu charakterowi.
Wracając do chłopaka. O dziwo szybko sie polubiliśmy i niestety utknęłam w klasycznym friendzone. Ja chciałam coś więcej, a on stwarzał mnóstwo sytuacji utwierdzających mnie w przekonaniu że dla niego przyjaźń to też za mało. A to powiedział mi że jestem najważniejszą osobą w jego życiu (mimo że miał wtedy dziewczynę) a to kazał mi przysięgać że nigdy w życiu go nie zostawię itd itp.
Jako, że wychodzę z założenia, że dziewczyna nie powinna zbyt mocno naciskać na chłopaka czekałam cierpliwie aż wybranek mojego serca w końcu się określi jakoś i zostaniemy parą. A razem ze mną czekali wszyscy nasi znajomi. Przeczekaliśmy tak całe liceum, rozeszliśmy się do innych miast na studia. Na koniec pokłóciliśmy się jeszcze o jakąś głupotę i przestaliśmy się odzywać.
Minęło 5 lat od tych wydarzeń. Skończyłam studia, mam bardzo dobrą pracę w zawodzie, zobaczyłam pół świata, nauczyłam się nowych języków, jednym słowem - maksymalnie wykorzystałam ten czas bardzo w siebie inwestując. Schudłam też, zadbałam o siebie, o modne ciuchy. Brzydka nigdy nie byłam, ale teraz oglądają się za mną na ulicy. I po tych 5 latach zadzwonił telefon, z przeprosinami i błaganiem o spotkanie. Zgodziłam się.
To był błąd, ja się trochę wkręciłam, a ten matoł znowu wciąga mnie do friendzone.
Podczas imprezy skręciłam kostkę. Lekarz przepisał mi Altacet w tabletkach. Ból był ogromny, więc połknęłam tabletkę wielkości 5 złotych... Musiałam ją jeszcze popchnąć chlebem, bo stanęła mi w gardle.
Nic by mnie nie zdziwiło, gdyby nie słowa mamy "Zrobiłaś już okład na nogę z Altacetu?".
Kiedy miałam jakieś 7 lat i fioła na punkcie greckiej mitologii, dostałam od cioci książkę. Główny bohater był synem Posejdona, greckiego boga mórz. Miał kilka "supermocy", m.in. jego rany błyskawicznie zrastały się przy kontakcie z wodą. Strasznie mi się to podobało i często zastanawiałam się, czy ja też mogę być takim półbogiem.
W końcu pewnego dnia, jak to ja, zwaliłam się z roweru i otarłam sobie łokieć. Idealny moment żeby sprawdzić, czy jestem herosem! Pognałam do domu, odkręciłam kran i obficie spłukałam zadrapanie wodą. W końcu, podjarana jak nie wiem co, wyciągnęłam łapę z umywalki i... ręka była jak nowa! Ale była euforia! Na co nie wpadłam, to że pod wpływem zimnej wody zaczerwienienia znikają, a krew się spłukuje.
W te pędy pobiegłam na podwórko, chwyciłam sznurek i dwa patyki i zrobiłam sobie fantastyczny miecz. Przez kilka dni trenowałam walkę mieczem z koleżankami, bo przecież w każdej chwili mogły mnie dopaść mitologiczne potwory polujące na półbogów chcące mnie zabić! No cóż... Do tej pory żadnego nie spotkałam, ale za to byłam mistrzynią podwórka w szermierce ;)
To było około sześciu lat temu. Wróciłam do domu jak zwykle o tej samej porze z pracy i jak zawsze z kubkiem kawy relaksowałam się w naszej altance. Zazwyczaj nasza okolica jest bezpieczna bez żadnych dziwnych sytuacji, a tu bum.
Przejeżdżający samochód otworzył okno w czasie jazdy i wyrzucono coś z niego. Zdziwiona i zainteresowana poszłam zobaczyć. To była duża torba na zakupy, a w niej pies! Przeraziłam się, bo myślałam że nie żyje, ale po jakimś czasie zwierzak otworzył oczy. Wyobraźcie sobie, że to auto nawet nie zwolniło.
Psa przygarnęliśmy. Widać było, że piesek był z dziećmi, uwielbia zabawy i nawet oglądanie TV. Biedna psina do dziś boi się ludzi, boi się szybszych ruchów wykonywanych przy nim, a nawet głośnego śmiechu. Tyle jest już u nas, a dalej widać u niego strach w tych dużych oczyskach.
Gdy go podniosłam był w strasznym stanie, miał złamaną łapę i przegrodę nosową, obrażenia wewnętrzne. Nasz doktor weterynarii nie dawał mu dużych szans na przeżycie. Ale żyje i jest to nasz kochaś. Żałuję tylko jednego, że nie dostrzegłam rejestracji auta, bo bym zawiadomiła odpowiednie służby. A tak do dzisiaj tamci ludzie nie ponieśli kary.
Kilka lat temu zostałam zaproszona przez mojego chłopaka na wesele. Było to pierwsze wesele jego rodziny, na którym byłam. Jechaliśmy na salę weselną z jego rodzicami, z którymi także miałam styczność po raz pierwszy, więc atmosfera była napięta jak kieca na tyłku Kim Kardashian.
Zabawa trwała w najlepsze, kiedy to stała się jedna z najbardziej denerwujących rzeczy, jaka może się w takiej sytuacji przydarzyć kobiecie - poszło mi oczko. Oczywiście jak każda kobieta na takie imprezy zapakowałam do torebki tyle rzeczy, że gdybym się uparła, można by pewnie było z nich zbudować broń masowego rażenia. Torebka była w samochodzie. Stwierdziliśmy, że pójdziemy tam razem z chłopakiem. Dołączył się do nas jego młodszy brat, który miał koło 7 lat. Nie miałam z tym problemu, bo na parkingu było ciemno i tak by nic nie zobaczył, a jakby zobaczył to pewnie nawet nie widziałby, co to jest.
Zajęliśmy z chłopakiem tylne siedzenia, a młody usiadł z przodu i majstrował coś przy radio. Zdjęłam rajstopy i założyłam nowe. Posiedzieliśmy tam jeszcze dłuższą chwilę, żeby odpocząć i rozmawialiśmy. Obyło się bez żadnego przypału. Do czasu, kiedy weszłam na salę i dotarłam do rodziców chłopaka (obok których siedzieliśmy). Młody podszedł do rodziców i powiedział: "Ola się rozbierała i razem z Pawłem uprawiali seks na tylnym siedzeniu!". A dodam, że nie byliśmy wtedy pełnoletni. Tak się złożyło, że wtedy gdy to mówił piosenka akurat się skończyła i słyszeli to nie tylko rodzice oraz ja, ale całe otoczenie.
Dodaj anonimowe wyznanie